1 lipca 2014

            „Zagadnienie opatrzności Bożej jest jedną z najbardziej złożonych kwestii teologicznych, których nie da się podjąć bez filozofii, bez metafizyki i bez antropologii. Jestem również przekonany, że współczesne rozważania nad opatrznością nie są możliwe bez nauk opisujących świat, czyli bez teologii przyrody — zwłaszcza jeśli chcemy, by były to rozważania na poziomie zaspokajającym potrzeby ludzkiego rozumu. A przecież jest jeszcze wymiar eg­zystencjalny i religijny opatrzności Bożej. Ludzie wierzą, że jest ktoś, kto się o nich troszczy, kto się nimi opiekuje, do kogo moż­na zwrócić się o pomoc i wsparcie w najtrudniejszych chwilach życia. Dlatego modlą się i żyją nadzieją. Jeśliby nie było tej troski, tej opieki, której źródłem jest, jak wierzą, nieskończona miłość Boga Stwórcy do swojego stworzenia, czy wiara ta, której świa­dectwem jest modlitwa, nie byłaby próżna albo zbędna?” [s.9]

          W taki ponętny sposób rozpoczyna swą książkę Dariusz Łukasiewicz zatytułowaną „Opatrzność Boża, wolność, przypadek. Studium z analitycznej filozofii religii”. Została wydana w serii „Wykłady Otwarte z Teologii Naturalnej im. J.M. Bocheńskiego OP” Termin „teologia naturalna” oznacza refleksję o Bogu, bez odwoływania się do objawienia. Oczywiście, absolutna izolacja jest nierealna. Samo pojęcie „opatrzność Boża” jest inspirowane objawieniem. Chodzi jednak o to, by posługując się rozumem szukać odpowiedzi na pytanie „w jaki sposób możliwa jest opatrzność Boża w świecie, w którym żyjemy, w świecie, który poznajemy dzięki dostarczanemu przez naukę współczesną opisowi i dzięki własnemu doświadczeniu, a także o to, jakiego rodzaju może być ta opatrzność.” [s.10]

2 lipca 2014

            Jest rzeczą oczywistą, że o Bożej opatrzności można dywagować na gruncie filozofii uznającej istnienie Boga, a więc w ramach teizmu. Autor opracowania, które wczoraj przywołałem, omawia cztery rodzaje teizmu i tym samym cztery koncepcje opatrzności Bożej: teizm klasyczny, molinizm, teizm otwarty i teizm probabilistyczny. Nie wiem czy takie rozróżnienie jest słuszne i wyczerpujące. Dlatego śledzę bezwiednie co ma do powiedzenia na temat każdego z wymienionych typów myślenia teistycznego. Dodam tylko, że w ramach teizmu klasycznego rozróżnia teizm tomistyczny i anzelmiański. Ponadto w ramach teizmu probabilistycznego także wyróżnia dwie jego odmiany: teizm z ograniczoną wszechwiedzą Bożą i teizm z nieograniczoną wszechwiedzą Bożą. Ten ostatni akceptuje (przyjmuje) „istotne elementy anzelmiańskiej metafizyki Boga” [s.361].

            Typy omawianych wersji teizmu przedstawiają się więc następująco:

1.Teizm klasyczny

a. teizm  tomistyczny

b. teizm  anzelmiański

2.Molinizm

3.Teizm otwarty

4.Teizm probabilistyczny - teologia przypadku

a. teizm z ograniczoną wszechwiedzą Bożą

b. teizm z nieograniczoną wszechwiedzą Bożą - anzelmiańska wersja

       W zakończeniu swoich wywodów, autor wyraźnie wskazuje na preferowaną przez niego odmianę: „Anzelmiańska wersja teizmu probabilistycznego spełnia intuicję wolności pojętej indeterministycznie oraz jest zgodna z potocznym doświadczeniem wartości, w którym cierpienie jest złem i jest bytem. Probabilizm anzelmiański jest też zgodny z poczuciem, że zdarzają się na świecie zdarzenia bezcelowe, nieobjęte żadnym planem, oraz irracjonalne, niewytłumaczalne.” [s.362]

            Oczywiście, sympatie czy upodobania nie rozstrzygają o słuszności poglądu. Niemniej przyznaje: „Piszącemu te słowa probabilistyczny teizm anzelmiański wydaje się poglądem bliższym, z którym w jakimś sensie sympatyzuje, choć nie spełnia on, na przykład, potocznej intuicji czasu, nieuznającej tezy, że przyszłość jest równie realna jak przeszłość. Trudno jednak znaleźć nam w filozofii jakikolwiek ważny pogląd, który nie budziłby żadnych oporów lub za którego przyjęcie nie należałoby zapłacić pewnej ‘metafizycznej’ ceny”.[s.362]

        Po takiej deklaracji rodzi się wątpliwość: czy osobiste sympatie nie wpłynęły znacząco na sposób prezentacji poszczególnych koncepcji opatrzności Bożej? Zdarza się bowiem, że omówienia stanowisk filozoficznych przypominają parlamentarną charakterystykę opozycyjnej partii. Tego – jednakże – nie będę w stanie rozstrzygnąć.

3 lipca 2014

            Sam już nie wiem czy w Kościele nic nadzwyczajnego się nie dzieje albo też nasze portale katolickie zastygły. Wprawdzie lepsza cisza niż kolejna gorsząca afera, ale coś mi się wydaje, że powód jest bardziej prozaiczny. Po prostu: kryzys takich portali jak wiara.pl czy ekai.pl. Nuda iście wakacyjna.

2.

            Zaczynam czytać samego siebie. Sięgam do wpisów z końca 2008 i początku 2009 roku. I zarozumiale stwierdzam, że nie muszę się ich wstydzić. Usunąłem je z „notesu”, ponieważ ogromnie rozrastało się menu, a nie wierzyłem, żeby ktoś czytał starocie.

            Czytałem dziś notki ze stycznia 2009 roku i wynotowałem parę cytatów. Wsadziłem je do zakładki „Wypisy z archiwum”. Swoich dywagacji nie przepisuję, chociaż niektóre z nich, nie są najgłupsze. Pomimo upływu czasu. Jeśli ryzykujesz – kliknij: http://www.notes-ks-pietrzyka.parafia.info.pl/?p=main&what=28

4 lipca 2014

            Od jakiegoś czasu powtarzany jest zarzut, że religie monoteistyczne są źródłem przemocy. Koronnego argumentu dostarcza islam, ale przypomina się też takie sprawy jak wojny religijne czy inkwizycję. Temu zagadnieniu poświęcone były w ostatnich latach prace Międzynarodowej Komisji Teologicznej. Zaś ich owocem jest dokument zatytułowany Bóg Trójca, jedność ludzi. Monoteizm chrześcijański przeciwko przemocy”. Broszura niewielkiego formatu (11x18 cm) liczy sobie 120 stron. Biorąc pod uwagę ogromną posuchę na rynku teologicznym, opracowanie MKT zasługuje na uwagę. Doszukałem się spisu treści, który troszeczkę odsłania poruszoną problematykę. Dokument wydali sercanie (Dehon).

I. WĄTPLIWOŚCI DOTYCZĄCE MONOTEIZMU 1. Religijne doświadczenie bóstwa 2. Monoteizm i przemoc: związek konieczny? 3. Tolerancyjny politeizm? Wątpliwa metafora 4. Odpowiedzialność przypisywana naszej wierze

II.INICJATYWA BOGA NA DRODZE LUDZI 1. Przymierze z Bogiem przeznaczone dla wszystkich narodów 2. Chrześcijańskie rozeznanie dawnego objawienia 3. Praktykować miłość, strzec sprawiedliwości 4. Wiara w Syna przeciwko nieprzyjaźni między ludźmi

III. BÓG, ABY WYBAWIĆ NAS OD PRZEMOCY 1. Bóg Ojciec zbawia nas przez krzyż Syna 2. Pokonanie przemocy w Synu 3. Ciało człowieka przeznaczone do chwały Bożej 4. Nadzieja ludów – wiara Kościoła

IV. WIARA W KONFRONTACJI Z WIELKOŚCIĄ ROZUMU 1. Droga dialogu i węzeł ateizmu 2. Konfrontacja w kwestii prawdy o istnieniu Boga 3. Krytyka religii i naturalizm ateistyczny 4. Zaangażowanie rozumu: świat stworzony, Logos Boga 5. Boska transcendencja a relacje w Bogu jedynym i z Nim

V. ROZPROSZONE I ZGROMADZONE NA NOWO DZIECI BOŻE 1. Godność jednostki i więź łącząca wielu 2. Bóg wspiera dążenie do sprawiedliwości, otwiera na nowo nadzieję życia 3. Religijne oczyszczenie z pokusy panowania 4. Moc pokoju z Bogiem, misja Kościoła

5 lipca 2014

            Internet przeżywa ogromną przemianę. Gdy w 2007 roku rozpoczynałem pisanie „notesu”, blogów było stosunkowo niewiele. Pojawienie się strony prowadzonej przez starszego/starego księdza, zapełnianej codziennymi wpisami, przyjmowano z zaciekawieniem. Dziś ilość tzw. blogów wzrosła tak niepomiernie, że nie sposób zająć się którymkolwiek z nich. Nie tylko nie czytamy innych. Nie czytamy także samych siebie. Zredagowanie codziennego wpisu i „wklejenie” go na stronę zajmuje nieco czasu. I pochłania trochę sił. Na czytanie samego siebie brakuje chęci. Nawet wydaje się, że byłoby wręcz przejawem narcyzmu. Niemniej zmusiłem się parę dni temu do przeczytania wpisów ze stycznia 2008 roku.

            Po co więc pisać? Uzasadnieniem, które się broni, jest zabieg terapeutyczny. Sam fakt, że jeszcze potrafię zapisać parę zdań, które sprawiają wrażenie sensownych, poprawia samopoczucie. Fakt, że dziennie czyta je średnio 550 osób też nieco mobilizuje. To nie są dziesiątki czy setki tysięcy. To zaledwie pół tysiąca. Ale jako proboszcz nie miałem takiego codziennego „audytorium”.

2.

W moim notesie nie goniłem za skandalami. Jeśli jednak o jakiejś sprawie bębnił cały świat, lub przynajmniej cała Polska, nie widziałem powodu, by rżnąć głupa i milczeć. Bliskie było mi pytanie Norwida: „Czy ten ptak kala gniazdo, co je kala, czy ten, co mówić o tym nie pozwala?” Dopiero papież Franciszek zaprzestał nazywać czarny asfalt białym lakierem. Piszę o tym z powodu pewnego rozczarowania. Dziś bowiem agencje na całym świecie informują, że jeden z prałatów watykańskich zdefraudował ok. 2 miliony dolarów z konta rzymskiej bazyliki Matki Bożej Większej. Tej właśnie, do której kardynał Bergoglio wstępował zawsze, gdy był w Rzymie. Zaś owym defraudantem jest ksiądz, który przed laty zmienił mnie – jako wikarego – w jednej z naszych parafii. Przez pół roku sprawę trzymano w tajemnicy. Teraz wybuchła skandalem.

http://wiadomosci.onet.pl/swiat/watykan-proces-polskiego-ksiedza-bylego-zarzadcy-papieskiej-bazyliki/qx3n7

6 lipca 2014

            Wyczuwam nieraz nieprawdopodobną chęć osób tzw. trzecich do upowszechniania swoich poglądów w moim notesie. Mój notes ma jednak tę niezbywalną cechę, że jest moim. W moim prywatnym notesie piszę ja sam. W przeciwnym razie nie byłby notesem. Z drugiej jednak strony umieszczam w nim cytaty, streszczenia czyichś poglądów czy jeszcze inne ciała obce. W gruncie rzeczy są mi jednak bliskie i zarazem w pewnym stopniu niezbędne w normalnym rozwoju. Przecież tylko wówczas, gdy siedzimy na barkach olbrzymów, możemy widzieć dalej. Ale mimo wszystko to ja decyduję na czyje barki usiądę.

            Dziś poszedłem nieco dalej. Towarzyszowi niedoli zaproponowałem, żeby udostępnił mi swoją dzisiejszą homilię. Z trzech powodów: 1. z żalu, bo gdybym miał głosić, takiej bym nie powiedział; 2. XIV niedziela zwykła przypada w początkowym okresie kanikuły. Księża rozjeżdżają się na urlopy, łapie się celebransów na zastępstwa, upały każą nie przemęczać ludzi w kościele. W rezultacie, w atmosferze prowizorki i pośpiechu, powstaje zestaw sloganów, z których często nic sensownego nie wynika. W mojej pamięci nie przechował się żaden ślad homilii z niedzieli XIV roku A, która by mnie urzekła i pociągnęła. 3. Mam w głowie pustkę. Jest to pustka ontologiczna, niebyt. Dlatego mogę chyba zapełnić go tym, co mi się spodobało. No to poczekam nieco, bo mój kontrahent spóźnia się z swoim tekstem.

 7 lipca 2014

            Kazanie/homilia to gatunek oratorski. Czytanie tekstu homilii można porównać do czytania dramatu Szekspira. Dramatów nie czyta się. Dramaty ogląda się w teatrze. Tam istotną rolę gra scenografia, gestykulacja aktorów, intonacja głosu, kontakt z widzem i wiele, wiele innych spraw. Skoro jednak namówiłem mojego współtowarzysza niedoli, by udostępnił mi notatki swej homilii – więc je wklejam. Ale zaznaczam, iż kazań/homilii się słucha. Autorem tekstu jest ks. Gerard Syguda.

2.

„Łatwo było odczytać z lekcjonarza przeznaczone na dzisiejszą niedzielę Słowo Boże. Trudniej jednak powiedzieć coś od siebie, zwłaszcza mając przed sobą takie audytorium jak w tej kaplicy: proboszczowie, którzy przez kilka lat studiowali teologię, przez dziesiątki lat głosili homilie, kazania, katechizowali; profesorowie, którzy prowadzą wykłady dla studentów, mający na swoim koncie liczne publikacje. Czuję się jak na egzaminie z homiletyki. Co mam powiedzieć ? I tak zostanę poddany krytyce, nie tylko merytorycznej. Ale czy wam jest łatwo powiedzieć homilię lub kazanie według zasady: „niech ksiądz tam ‘COŚ’ powie”? Czy wiedza teologiczna ułatwia poznanie ‘tych spraw’ jak nazwane są one w dzisiejszej Ewangelii. Czy – przeciwnie – apologetyka, hermeneutyka, patrologia i traktaty ‘De Deo uno’, De Trinitate Dei’ De novissimis,’De gratia’, cały warsztat teologiczno – filozoficzny, rutyna kościelno-prawna, to nasze zawodowstwo nie jest czasem przeszkodą? Czy przypadkiem nie ogranicza nas w przyjęciu przesłania Ewangelii, które   j e s t   b a r d z o  p r o s t e. Można je pojąć duchem i nie na wiele się zda błyskotliwość i wykształcenie.

Dzisiejszy fragment Ewangelii św. Mateusza to bezcenna perełka. Pozwólcie że przytoczę ją we współczesnym przekładzie z języka greckiego: „Pan Jezus odezwał się: Panie nieba i ziemi, dziękuję Ci za to, że te sprawy zakryłeś przed mądrymi i uczonymi, a odsłoniłeś je ludziom prostym. Wiem Ojcze, że taka jest Twoja wola. Ojciec przekazał mi wszystko, bo tylko Ojciec zna Syna i tylko Syn zna Ojca oraz ten, komu Syn zechce Go objawić. Przychodźcie do mnie wy – ludzie zapracowani i przeciążeni – ja dam wam wytchnienie. Bierzcie na siebie tylko takie jarzmo, jakie ja dźwigam a nauczę was nosić je z pogodą ducha i bez skargi. Wtedy znajdziecie wytchnienie, bo to, czym ja was obciążam, udźwigniecie bez trudu.”

Bóg nie objawia się uczonym zadufanym we własną wiedzę a objawia się jednak maluczkim, którzy otwierają się na Niego z prostotą dziecięcą, świadomi własnej niewiedzy. To oni zostają dopuszczeni do tego najwyższego poznania, jakie ma miejsce między Jezusem a Ojcem Niebieskim, jakiego tylko Bóg może udzielić człowiekowi (… podobnie jak nikt nie zna Ojca, tylko Syn i ten, któremu On chce to objawić). ‘Maluczkim’ może być super profesor z rozległą wiedzą jeżeli potrafi stanąć w pokorze przed Bogiem. Wszystko zależy od tego, jaki użytek robimy z naszej wiedzy. Jeżeli pysznimy się nią, stajemy się podobni do tych ‘uczonych w Piśmie’ , którzy nie przyjęli Chrystusa i Jego Ewangelii.  Na pokusę pychy narażeni są zwłaszcza ludzie z dyplomami, uważający siebie za ‘kastę wybranych’,  za mądrzejszych od innych, gardzący innymi jako mniej wykształconymi  czy nieukami.

Chrystus powołuje na swoich uczniów ludzi prostych i nieuczonych, ponieważ oni wierzą Jego słowom i Jego cudom. Wydaje się, jakoby Bóg miał szczególne upodobanie w ludziach, którzy nie liczą się w świecie, czy są ‘wykluczeni’. Wystarczy przypomnieć sobie skład personalny grona apostołów. Święty Paweł, mimo  że sam był wykształcony napisał: „Jeżeli ktoś z was mniema , że jest mądrym na tym świecie, niech się stanie głupim, by posiadł mądrość. Mądrość  tego świata jest głupstwem u Boga.” (1Kor3,18 n)

Żywym komentarzem do słów Jezusa z dzisiejszej Ewangelii jest życie i dzieło św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Nigdy nie podejmowała żadnych studiów i nie miała czasu na zdobycie  bogatego doświadczenia życiowego. Ktokolwiek chce jednak wniknąć głębiej w modlitwę Chrystusa, powinien zapoznać się z jej życiem i pismami. Nie trzeba też obszernie przedstawiać św. Jana Marię Vianney’a, proboszcza z Ars. Nie wiedziałem , że w wieku lat 17 zaczyna naukę czytania i pisania. Z trudem skończył seminarium i został wyświęcony. A jaka mądrość tchnie do dzisiaj z jego kazań!

Tajemnica Boga nie jest owocem własnego rozumowania, nie dochodzi do niej błysk geniuszu. Tajemnica Boga jest Jego własnością. To  On sam zakrywa ją i odkrywa. Nie za zasługi naukowe, tytuły i wzorowe cenzurki. Nie nagradza inteligentnych, nie promuje mądrych. Swój dar objawia ludziom prostego serca –bo WIARA JEST ŁASKĄ. Tak jak bogaczowi trudno jest wejść do Nieba tak i tym, którzy zaufali tylko swojej mądrości trudno jest uwierzyć Bogu. Rozum może stawiać granice.

Po co więc były te kilkuletnie studia, po co mozolne lektury, obrona pracy doktorskiej, czy ciągle nowe publikacje naukowe, skoro Bóg objawia się prostaczkom, skoro tajemnice Jego można tylko pokornie przyjąć a nie przestudiować? Tego, co wchłonęliśmy przez wykłady i osobiste studia i lektury nie możemy tak po prostu schować do szuflady i zapomnieć, nie będziemy palić książek, które przeczytaliśmy.

Tomasz a Kempis radzi: „Każdy człowiek z natury pragnie wiedzy, lecz cóż warta wiedza bez bojaźni Boga? Niewątpliwie lepszy jest skromny wieśniak  służący Bogu niż dumny filozof , który o sobie nie myśląc bada ruchy ciał niebieskich[…] Gdybym wiedział wszystko, co można wiedzieć na świecie, a nie trwał w miłości, cóż by mi to pomogło w oczach Boga, który sądzić mnie będzie z tego , co uczyniłem. Ucisz w sobie nadmierną żądzę wiedzy, bo płynie z niej wielki niepokój i wielkie złudzenie. Uczeni pragną, aby ich widziano i chwalono, jacy to są mądrzy. […] Nadmiar słów nie nasyca duszy, ale dobre życie uspokaja umysł a czyste sumienie zbliża do przyjaźni Boga. O ile więcej i lepiej umiesz, o tyle surowiej będziesz sądzony, jeżeli życie twoje w tym samym stopniu nie będzie świętsze. Nie nadymaj się z powodu sztuki czy wiedzy lecz raczej lękaj się otrzymanej umiejętności. Jeśli zdaje ci się , że wiele umiesz i wiele rozumiesz, wiedz, że jest wiele więcej rzeczy, których nie wiesz […] O sobie samym niewiele mniemać a o innych zawsze jak najlepiej- to mądrość, to jest doskonałość”.

[O naśladowaniu Chrystusa, tłum.A. Kamieńska, rozdz. II]

8 lipca 2014

„Akt wiary nie może być irracjonalny. W przypadku czło­wieka myślącego musi być przygotowany przez pew­nego rodzaju ‘filozoficzne utorowanie drogi’, czyli przemyślenia o charakterze filozoficznym, które przy­najmniej usunęłyby bariery blokujące akt wiary i wyka­zywałyby jego rozumność. Wydaje się, że współczesna teologia i w ogóle myśl chrześcijańska zwraca mniej­szą uwagę na ten aspekt drogi do Boga, niż to czyniła teologia przedsoborowa. Efekt ten wzmacniają jesz­cze współczesne antyracjonalistyczne trendy. Tymcza­sem liczba odchodzących od wiary religijnej i obojęt­nych ustawicznie wzrasta, a więc problem racjonalnych aspektów aktu wiary powinien pozostawać w centrum uwagi chrześcijańskich myślicieli. Warto i w tym miej­scu podkreślić rolę tzw. naukowego obrazu świata. Dla wielu ludzi, zwłaszcza o wykształceniu ścisłym lub technicznych, jedną z największych przeszkód w zaakceptowaniu wiary religijnej jest jej obcość we współczesnym obrazie świata.”

[M.Heller, Sens życia i sens wszechświata. Kraków 2014, s. 68-69]

9 lipca 2014

„Nowa ewangelizacja wymaga nowego języka, nowych form i nowego zapału” –orzekł gładko i sprawnie jeden z naszych hierarchów. I ma rację. Świętą rację, bo mniej więcej ćwierć wieku temu – albo wcześniej – to samo mówił św. Jan Paweł II. Zaczynał wówczas mówić o „nowej ewangelizacji” i tak mniej więcej ją opisywał, aby słuchacze zrozumieli o co mu chodzi. Jeśli za następne ćwierć wieku nasi hierarchowie będą gładko i sprawnie orzekali, że „nowa ewangelizacja wymaga nowego języka, nowych form i nowego zapału”, to będę się w grobie przewracał.

Żeby nie opowiadać w nieskończoność utartych sloganów, zachęcam do przeczytania opracowanka red. Marcina Przeciszewskiego. http://ekai.pl/dossier/x80366/czym-jest-nowa-ewangelizacja/

10 lipca 2014

            Wczoraj w Sejmie było gradobicie. Dominująca teza: rząd Donalda Tuska jest skompromitowany i ośmieszony. Tylko jednego nie rozumiem: dlaczego w takim razie większość Polaków nie chce, żeby premierem był Jarosław Kaczyński? A gdyby tak zapytać o prof. Piotra Glińskiego: czy on cieszy się większym poparciem? Niezależnie jednak od preferencji, powstaje kolejne pytanie: z kim p. Kaczyński lub p. Gliński miałby uformować nowy rząd?

11 lipca 2014

            Zastanawiam się nad splotem wydarzeń, które można opatrzeć etykietą „sprawa prof. Chazana”. Przypominają mi się lekcje historii starożytnej z szkoły podstawowej. Była to chyba piąta klasa. Miałem 11 lat. W trakcie lekcji poświęconej Sparcie i wychowaniu spartańskiemu dowiedziałem się, że chore i kalekie dzieci zrzucano z wysokiej skały. W ten sposób pozbywano się uciążliwego problemu. Ta informacja wywołała u mnie jakiś wewnętrzny ból. Praktyka wydała mi się okrutna, nieludzka. Nic nie wiedziałem wówczas o aborcji i innych związanych z tym problemach moralnych. Dysponowałem wyłącznie odczuciem moralnym kilkunastoletniego dziecka. I to odczucie dalej noszę w sobie.

            Zadaję więc pytanie: czy można domagać się od lekarza, by uśmiercił dziecko tylko dlatego, że jest kalekie? Nawet jeśli jego szanse przeżycia są nikłe? Czy można posługiwać się przewrotnym argumentem, że lekarz miał obowiązek aborcji, bo dziecko (pacjent, patio = cierpię) cierpiało? Przecież cała praktyka lekarska dokonuje się w trakcie procesu zmniejszających się szans przeżycia poszczególnych pacjentów. Czy w takim razie lekarz miałby dokonywać eutanazji, ponieważ istnieją nikłe szanse przeżycia chorego? Czy cierpienie chorego jest usprawiedliwieniem zabójstwa? Więcej: czy można prawnie zmuszać lekarza do takiego czynu?

            Nie tak dawno cały świat rozpisywał się nad tragedią Schumachera. Dla wszystkich było rzeczą oczywistą, że jeśli nawet odzyska świadomość, pozostanie na całe życie kaleką. Po cóż w takim razie cała uporczywa terapia? Po cóż rehabilitacja, która może nie dać zadowalających rezultatów? Czy nie należało – posługując się tą dziwaczną filozofią – uwolnić Schumachera od cierpienia, na które skazany będzie przez całe życie?

            Hanna Gronkiewicz-Waltz podjęła taką decyzję jaką podjęła. Czy kierowała się sumieniem albo partyjnym strachem o stanowisko prezydenta Warszawy? Czy kiedyś czytała „Antygonę” Sofoklesa? Czy w ogóle rozumie co to znaczy kierować się poczuciem sumienia? Wyobraźmy sobie – czego jej bynajmniej nie życzę – że jej dziecko ulega tragicznemu wypadkowi samochodowemu. Jego ciało jest pokiereszowane. Twarz zdeformowana, czaszka poważnie uszkodzona. Czy w takiej sytuacji oczekiwałaby od lekarza, że skróci cierpienie jej dziecka i uśmierci je?

12 lipca 2014

            Mieliśmy w polityce tydzień bezsensownych i bezproduktywnych działań. Wszyscy (pomijając idiotów) wiedzieli, iż sejmowy kabaret nie da żadnych efektów. Ale kto tylko mógł, szedł w zaparte. Dobrze, że główni gracze pozamykali w kojcach swoich rottweilerów: Maciarewicza i Niesiołoskiego. I żałuję, że nie doszło do przyspieszonych wyborów. Pozbylibyśmy się Palikotów, Ziobrów, Gowinów i Korwin- Mikkego. Ten ostatni bowiem po ostatnim mordobiciu też już jest skompromitowany. Natomiast PiS mógłby po zwycięskich wyborach przejąć rządy w koalicji z SLD (lub PSL, gdyby przeszło).

Przy okazji p. Pawlak wykorzystał okazję, by swoim partyjnym kolegom uświadomić, iż jest najbardziej kompetentnym politykiem w ich ugrupowaniu. Ponieważ Piechociński  słupków poparcia dla PSL nie podniósł, Pawlak zabrał się do kolejnego przejęcia steru.

2.

            Wydawcy wiedzą, że nie warto podczas wakacji wypuszczać na rynek nowości. Do połowy września pójdą w zapomnienie. Jedynie kościelne oficyny rozsyłają reklamówki dokąd tylko można i zachęcają do hurtowego zakupu katechizmów. W efekcie w każdej diecezji mamy jedyne najlepsze i najnowocześniejsze podręczniki do nauki religii. Zastanawiałem się jak wyglądałby protest, gdyby ktoś chciał wprowadzić jednolity podręcznik i na dokładkę za niego zapłacił.

3.

            Sezon ogórkowy. Od tygodnia piszą o wynikach ostatniego liczenia wiernych w kościołach. Jedni piszą: coraz mniej. Drudzy: coraz więcej, chociaż coraz mniej. Wiadomo, którzy są z kategorii „jedni” a którzy z kategorii „drudzy”.

            W zasadzie dysponujemy tylko dwoma wskaźnikami: dominicantes – czyli chodzący na niedzielną Mszę św. – oraz comunicantes – czyli przystępujący do Komunii św. Przynajmniej od 30 lat słyszę powtarzaną mantrę: wprawdzie ilość obecnych w Kościele spada, ale wzrasta ilość przystępujących do Komunii św. Ma to świadczyć o bardziej świadomie i autentyczniej przeżywanej wierze.

            Jest to jednak sposób zaczarowywania rzeczywistości. Wzrastająca liczba comunicantes może z powodzeniem być wynikiem coraz mniejszego poczucia grzechu (i sacrum!) a nie bardziej dojrzałej wiary. I drugi wskaźnik: przecież nie wzrasta bezwzględna liczba komunikujących tylko procent spośród obecnych w kościele. Jeśli zmniejsza się liczba obecnych, to automatycznie zwiększa się procent komunikujących. Jeśli w Mszy św. uczestniczy 100 osób a do Komunii przystąpi 50 – mamy 50 proc. Jeśli do kościoła przyjdzie 80 a komunikujących będzie 45 – mamy 56,25 proc. A więc: rośnie, chociaż spada.

            Melchior Wańkowicz wymyślił kiedyś bardzo trafny a dziś zapomniany termin: chciejstwo.

13 lipca 2014

            Wspominałem już kiedyś, że WAM od paru miesięcy zapowiada książkę kard. Kaspera o Kościele. Początkowo czekałem na nią z utęsknieniem, ale po „słynnym” wystąpieniu podczas konsystorza straciłem do niego zaufanie jako teologa. Jeśli ktoś dla koniunkturalnych celów przestaje liczyć się z „twardymi” danymi biblijnymi – staje się dla mnie gnostykiem.

            Mało widoczny i mało medialny jest natomiast kard. Koch, obecny szef papieskiej rady do spraw jedności chrześcijan. Jednak trzeźwo ocenia aktualny stan ekumenizmu. Jakiś czas temu zadał proste pytanie: czy rocznica rozwodu jest dobrą okazją do świętowania? Może jest okazją dla protestantów, ale powstaje pytanie o ich ocenę trwającego rozłamu wśród chrześcijan. Kardynał Koch trzeźwo także – jak mi się wydaje – patrzy na sytuację Kościoła. Dlatego zastanawiam się czy Kaspera nie zamienić na Kocha. Jest jednak istotna trudność: nie ma polskich przekładów eklezjologii autorstwa Kocha. Jest tylko opracowanie. Ukazało się w tarnowskim wydawnictwie Biblos. ks. R. Biel, Kościół Wielkiej Soboty. Paschalna wizja Kościoła w ujęciu kardynała Kurta Kocha,(2012). Tytuł jest wielce wymowny i zarazem zachęcający. Jednak rodzi się wątpliwość: czy nie będę znów żałować, że poszedłem w opracowania?

http://ekai.pl/wydarzenia/temat_dnia/x80453/kard-k-koch-chce-wyjasnienia-przez-luteran-pojecia-kosciola/

 14 lipca 2014

Panie tak bliski, a jakże daleki,

wypowiedz słowo, które padnie w serca,

aby je wzmocnić niezłomną pewnością,

że jesteś z nami. [z nieszporów III poniedziałku]

2.

            28 czerwca minęła setna rocznica zamachu w Sarajewie na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda. Za dwa tygodnie przypadnie rocznica wybuchu I wojny światowej. Nie pamiętam czego uczono mnie w szkole na jej temat. O tamtych czasach czytałem głównie w literaturze świadków Jehowy. Dla nich bowiem rok 1914 odgrywa szczególną rolę. Według dokonywanej rachuby, wówczas miały się rozpocząć „czasy końca”. Zaś świadkowie tamtych wydarzeń mieli doczekać się Armagedonu. Czas biegł, świadków było coraz mniej. Więc zmieniano głoszone tezy. A co głoszą dziś, skoro w ogóle świadków nie ma? Nie wiem, bo od dłuższego czasu nie śledzę zmian w ich doktrynie.

            Drugim źródłem informacji o czasach I wojny światowej był mój dziadek. Egzotyczna postać. Służył w armii cysorza Franza Josepha i podczas ostrzału stracił oczy. Chociaż był niewidomy, a może właśnie dlatego, niezwykle barwnie opowiadał nam o zapamiętanym świecie. Teraz wypadałoby poczytać coś bardzo przystępnego a równocześnie rzeczowego. Wprawdzie mógłbym zejść z tego świata w stanie kompletnej historycznej ignorancji, ale mogę też zejść w stanie pewnego rozeznania.

15 lipca 2014

            „Prezydent Bronisław Komorowski cieszy się zaufaniem 74 proc. badanych, premier Donald Tusk - 37 proc.[…] Zaufaniem 34 proc. badanych cieszy się obecnie szef SLD Leszek Miller. 30 proc. badanych ufa prezesowi PiS Jarosławowi Kaczyńskiemu, takim samym zaufaniem cieszy się szef NBP Marek Belka.”

            Jeśli takie dane pojawiają się w moim komputerze, to znak, że coś niedobrego się z nim dzieje. Kto to widział, żeby Donald T. – najgorszy premier w dziejach świata – cieszył się większym zaufaniem niż Jarosław K. O Leszku M. już w ogóle nie wspomnę. Chyba jakieś złośliwe wirusy zainfekowały mój laptop.

2.

Jeszcze bardziej bulwersujące są dane dotyczące braku zaufania. „Jarosław Kaczyński oraz Janusz Korwin-Mikke mają po 46 proc. deklaracji nieufności. Premierowi Donaldowi Tuskowi nie ufa 44 proc. badanych”.

To jest prawdziwa prowokacja. Ja bym nasłał do CBOS jakąś grupę CBA. Niech zrobią z nimi porządek. Kto to widział, żeby tak ogłupiać naród? Przecież Jarosław K. nie bił Boniego po gębie tylko Korwin-Mikke!

3.

            No to co? Zadowoleni?

4.

            Przyszedł mi do głowy wątpliwej jakości pomysł. Skoro trwają wakacje, a wakacje – jak wiadomo – są wakacjami od uczenia się, czytania, pisania i myślenia, mógłbym podjąć heroiczne postanowienie nieczytania niczego do końca sierpnia. Powiedzmy: prawie niczego. W każdym razie nieczytania książek z biblioteki, kupowania nowych w internetowych księgarniach a nawet sięgania do lektur zaległych.

            Heroizmu zawartego w takim pomyśle nie pojmie nikt ze zdroworozsądkowo myślących ludzi. Może to zrozumieć ćpun-narkoman lub zaawansowany alkoholik, który każdego ranka postanawia już więcej nie pić. Mój stan bowiem diagnozuję mniej więcej na takim poziomie zniewolenia. Opanować nałóg rzucania się na wszystko co zadrukowane i nawinie się pod rękę jest zadaniem niezwykle trudnym. I prawdę mówiąc nie wierzę w jego powodzenie. Ale cóż, nawet dobre chęci powinny się liczyć.

 16 lipca 2014

            Co jakiś czas spotykają mnie zaczepki. Tym razem dotyczyły kaznodziejstwa: - Czy mógłbyś udzielić skróconego kursu kaznodziejstwa, skoro przez 40 lat głosiłeś kazania? Od siebie dodałem: i już teraz nie potrafisz ich głosić. Moja odpowiedź jest jednoznaczna: przez 40 lat nieustannie zmagałem się z moimi kazaniami; zastanawiałem się jak wygłosić to konkretne, które przygotowywałem. Nie usiłowałem jednak innych pouczać, bo wszelkie uwagi – czy też porady – przyjmowali niechętnie.

            Wydaje mi się, iż najczęściej lekceważy się podstawowy fakt: kazanie jest formą oratorską. Powinno być wygłaszane a nie czytane. Przecież nikt nie zapowiada w swojej parafii, że np. kazanie odpustowe odczyta ksiądz taki a taki. Później jednak okazuje się, że nie głosił a czytał. Ta niedobra praktyka, streszczająca się w słynnym powiedzonku „tata-cyta-cytaty-Tacyta”, jest swoistą plagą kaznodziejstwa. Różnicę między czytanką a głoszeniem pokazuje papież Franciszek. I chociaż niektórzy podśmiechują się z tych kazań, że nie zawierają solidnej teologii, muszą uznać ich skuteczność. Papież dociera do swoich słuchaczy i zapala ich. Nie zapomnę dosadnej uwagi, którą kiedyś słyszałem: ksiądz nie potrafi własnymi słowami powiedzieć o co mu chodzi, a my mamy to zrozumieć, zapamiętać i według tego żyć.  

            Spośród licznych spraw warsztatowych, na dwie jednak chciałbym zwrócić uwagę. Pierwsza z nich to czytanie. W naszych kościołach jest to nagminna bolączka. Niechlujnie czytają zarówno lektorzy jak i księża. Ze zdumieniem słucham np. diakonów, którzy przychodzą do naszego domu i usługują podczas Mszy św. Ale dotyczy to także części moich towarzyszy niedoli. Ewidentny brak ćwiczeń i kontroli. Druga uwaga dotyczy relacji między czytaniami biblijnymi a homilią. Najogólniej rzecz ujmując: teksty biblijne są lekceważone, ponieważ nie zostały przemyślane.

Pomyślałem sobie, że przez parę kolejnych dni – bo więcej nie wytrzymam – mógłbym zamieszczać w notesie takie kaznodziejskie kwękałki. Oczywiście, że te wpisy niczego nie zmienią. Ale przez tydzień będę mieć zajęcie. Mimo wszystko muszę bronić się przed bezrobociem.

 17 lipca 2014

            W radiowej „Dwójce” dyskusja filozofa i psychologa muzyki na temat ciszy. Odkryli dość zgodnie, że jest przydatna, wręcz zbawienna. A poza tym jest istotnym elementem muzyki i wszelkiego przekazu. Warto być filozofem lub psychologiem muzyki, bo wówczas można odkryć to, co wiadomo już od początku świata.

2.

            Dawno już nie byłem w EMPiK-u. Ze zdumieniem zauważyłem, że „Tygodnik Powszechny” zmniejszył format. W zasadzie jest prawie taki jak „Znak”. Przejrzałem, ale nic nie zwróciło w nim mojej uwagi. Jakiś bez wyrazu. Podejrzewam, iż jest to już stan agonalny. Chyba, że ktoś zamierza sztucznie podtrzymywać go w stanie wegetacji.

3.

Europoseł Bolesław Piecha przekazał w wywiadzie dla „Naszego Dziennika” znamienne dane. „Nagonka na dyrektora Szpitala im. Świętej Rodziny zbiegła się w czasie z raportem rządowym dotyczącym dofinansowywania zapłodnienia in vitro z podatków Polaków. Z dokumentu tego wynika, że na procedurę in vitro wydano z pieniędzy podatników 72,4 mln złotych. Do projektu zaklasyfikowano 8,6 tys. par, uzyskano 2,5 tys. ciąż, z czego na świat przyszło tylko 214 dzieci.” Problem nabrał aktualności, ponieważ – jak się okazało – dziecko, o które toczy się bitwa z prof. Chazanem, było poczęte in vitro.

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/85741.html

http://www.naszdziennik.pl/mysl/85743,osrodki-in-vitro-do-kontroli.html

18 lipca 2014

To co Izrael wyczynia w Strefie Gazy nosi znamiona Holocaustu.

2.

Zestrzelono malezyjski samolot cywilny z profesjonalnej broni rakietowej. Czyja to broń? Czytam sobie na temat Putina. Wikipedia podaje znamienny szczegół: „Dziadek Władimira Putina jako chłopiec dostarczał posiłki dla Rasputina, później był kucharzem Lenina i szefem kuchni w jednej z willi Stalina.”

3.

            Przedwczoraj zapowiadałem możliwość spisywania kaznodziejskich kwękałek. Dziś:

Kaznodziejska kwękałka nr 1.

"Przykładaj się do czytania!" (1Tym 4,13)

Kazanie czy homilia - to formy oratorskie. Rządzą się swoimi prawami. Niemniej, nie można całkowicie oddzielić od siebie tego, co kaznodzieja mówi, od tego co czyta. Przede wszystkim: czytamy słowo Boże. Za każdym razem lektor na zakończenie czytania powtarza: „Oto słowo Boże”. Dlatego ważne jest, żeby było przekazywane starannie. I z szacunkiem. Wierzymy przecież, że słowo zapisane na kartach Pisma Świętego jest słowem natchnionym.

Ponadto: zarówno czytane jak i głoszone w Kościele słowo ma przybliżyć słuchaczy do "Boga, który pragnie, by wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy" (1Tym 2,4).  Więcej: jest to słowo żywe, które ma moc przemiany człowieka. " Żywe bowiem jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca.  Nie ma stworzenia, które by było przed Nim niewidzialne, przeciwnie, wszystko odkryte i odsłonięte jest przed oczami Tego, któremu musimy zdać rachunek" (Hbr 4,12-13). Trzeba więc czytać i głosić starannie i  z szacunkiem dla słowa Bożego.

Znamienne są napomnienia, jakich św. Paweł Apostoł udzielał biskupowi Tymoteuszowi:  "Niechaj nikt nie lekceważy twego młodego wieku, lecz wzorem bądź dla wiernych w mowie, w obejściu, w miłości, w wierze, w czystości! Do czasu, aż przyjdę, przykładaj się do czytania, zachęcania, nauki" (1Tym 4,12-13). Wezwanie "przykładaj się do czytania" można i należy rozumieć w podwójnym znaczeniu:

1. Nauczanie wymaga  nieustannego dokształcania się, swoistego oczytania się.

2. Czytany w Kościele tekst wymaga starannego przygotowania. Tymczasem niedbałe, nieudolne czytanie perykop biblijnych stało się prawdziwą plagą. Dlatego w ważnych dokumentach kościelnych pojawia się w ostatnim czasie stanowczy apel, który bynajmniej nie dotyczy tylko lektorów, lecz również kapłanów. Papież Benedykt XVI pisał: "Wraz z Synodem proszę, by liturgia słowa była zawsze odpowiednio przygotowywana oraz przeżywana. Dlatego żywo polecam, by przykładano wielką wagę do czytania podczas liturgii słowa Bożego, przez lektorów dobrze do tego przygotowanych. Nie zapominajmy nigdy, że 'gdy w Kościele czyta się Pismo Święte, sam Bóg przemawia do swego ludu, a Chrystus, obecny w swoim słowie, zwiastuje Ewangelię'." [Adhortacja Sacramentum Caritatis n. 45].

19 lipca 2014

            Świat zostawia mnie coraz bardziej w tyle. Uświadamiam to sobie dzięki muzyce. Podczas wałęsania się po lesie zakładam słuchawki mojego telefonu i słucham radia. I ze zdumieniem przysłuchuję się ludziom doskonale orientującym się w zakresie tego, co tam nadają. Dyskutują, odpowiadają na konkursowe pytania, dzielą się swoimi doświadczeniami. Dla mnie wszystko to jest obce, nieznane.

            Ale nie tylko o muzykę chodzi. Dotyczy to wszystkich spraw ludzkiej kultury. Po prostu: ja i świat oddalamy się od siebie. Może w taki sposób jestem (jesteśmy) przygotowywany na odejście?

2.

            Spadające wskaźniki praktyk religijnych niepokoją hierarchów. Przynajmniej niektórych. Ten niepokój dokucza. Dlatego istnieje pokusa stosowania antybólowych plastrów. Parę dni temu biskup radomski Henryk Tomasik dostrzegł pewne usprawiedliwienie w emigracji. Czytam (nie wiem, w jakiej mierze jest to wierna relacja): „Z danych wynika również, że w ciągu ostatnich 10 lat grupa osób praktykujących regularnie zmniejszyła się o niemal 2 mln. - Ale zapomniano, że ok. 2 mln Polaków wyjechało z kraju. To ważny fakt, o którym nie mówi się w mediach w kontekście podawania liczby osób uczestniczących w niedzielnej Mszy świętej.”

            Wniosek bpa Tomasika byłby prawdziwy tylko w jednym wypadku. Mianowicie, gdyby emigrowały wyłącznie osoby regularnie praktykujące. Tymczasem fala emigracyjna może nawet spowodować podniesienia się wskaźników. Taką sytuację miałem w swojej parafii. Po pierwszej, wielkiej fali wyjazdów w latach 1987-91 zauważyłem, iż stosunek dominicantes do liczby parafian jest korzystniejszy. Zadufany w sobie proboszcz mógłby nawet uwierzyć w swoją niezwykłość i rozgłaszać: dzięki mojemu wysiłkowi duszpasterskiemu, zwiększyła się ilość praktykujących. I rzeczywiście, niektórzy o sobie myśleli w kategoriach wielkich misjonarzy świata. Rzeczywistość jednak była bardziej prozaiczna: ci, którzy wyjechali – głównie młodzi ludzie – reprezentowali grupę mniej praktykujących niż ci, którzy pozostali (np. ich rodzice). Dlatego wynik był korzystniejszy.

            Wracając do wywodu bpa Tomasika: gdyby dokładniej przebadać kto wyjechał w ostatnich 10 latach z kraju, mogłoby się okazać, że emigracja w gruncie rzeczy zmniejszyła wskaźniki spadku dominicantes. W kraju pozostali starsi-pobożniejsi i tym samym wskaźnik wypadł korzystniej, chociaż i tak gorzej niż 10 lat wcześniej.

http://ekai.pl/diecezje/x80482/bp-tomasik-o-najnowszych-statystykach-iskk-to-ogromne-wyzwanie-duszpasterskie/

20 lipca 2014

            Jarosław Gowin i Zbigniew Ziobro podpisali akt kapitulacji. Za miskę soczewicy. Miejsce internowania nie zostało jeszcze upublicznione. W każdym razie nie będzie to Arłamów. Każdy z nich otrzyma przepustkę na medialną autoprezentację 10 sekund/tydzień. Żeby społeczeństwo nie zapomniało o ich istnieniu.

2.

Znalazł się nowy Archimedes. W ramach ogórkowej debaty w mediach na temat uczestnictwa w niedzielnych nabożeństwach, odkrył receptę na zatrzymanie tendencji spadkowej: „Zdaniem ks. prof. Tomasza Wielebskiego z UKSW, pomysłem na odwrócenie negatywnych trendów jest ciągła ewangelizacja”. Brawo, Księże Profesorze! Szkoda, że wcześniej tego nie wiedzieliśmy.

3.

„Nie mieszkam w starości, ale to dlatego zapewne, że nigdy nie miałem poczucia, iż mieszkam w młodości. Nigdy mnie nie dotknęło takie poczucie, że jestem młody i wobec tego świat stoi przede mną otworem. (...) Nie miałem poczucia, że jestem młody, wobec czego nie mam również poczucia, że jestem stary. Chociaż oczywiście, cierpię na różne dolegliwości wieku: ledwo widzę, ledwo słyszę, ledwo się poruszam.” [Leszek Kołakowski]

4.

„Religia jest sposobem, w jaki człowiek akceptuje swoje życie jako nieuchronną porażkę” [także Leszek Kołakowski]

5.

Chantal Delsol jest autorką, którą bardzo cenię. Pisze klarownie i sensownie. Z ogromnym zainteresowaniem przeczytałem wywiad, jaki przeprowadziła z nią KAI. Wywiad niezbyt obszerny, lecz niezmiernie treściwy.

            Na uwagę zasługuje charakterystyka pogaństwa. Często bowiem w kazaniach stosowana jest utarta formuła: odwrócenie się od chrześcijaństwa oznacza tragedię ludzkości. Takie formuły trzeba wypowiadać bardzo ostrożnie, ponieważ większa część ludzkości to poganie, do których chrześcijaństwo nigdy nie dotarło. A przecież społeczeństwa pogańskie funkcjonują i radzą sobie na swój sposób z podstawowymi problemami egzystencjalnymi. Delsol przywołuje przykład Chin, ale tam nawarstwia się jeszcze drastyczny komunizm. Japonia byłaby – być może – bardziej przekonywującym przykładem. Niemniej wyzbycie się przez Europę chrześcijaństwa będzie w skutkach raptownym zagrożeniem.

Podaję link do wywiadu, ale ściągnę go sobie na dysk. Bo chyba warto.

http://ekai.pl/wydarzenia/temat_dnia/x80552/prof-chantal-delsol-wybitna-antropolog-w-specjalnym-wywiadzie-dla-kai/

21 lipca 2014

            Za dziesięć dni kończę czwarty rok emerytury. Dziś upływa 1450-ty dzień. Przed czterema laty, gdy ją już zacząłem, intensywnie wczytywałem się w Księgę Koheleta. Podkreślenia, odnośniki, uwagi, znaki zapytania są świadectwem sadystycznego znęcania się nad tekstem. Teraz należałoby do niego wrócić. Na pewno będzie to inna lektura, znacznie spokojniejsza. Bo kiedyś zadawałem sobie buńczuczne pytanie: dlaczego Kohelet ma rację? Teraz zaś stwierdzam z pewną rezygnacją: Kohelet ma rację, ale nieco przesadza. Po cóż się tak stawia?

„Postanowiłem przyjrzeć się mądrości, a także szaleństwu i głupocie. […] I zobaczyłem, że mądrość tak przewyższa głupotę, jak światło przewyższa ciemności.[…]

Ale poznałem tak samo, że ten sam los spotyka wszystkich. Więc powiedziałem sobie: «Jaki los głupca, taki i mój będzie. I po cóż więc nabyłem tyle mądrości?» Rzekłem przeto w sercu, że i to jest marność. Bo nie ma wiecznej pamięci po mędrcu tak samo, jak i po głupcu, gdyż już w najbliższych dniach w niepamięć idzie wszystko; czyż nie umiera mędrzec tak samo jak i głupiec? (Koh 2,12-16)

2.

W dzisiejszym upale można bzika dostać. W pokoju okno od sufitu do podłogi. Czuję się jak małe dziecko pozostawione w rozgrzanym aucie pod marketem. Z desperacji więc, a nie ze zdrowego rozsądku, wstawiam drugą kwękałkę kaznodziejską.

Kaznodziejska kwękałka nr 2.

Bądź zrozumiałym!

Podstawowym warunkiem poprawnego czytania jest znajomość  tekstu i rozumienie go. Wówczas lektor będzie czytał nie tylko wyraźnie, poprawnie wymawiając sylaby, ale także zrozumiale. Będzie bowiem zaznaczał pauzy i zmieniał intonację głosu w zależności od znaków interpunkcyjnych oraz kładł w odpowiednim miejscu akcent logiczny w zdaniu. Stąd podstawowym wymogiem jest wcześniejsze zaznajomienie się z tekstem biblijnym. Stałą zasadą powinno być  czytanie perykop na głos. Nie tylko półgłosem. Na głos! Tak, jak będziemy czytać podczas liturgii. Wówczas nasze wargi, język, mięśnie oswajają się z odpowiednim układem. Ćwiczymy wymawianie trudnych słów, zwłaszcza nazw.

Przygotowując się do czytania, trzeba zrozumieć czytany tekst . Trzeba uchwycić jego główną ideę, przesłanie. Aby poprawnie wyrazić myśl autora, niezmiernie ważną sprawą jest uwzględnienie znaków interpunkcyjnych. Lekceważenie ich to najczęstszy błąd czytających, który słuchaczom ogromnie utrudnia zrozumienie treści i jest dla nich bardzo męczący.

Kropka kończy zdanie, a tym samym wieńczy pewną myśl. Ważne jest obniżenie intonacji głosu, by tę kończącą się frazę zaznaczyć. Kropka domaga się także krótkiej przerwy, która oddzieli dwa sąsiadujące z sobą stwierdzenia i tym samym wprowadza większą przejrzystość przekazywanych myśli. Bardzo ważnym znakiem interpunkcyjnym jest przecinek. Niestety, bardzo często jest lekceważony lub błędnie odczytywany, co znacznie obniża klarowność zawartej w tekście myśli. Przecinek, w przeciwieństwie do kropki, domaga się zawieszenia intonacji głosu. W ten sposób słuchacz otrzymuje sygnał, że myśl czytanego zdania będzie kontynuowana. Natomiast, jeśli w miejscu przecinka lektor obniża intonację, jakby zaznaczał kropkę, wywołuje u słuchaczy dezorientację. Także bardzo istotne jest robienie pauzy w odpowiednim miejscu. Zapisana i następnie odczytywana przez lektora myśl układa się w swoiste frazy. Nie można ich rozrywać przerwą. Jeśli do tego dochodzi, jest to rezultat braku przygotowania ze strony czytającego, kimkolwiek by był. Kaznodzieja musi więc rozpocząć przygotowanie od głośnego przeczytania perykop biblijnych, by mógł je poprawnie przekazać  zgromadzonym.

W 1 Liście św. Pawła  do Koryntian znajdują się niezwykle ciekawe uwagi dotyczące zrozumiałego przemawiania (a więc także czytania). Wprawdzie Apostoł wypowiada je w kontekście krytycznej oceny daru języków. Można jednak bez trudu dostrzec jego troskę, by każde wymawiane przez nas słowo było dla słuchaczy zrozumiałe: "[…]  gdy trąba wydaje nieznany sygnał, kto  przygotowuje się do wojny? Tak samo jest i z wami. Czy ktoś zrozumie, gdy będziecie mówić niezrozumiałym języ­kiem? Na wiatr będziecie mówić! Weźcie przykład z różnych rodzajów dźwięków istniejących na świecie: każdy coś oznacza. Jeśli jednak nie rozpoznaję znaczenia dźwięku, to jestem obcy dla mówiącego, a on jest obcy dla mnie" (1Kor 14,8-11).

Jeśli perykopy mszalne nie zostały zrozumiale i poprawnie przeczytane, nie należy się dziwić, że słuchacze są już rozproszeni i zniechęceni, zanim usłyszą pierwsze słowa homilii. Dlatego wcześniejsze przeczytanie na głos wszystkich perykop biblijnych jest praktyką, której nikt nie może zaniedbywać. Zwłaszcza kaznodzieja.

22 lipca 2014

„Jednostka woli zrezygnować ze swojej opinii, żeby przyłączyć się do grupy.

Nasze myśli są myślami stadnymi.

Samotność myślenia jest coraz rzadsza.”

                                   [Chantal Delsol]

2.

Dziś bezwład. Odebrałem przesyłkę z książkami, więc chłonę. Ale na stukanie palcami po klawiaturze nie zdobędę się. Dlatego trzecia kwękałka, wcześniej zapisana.

Kaznodziejska kwękałka nr 3.

Uwierzmy w homilię!

"Odnówmy naszą ufność w przepowiadanie słowa, opierającą się na przekonaniu, że to Bóg pragnie dotrzeć do innych przez kaznodzieję i że to On rozciąga swą władzę dzięki ludzkiemu słowu" - pisze papież Franciszek. Szczególną formą tego przepowiadania jest homilia. "Przewyższa ona jakąkolwiek katechezę, stanowiąc najwznioślejszy moment dialogu Boga ze swoim ludem, poprzedzający sakramentalną komunię." [EG 136-137]

Dla zdecydowanej większości wiernych, homilia niedzielna  jest jedyną okazją słuchania słowa Bożego! Często uświadamiałem moim współpracownikom: katecheta potrzebuje około 100 lekcji (w szkole), żeby dotrzeć do 2,5 tys. słuchaczy. Kaznodzieja  ma możliwość dotarcia do tak licznego grona w jedną niedzielę. Dlatego nie może takiej okazji zmarnować! Jego słuchacze w ciągu tygodnia poświęcili – być może – wiele godzin na oglądanie telewizji. On natomiast ma swój jeden jedyny kwadrans. Dlatego musi go wykorzystać w stopniu maksymalnym dla swoich możliwości. "Przygotowanie przepowiadania słowa - stwierdza papież Franciszek - jest zadaniem tak ważnym, że należy poświęcić mu dłuższy czas studium, modlitwy, refleksji  i kreatywności duszpasterskiej. […]Niektórzy proboszczowie często twierdzą, że nie jest to możliwe z powodu licznych obowiązków, które muszą spełniać. Jednakże ośmielam się prosić, aby w każdym tygodniu poświęcić temu zadaniu wystarczająco długi czas osobisty i wspólnotowy, nawet gdyby trzeba było przeznaczyć mniej czasu na inne zadania, choćby i ważne. […] Kaznodzieja, który się nie przygotowuje, nie jest «duchowy», jest nieuczciwy i nieodpowiedzialny wobec otrzymanych darów. [EG 145]

Przygotowanie homilii  jest swoistym procesem twórczym, a twórczość potrzebuje czasu. Dlatego wiele mądrości zawiera sentencja powtarzana przez doświadczonych kaznodziejów: do przygotowania kazania trzeba zabrać się w poniedziałek rano a nie w sobotę wieczorem. Inni mówili podobnie: gdy schodzisz (w niedzielę) z ambony, zacznij przygotowywać homilię. Cykl siedmiodniowy wyznacza naturalny cykl życia. Jest to cykl faz księżycowych, według których przebiegają nawet rozmaite procesy fizjologiczne ludzkiego organizmu. Jest to równocześnie cykl liturgiczny: po sześciu dniach pracy przychodzi dzień świętowania. Podobnie rzecz ma się z przygotowaniem kazania: po sześciu dniach pracy nad nim, niedziela jest dniem proklamacji słowa Bożego.

23 lipca 2014

Kaznodziejska kwękałka nr 4

"Mów, Panie, bo sługa Twój słucha" (1Sm 3,9)

Przygotowanie kazania jest także procesem formacji duchowej kaznodziei. To on jest pierwszym słuchaczem słowa Bożego. Podczas święceń kapłańskich biskup mówi: „Wszystkim głoś słowo Boże, które sam z radością przyjąłeś. Rozważaj prawo Boże, wierz w to, co przeczytasz, nauczaj tego, w co uwierzysz, i pełnij to, czego innych będziesz nauczać. Niech twoja nauka będzie pokarmem dla ludu Bożego, niech świętość twojego życia stanie się źródłem radości dla wyznawców Chrystusa. W ten sposób słowem i przykładem będziesz budować dom Boży, to jest Kościół” (Obrzędy święceń, nr 151).

Sześć dni roboczych tygodnia niech więc będzie nie tylko przygotowaniem tego, co i jak mam powiedzieć w niedzielę. Niech będzie też swoistym przeżuwaniem słowa Bożego (ruminatio), o którym mówili Ojcowie Kościoła. „Postępuj podobnie jak zwierzę, które jeszcze raz przyjmuje pokarm do pyska i smakuje przyjemność [sic!] przeżuwania, zanim pozwoli pożywieniu ponownie trafić do żołądka i w ten sposób dobre samopoczucie promieniuje na całe jego wnętrze.” (Makary Wielki)

Skoro kaznodzieja powinien być pierwszym słuchaczem słowa Bożego, nie powinien jedynie „robić” kazania dla innych. „’Robienie’ – powie K. Mueller – oznacza zwrócone na  zewnątrz i powierzchowne odrobienie obowiązków”.[K. Mueller, s.208] Kaznodzieja powinien pozwolić słowu Bożemu przemówić do niego samego z całym swym bogactwem i swoją głębią. By to nastąpiło, trzeba spokojnie, bez pośpiechu, pochylić się nad słowem Bożym. Trzeba przyjąć wobec tego Słowa postawę pokory i czci.

            "Taka postawa pokornej i pełnej zadziwienia czci wobec Słowa - pisze papież Franciszek - znajduje wyraz w studiowaniu go z najwyższą uwagą i ze świętym lękiem, aby nim nie manipulować. Aby można było interpretować tekst biblijny, potrzeba cierpliwości,  uwolnienia się od wszelkiego niepokoju i poświęcenia czasu, zainteresowania i bezinteresownego oddania. Trzeba odłożyć na bok jakąkolwiek dręczącą nas troskę, aby wejść w inny obszar skupienia, naznaczonego pogodą ducha. Nie warto czytać tekstu biblijnego, jeśli chcemy uzyskać szybki, łatwy i natychmiastowy rezultat. Dlatego przygotowanie kazania wymaga miłości. Bezinteresownie i bez pośpiechu poświęcamy czas tylko rzeczom lub osobom, które kochamy. A tutaj chodzi o ukochanie Boga, który chciał przemówić. Poczynając od tej miłości, można się zatrzymać z postawą ucznia: «Mów, Panie, bo sługa Twój słucha» (1 Sm 3, 9).” [EG n.146]

24 lipca 2014

„Potrafisz zręcznie usprawiedliwiać i ubarwiać swoje czyny, ale cudzych usprawiedliwień nie przyjmujesz. Słuszniej byś zrobił, gdybyś siebie oskarżał, a brata swego usprawiedliwiał. Jeśli chcesz, aby ciebie znoszono, znoś i ty innych. Uświadom sobie, jak wiele dzieli cię jeszcze od prawdziwej miłości i pokory, która nie potrafi na nikogo się gniewać, nikogo obrażać i tylko siebie obwinia. To nie sztuka przebywać wśród dobrych i łagodnych, bo to w sposób naturalny wszystkim dogadza, każdy wybiera spokój i lgnie bardziej do tych, co myślą podobnie. Ale umieć żyć nie tracąc wewnętrznego spokoju wśród szorstkich, złośliwych, niezdyscyplinowanych i nieprzyjaznych - to łaska, to dzielność i zasługa.”

[Tomasz a Kempis, O naśladowaniu Chrystusa ks.II,r.III,2]

2.

            Jednym z moich deprymujących doznań jest rozczarowanie kupowanymi książkami. Kupowanymi, trzeba to wyraźnie zaznaczyć, w księgarni internetowej. Żaden bowiem z trzech katowickich sklepów „Księgarni św. Jacka” teologią się nie zajmuje. Zamawiając książkę, która mnie zainteresowała, jestem przekonany, iż jest interesująca, ważna i do zbawienia koniecznie potrzebna. Zwykle udostępniony spis treści odgrywa tu zasadniczą rolę motywacyjną. Wówczas jednak, gdy już książkę otworzę i zaczynam czytać, często doznaję nieprawdopodobnego przygnębienia. Nie ma bowiem wielu trudniejszych do zniesienia doznań niż poczucie wystrychnięcia na dudka.

            Jakimś prowizorycznym sposobem radzenia sobie z problemem kupowania kota w worku jest wcześniejsze szukanie książki w bibliotece. Ten proceder jednak wywołuje u mnie potworną złość na niedołęstwo naszej Biblioteki Teologicznej. To smutne, że nowości z zakresu teologii znajduję po drugiej stronie Katowic w bibliotece Wydziału Nauk Społecznych przy ul. Bankowej lub w Bibliotece Śląskiej. Nie ma ich natomiast w bibliotece Wydziału Teologicznego, mieszczącej się w budynku seminarium duchownego. Oczywiście, że próbowałem w tej sprawie interweniować, ale odpowiedzi, jakie słyszałem, powalały mnie z nóg.

            Wczorajszy i dzisiejszy dzień poświeciłem na przeglądanie dwu pozycji przyniesionych z Biblioteki Śląskiej. Mają swoje walory, ale nie przekonały mnie o jakiejś wyjątkowości czy oryginalności. Dlatego nie będę im poświęcał miejsca w notesie. Nie byłem ani nie zamierzam być prezenterem nowości książkowych.

 25 lipca 2014

            Parę dni temu wspominałem, że chciałbym po czterech latach przerwy powtórzyć gruntowną lekturę Księgi Koheleta. Dodatkowym bodźcem była zapowiedź wydania jej w tłumaczeniu Anny Kamieńskiej. Jednak zapowiedź okazała się zmyłką, ponieważ wydano surową wersję roboczych zapisków poetki. Tłumacząc księgę z hebrajskiego pisała w miarę dosłowną wersję polską, nie myśląc jeszcze o nadaniu jej kształtu poetyckiego. Nie będę więc wracał do sytuacji, która mnie rozczarowała. Chciałbym jednak przytoczyć fragment z Koheleta, na który powoływali się świadkowie Jehowy. W swoich publikacjach stwierdzali, że w niej znajdziemy słowa kwestionujące naukę Kościoła o nieśmiertelnej duszy: „Los bowiem synów ludzkich jest ten sam, co i los zwierząt; los ich jest jeden: jaka śmierć jednego, taka śmierć drugiego, i oddech życia ten sam. W niczym więc człowiek nie przewyższa zwierząt”,(Koh 3,19) Nieco dalej Kohelet dodaje: „Bo nie ma żadnej czynności ni rozumienia, ani poznania, ani mądrości w Szeolu, do którego ty zdążasz.”(9,10) Być może tym argumentem posługują się do dziś. Przytoczę więc fragment tego co pisałem na przełomie lat 80/90 tych.

2.

            „Otóż aby zrozumieć właściwy sens cytowanego przez nich fragmentu, trzeba wziąć pod uwagę specyficzny charakter całej Księgi. Każdy, kto bez jakichkolwiek uprzedzeń przeczyta ją w całości, bez trudu zauważy, że przedstawia ona rozter­ki i wątpliwości człowieka, szukającego odpo­wiedzi na istotne pytania egzystencjalne. Czło­wiek ten nie zna jeszcze prawd, które objawi w całej pełni Chrystus. Dlatego boleje nad fak­tem, że los sprawiedliwych i złoczyńców jest jednakowy (por. 2,16; 9,2). Chociaż Kohelet doświadczył, że nagromadzenie bogactw nie uszczęśliwia, to jednak w obliczu śmierci zdaje mu się, że człowiekowi nie pozostaje nic innego, jak korzystać z tych okruchów radości, jakie da­je jedzenie, picie i rozkosze erotyczne (por. 2,24; 9,9). Autor księgi ukazuje więc bezsilność człowieka, który pozbawiony światła objawienia szamoce się wśród niepewności o własny los. Ks. A. Cholewiński tak pisał o Księdze Koheleta (Eklezjastesa): „Jest ona świadectwem doj­rzewania w dziedzinie moralnej i religijnej Ludu Bożego. Należy pamiętać, że Objawienie w III w. przed Chr. nie było jeszcze zakończone. Nie zostały jeszcze napisane: proroctwo Danie­la, obydwie księgi Machabejskie, Księga Mą­drości, nie pojawił się jeszcze Chrystus, przyno­szący nam pełne światło. Księga Eklezjastesa swoim specyficznym, szokującym, czasem nawet gorszącym klimatem, przygotowała umysły na dalsze Objawienie. Uświadomiła Ludowi Boże­mu niewystarczalność tego, co Bóg dotychczas o swoim zbawczym planie nam powiedział, wzbudziła niezadowolenie z tej niewystarczalności, obudziła pragnienie i wewnętrzne zapo­trzebowanie na odsłonięcie nam tajemnicy ży­cia pozagrobowego, o której coraz więcej i jaś­niej mówić będą ostatnie chronologicznie Księgi Starego Testamentu, a najbardziej   Nowy Testament. Eklezjastes dokonał tego właśnie przez swoje pytajniki, które postawił nad każdym do­brem tego świata. Uważni czytelnicy tej księgi musieli sobie zdać sprawę z tej podstawowej prawdy, że człowiek jest za wielki, by mogły go zaspokoić wartości tej ziemi, że czeka na inne­go Pana, który go weźmie w swoje posiadanie i nasyci. Chociaż Eklezjastes nie dał odpowie­dzi na problemy, które postawił, jednak jego niezaprzeczalną zasługą jest to, że sformułował je w tak jaskrawy sposób i uświadomił Ludowi Bożemu" (Refleksje nad Księgą Eklezjastesa, Znak 20 1968, s. 1172- 1779).

Wracając jednak do interesującego nas pro­blemu trzeba stwierdzić, że autor Księgi Koheleta (Eklezjastesa) niczego nie rozstrzyga defi­nitywnie o rzeczywistości istniejącej poza grani­cą śmierci. Mówiąc o tym, że los człowieka i zwierzęcia jest taki sam ze względu na nie­uchronność śmierci, równocześnie stawia pyta­nie: „Któż pozna, czy siła życiowa synów ludz­kich idzie w górę, a siła życiowa zwierząt zstę­puje w dół do ziemi?" (3,21). Ujawnia więc je­dynie swoją bezsilność w poszukiwaniu praw­dy ostatecznej. Ukazuje tylko to, co jawi się jego oczom. Stwierdzenia Księgi Koheleta (Eklezja­stesa) dotyczące losu człowieka po śmierci są więc pytaniami, a nie ostatecznymi odpowie­dziami. Odpowiedź ostateczną przyniósł później Jezus Chrystus. Dlatego też nie można — jak to czynią świadkowie Jehowy — pytania trakto­wać jako ostatecznej odpowiedzi, natomiast naukę Jezusa tak interpretować, jakby Jezus ni­czego nowego nie wniósł.” [Świadkowie Jehowy – kim są?, Wrocław 1991, s.118-120]

3.

Po tylu latach nie potrafię wytłumaczyć jednej rzeczy. Otóż w końcowej części Księgi Koheleta znajdują się słowa, które są odpowiedzią na stawiane zarzuty. Dlaczego ich nie przytoczyłem? Słowa, o których piszę, znajdują się w pięknym poemacie z rozdziału 12, pełnym wzruszenia i melancholii, jaka towarzyszy starości:

„Pomnij jednak na Stwórcę swego w dniach swej młodości,

zanim jeszcze nadejdą dni niedoli

i przyjdą lata, o których powiesz:

«Nie mam w nich upodobania»;

zanim zaćmi się słońce i światło,

i księżyc, i gwiazdy,

i chmury powrócą po deszczu;

w czasie, gdy trząść się będą stróże domu,

i uginać się będą silni mężowie,

i będą ustawały [kobiety] mielące, bo ich ubędzie,

i zaćmią się patrzące w oknach;

i zamkną się drzwi na ulicę,

podczas gdy łoskot młyna przycichnie

i podniesie się do głosu ptaka,

i wszystkie śpiewy przymilkną;

odczuwać się nawet będzie lęk przed wyżyną

i strach na drodze;

i drzewo migdałowe zakwitnie,

i ociężałą stanie się szarańcza,

i pękać będą kapary;

bo zdążać będzie człowiek do swego wiecznego domu

i kręcić się już będą po ulicy płaczki;

zanim się przerwie srebrny sznur

i stłucze się czara złota,

i dzban się rozbije u źródła,

i w studnię kołowrót złamany wpadnie;

i wróci się proch do ziemi, tak jak nią był,

a duch powróci do Boga, który go dał” (Koh 12,1-7).

 26 lipca 2014

Kaznodziejska kwękałka nr 5

Otwórz lekcjonarz

Oczywiście, że w ciągu tygodnia stykamy się z wieloma tekstami biblijnymi: w codziennej Mszy św., brewiarzu, podczas prowadzonych katechez czy osobistej lektury biblijnej. Jednak przygotowując kazanie, trzeba czytania niedzielnej Mszy św. potraktować wyjątkowo.

Pierwszym krokiem będzie powolne, spokojne odczytanie ich z lekcjonarza. Jest to istotne, ponieważ lekcjonarz pozwala objąć jednym spojrzeniem wszystkie teksty, które będą odczytane podczas niedzielnej czy świątecznej Mszy św. Ponadto podaje w nagłówku każdego czytania tzw. tytuł, „aby wskazać główny temat czytania, i gdy to konieczne, zwrócić uwagę na związek między czytaniami tej samej Mszy.”[WLM n 122] Dostrzeżenie wzajemnego związku między czytaniami a tym samym uchwycenie myśli przewodniej czy też wiodącego tematu jest istotną sprawą zarówno dla medytacji biblijnej kaznodziei jak i głoszonego później kazania. Pomocą w osiągnięciu tego celu jest poznanie struktury lekcjonarza i zasad jego redakcji, przedstawionych przez „Wprowadzenie teologiczno-pastoralne do lekcjonarza mszalnego”.[zwłaszcza cz. II: Struktura lekcjonarza mszalnego nn.58-109]

Lekturę zacznijmy od Ewangelii. Przeczytajmy ją na głos. Zapiszmy wątki, myśli, zwroty, które nas uderzyły. Porównajmy nasze zapiski z tzw. tytułem. Nie ustalajmy jednak na tym etapie żadnego tematu kazania. „Decydujące znaczenie ma wolne od wysiłku intelektualnego, nie nastawione na cel obcowanie ze słowem biblijnym.” (K. Mueler, Homiletyka na trudne czasy, Kraków 2003. s. 203)

Drugim tekstem niech będzie pierwsze niedzielne czytanie z Starego Testamentu oraz psalm z responsorium. Także czytajmy na głos. To jest bardzo ważne! Starajmy się uchwycić tematyczny związek z Ewangelią. W lekcjonarzu „teksty Starego Testamentu są dobrane przede wszystkim z racji ich związku z tekstami Nowego Testamentu, zwłaszcza z Ewangelią odczytywaną w danej Mszy świętej.” (WLM  n. 67). Pomocą może tu znów posłużyć tzw. tytuł.

Na końcu odczytajmy fragment listu apostolskiego. W okresie zwykłym zastosowano „czytanie półciągle” listów apostolskich. To oznacza, że związek tematyczny z pozostałymi czytaniami jest przypadkowy. Niemniej to czytanie może zawierać istotne wskazania doktrynalne czy moralne, stanowiąc podstawę homilii opartej głównie na nim. Może też zawierać szczególne wezwanie skierowane do mnie. „Dowolne słowo Biblii, z egzegetycznego punktu widzenia nawet całkowicie marginalne, może stać się impulsem do wprowadzenia własnej egzystencji w relację, również dialektyczną, z tymże słowem.” (Klaus Mueler, s.204) W okresach o szczególnym znaczeniu (Adwent, Wielki Post, okres wielkanocny) drugie czytanie jest zharmonizowane z pozostałymi tekstami. Dlatego wtedy od niego można rozpoczynać indywidualną lekturę.

27 lipca 2014

                Victor Orban nie chce psuć relacji z Rosją. "Nie możemy zapominać o własnych interesach". Sięgnę do publikacji jedynie prawdziwych, jedynie patriotycznych i jedynie wolnych od zakłamań. Spróbuję zestawić to, co nie tak dawno pisali o „przyjaźni” Tuska z Putinem, z tym, co napiszą teraz o swoim idolu i pupilku. To będzie prawdziwa finezja intelektualna.

2.

            Dopóki Putin jest przez rosyjskie społeczeństwo akceptowany, Cerkiew nie będzie tracić. Pozornie. Jeśli jednak sytuacja polityczna ulegnie radykalnej zmianie, prawosławie straci wiele. Już teraz odsłania swą duchową miałkość. Jest jednak intensywnie wspierane przez Kreml. Ale przyszłość rosyjskiego prawosławia jest coraz bardziej enigmatyczna.

http://ekai.pl/wydarzenia/temat_dnia/x80717/george-weigel-slowa-patriarchy-cyryla-zadaja-rany-cialu-chrystusa/

 28 lipca 2014

Kaznodziejska kwękałka nr 6

Tekst - kontekst – pretekst

Oprócz pierwszej lektury tekstów zamieszczonych w lekcjonarzu, wielce przydatna jest druga, bezpośrednio z księgi Pisma Świętego. Powodów jest kilka. Wskażę trzy dla przykładu.

·         zdarza się, że czytanie - np. dla uzyskania większej przejrzystości tematycznej – zostało skrócone (np. w 5 wielk. B: Dz 10, 25-26. 34-35. 44-48). Odczytanie tekstu w całości umożliwia poznanie pełnego przesłania biblijnego.

·         Odczytanie tekstu z księgi Pisma Świętego pozwala na uwzględnienie całego kontekstu. Aby to osiągnąć, wskazane będzie czasem odczytać niezbędny fragment poprzedzający niedzielną perykopę lub też następujący po niej. I tak np. w przypadku przytoczonej wyżej perykopy z Dz 10, korzystne byłoby przeczytanie całego rozdziału 10 i 11. Jest to obszerna opowieść o powołaniu pogan do zbawienia, która pozwala lepiej zrozumieć prawdę, że miłość Boża obejmuje każdego człowieka. Inny przykład: w 4 niedzielę Wielkiego Postu (B) pierwsze czytanie zawiera fragment 2 Krn 36. Przeczytanie lub przynajmniej przejrzenie całej księgi pozwala spojrzeć na decyzję Boga jako postawienie tamy nie kończącym się sprzeniewierzeniom narodu wybranego. Kara jawi się jako środek służący opamiętaniu. Z takiej zaś perspektywy łatwiej dostrzec synchronizację z J 3, 14-21.

·         Zawarte w Piśmie Świętym przypisy i odsyłacze do innych ksiąg lub miejsc paralelnych, stanowią nieraz cenną wskazówkę ułatwiającą uchwycenie istotnego przesłania perykopy. Cenne mogą się tutaj okazać  obszerne przypisy w Biblii Poznańskiej czy w Biblii Jerozolimskiej.

Najogólniej rzecz ujmując, trzeba poznać tekst, jego kontekst oraz okoliczności i powody (a więc pretekst) zredagowania go przez autorów biblijnych. To spojrzenie na perykopy z trzech punktów widzenia można więc ująć w trzy hasła:

TEKST - KONTEKST - PRETEKST

Gdy dwukrotna lektura perykop nie rozwiewa niejasności, trzeba sięgnąć do komentarzy biblijnych. Nieraz wystarczy przejrzeć tylko wprowadzenie do danej księgi, by rozeznać się okolicznościach powstania danej księgi.

29 lipca 2014

„Wyciągając lekcję z dotychczasowej historii, na­leży wypowiedzieć dwie przestrogi pod adresem filozofów-chrześcijan. Po pierwsze, uprawianie jakiejkolwiek refleksji nad nauką musi zakładać odpowiednią znajomość nauki. Najlepiej oczywiście, jeżeli filozof sam czynnie uprawia jakąś naukę. Jeżeli jednak tak nie jest, to nigdy nie należy ufać własnemu rozumie­niu przeczytanych lektur (o ile dotyczą one dziedziny, w której nie jest się specjalistą). W takiej sytuacji za­wsze należy odbyć konsultację z ekspertem. Złudzenie, żesię poznało jakąś dziedzinę nauki, jakie powstaje po przeczytaniu kilkunastu lub nawet kilkudziesięciu ksią­żek, nawet niekoniecznie całkiem popularnych, prezentujących osiągnięcia i metody nauki, może stanowić dramatyczne w skutkach niebezpieczeństwo. A brak kompetencji w zarodku niszczy wartość filozoficznej refleksji nad nauką i kompromituje filozofa w oczach ludzi lepiej od niego wykształconych.”

[M. Heller, Sens życia i sens wszechświata. Kraków 2014, s.69]

30 lipca 2014

                Jutro kończę czwarty rok emerytury. Wypadałoby zrobić sobie jakąś atrakcję. Będzie wprawdzie wspomnienie św. Ignacego Loyoli – założyciela jezuitów. Ale gdzie tu znaleźć atrakcyjny obiekt do obejrzenia? Pojutrze z kolei wspomnienie św. Alfonsa Liguoriego – założyciela redemptorystów. Przed dwoma laty udzielałem mojemu krewniakowi ślubu w warszawskim kościele św. Benona. Był to pierwszy w Polsce kościół redemptorystów, ale – wiadomo – drugi raz nie będę go zwiedzać.

                Pomyślałem jednak o 2 sierpnia, ponieważ wówczas przypada odpust Porcjunkuli. Jest on obchodzony głównie w kościołach franciszkańskich. Padło na  klasztor reformatów w Kętach. Parę miesięcy temu kupiłem przewodnik po kilkunastu klasztorach Małopolski. To dzięki niemu wybrałem się wówczas do Miechowa. Teraz zaś zacząłem przyglądać się Kętom, o których myślałem od jakiegoś czasu. W tym roku przypada okrągła rocznica (4.X.1714) poświęcenia klasztoru i kościoła oraz odpustów Porcjunkuli. Poza tym należy pamiętać o św. Janie Kantym.

O samym odpuście i klasztorze można poczytać nie tylko we wspomnianym przewodniku, ale na stronach internetowych. Nawet dostępny jest wirtualny spacer po kilku obiektach sakralnych. Jestem więc bardzo ciekaw, czy uda mi się zrealizować mój zamysł. A dla ciekawych parę linków:

http://kosciol.wiara.pl/doc/492137.W-klimacie-sw-Franciszka

http://kosciol.wiara.pl/doc/490240.Swieto-Matki-Boskiej-Anielskiej-Porcjunkuli

http://pl.wikipedia.org/wiki/Bazylika_Matki_Bo%C5%BCej_Anielskiej

http://www.vtour.pl/wirtualny-spacer/246/kety/klasztor-oo-franciszkanow-reformatow.html

http://www.vtour.pl/pl/panoramy/kutno/251/

http://www.vtour.pl/wirtualny-spacer-kety.html

http://www.vtour.pl/wirtualny-spacer/247/kety/klasztor-zgromadzenia-siostr-zmartwychwstania-panskiego.html

31 lipca 2014

                Amerykański filozof Michael Sandel, zajmujący się problematyką moralności, także u nas cieszy się pewnym zainteresowaniem. Na początku czerwca (08.VI) napisałem parę zdań na ten temat. W „Polityce” z poprzedniego tygodnia (nr 30, 23-29.07) znajduje się obszerny wywiad, przeprowadzony z Sandelem przez Jacka Żakowskiego. Cztery kolumny.

                Żakowski zadaje rozmówcy prowokacyjne pytania. Głośny etyk wije się jak piskorz. Odpowiada mętnie. Przede wszystkim: zaciera sferę zasad i sferę działań (np. politycznych), które miałyby być ich realizacją. O ile jeszcze dwa miesiące temu napalałem się na książki Sandela, dziś zaczynam na nie patrzeć znacznie ostrożniej. W bibliotekach są wypożyczone. Mam na myśli Bibliotekę Śląską i uniwersytecką (nauki społeczne, ekonomia), bo w teologicznej o Sandelu zapewne nie słyszeli.

2.

                Z faktu, że wywiad jest mglisty, nie wynika brak tzw. (pseudo)złotych myśli. Wypiszę co nieco. „Dziś główny spór rozgrywa się między wyznawcami pierwszeństwa indywidualnych swobód i zwolennikami solidarności społecznej.” […] „Nic tak ruchu politycznego nie wzmacnia, jak poczucie moralnej słuszności.[…] Porządek polityczny upada, gdy władza traci wiarę, że ma moralną rację.” Sandel musi też uzasadnić niezbędność filozofii (moralności? politycznej?): „Objaśnianiu relacji między działaniem ludzi i wartościami, które za nimi stoją, służy filozofia. Bez niej największe polityczne spory stają się tylko kłótniami lub awanturami.”

1 sierpnia 2014

            Ogromnie jestem ciekaw, czy w którymś kościelnym piśmie zostanie odnotowana 50-ta rocznica ogłoszenia encykliki papieża Pawła VI „Ecclesiam suam”. Encyklika ukazała się w trakcie Soboru Watykańskiego II. Paweł VI, który po śmierci Jana XXIII wznowił sobór, ogłosił dokument programowy nie tylko swojego pontyfikatu, lecz także dalszych prac soborowych.

            Przypomniałem sobie, że przecież pisywałem swego czasu na temat Pawła VI. Zacząłem więc grzebać w skrzyniach ze starociami. Niestety, ostał się jedynie artykuł napisany z okazji 25 rocznicy ogłoszenia „Ecclesiam suam”. Pozwala mi przypomnieć, z jakim przekonaniem czytałem ten dokument. Wierzyłem, że on w sposób nieodwracalny określi kształt współczesnego Kościoła. Było to tym bardziej wiarygodne, że od paru lat Kościołem kierował Jan Paweł II. W swoim artykule nawiązywałem do jego pontyfikatu, zwłaszcza do programowej encykliki „Redemptor hominis”.

            W ostatnim passusie mojego omówienia pisałem: „Jeśli Jan XXIII wprowadził dialog jako specyficzną postawę urzędu papieskiego, to Paweł VI uczynił go niezbywalnym znamieniem całego Kościoła. Trzeba go prowadzić z całym światem. Ale powinien być również – o czym nie wolno zapomnieć – narzędziem rozwiązywania wszelkich problemów wewnątrz Kościoła.”

            Od napisania przeze mnie tych słów upłynęło ćwierćwiecze. Kiedy czytam dziś ostatnie zdanie, ze smutkiem konstatuję zanik dialogu wewnątrz Kościoła. Oczywiście, że dostrzec to mogę tylko w wymiarze lokalnym a nie powszechnym. Ale przecież najdotkliwiej odczuwa się sprawy lokalne a nie pozaświatowe.

            Jeśli zdołam zeskanować znaleziony artykuł, dołączę go do szuflady „Różne szkice”. Teraz zaś dołączam link do krótkiej wzmianki w „L’Osservatore Romano”:

http://www.osservatoreromano.va/pl/news/idee-fixe#.U8vJnbF9T1I

 2 sierpnia 2014

Czy można rozpoznać – przynajmniej w jakiejś mierze – swoje przekonania i postawy poprzez emocjonalne reakcje? Bardzo zabolała mnie wypowiedź jednego ze znanych naszych teologów na temat papieża Franciszka. Zrelacjonował ją jeden z jego kolegów. Nie jestem więc pewien czy rzetelnie. Wiadomo: słowo unosi się wróblem a wraca wołem. Jednak niezależnie od faktycznego stanu rzeczy, zaskoczyło mnie moje odczucie.

            Teolog ów opowiadał jak to wnikliwie śledzi nauczanie Papieża. I słuchając go od dłuższego czasu odnosił wrażenie, iż skądś je zna. W pewnym momencie uświadomił sobie skąd. Otóż zna je z katechizmu.

            W taki oto sposób „zrecenzował” papieża Franciszka. Papież uczy katechizmu – to finezyjne wyrażenie swojego lekceważenia, wręcz pogardy. Dlatego zabolały mnie te słowa. Po krótkim namyśle odpowiedziałem mniej więcej następująco: jest to najcudowniejsza ocena nauczania papieskiego. Papież, który uczy katechizmu. A czego – za przeproszeniem – ma uczyć?

2.

            A ja bym chętnie wziął owego wybitnego znawcę katechizmu na maleńki egzamin. Oczywiście, ze znajomości KKK. I jeśli przekonałby mnie, że go rzeczywiście zna, dałbym mu w nagrodę np. 20 tysięcy złotych. Za mało? Gotów jestem podnieść stawkę.

3.

            Ciągle myślę o tym jednym: dlaczego ta pogardliwa wypowiedź tak bardzo mnie zabolała? Przecież bardzo trzeźwo, bez sentymentu obserwuję pontyfikat Franciszka. I dostrzegam wiele jego słabych stron? Wiem jednak jedno: Pan Jezus nie założył Kościoła na fundamencie teologów, ale Apostołów.

 3-4 sierpnia 2014

            W wydawnictwie KUL ukazuje się sporo tzw. pozycji książkowych, składających się zwykle z kilkunastu szkiców na umownie określony temat. Lektura owych opracowań jest z reguły mało przydatna, ze względu na  przypadkowość tematyczną, która staje się podstawowym znamieniem całego przedsięwzięcia.

            Ostatnio przyjrzałem się kolejnej publikacji tego typu i ku mojemu zadowoleniu zauważyłem, że książka zawiera parę bardzo ciekawych artykułów. Nie są specjalnie z sobą powiązane, ale dotyczą bliskiej mi tematyki. Oddałem więc wypożyczony egzemplarz do biblioteki i kupiłem własny, by móc nad nim zapanować. Jest to zestaw przepracowanych wykładów, wygłoszonych podczas któregoś Tygodnia Filozoficznego. Tytuł zaś owej publikacji brzmi: Relacja nauka – wiara. Nowe ujęcie dawnego problemu. Red. J. Golbiak, M. Hereć. Lublin 2014, Wydawnictwo KUL.

2.

            Jednym z zaproszonych prelegentów był Andrzej Białas, fizyk, prezes Polskiej Akademii Umiejętności. Długo tłumaczył, że jego wystąpienie dotyczące związku wiary i nauki jest dość przypadkowe. „Podjąłem się tego wystąpienia w niewybaczalnej chwili słabości, wbrew zasadzie - głoszonej wielokrotnie również przeze mnie - że czło­wiek nauki winien wypowiadać się jedynie w dziedzinie swojej kom­petencji. Tymczasem moje przygotowanie filozoficzne i teologiczne jest właściwie żadne,[…] Nawet w dziedzinie fizyki, moja wiedza jest bardzo specjalistyczna i nie ogarnia wszystkiego. Krótko mówiąc, powinienem milczeć. Lecz cóż — słowo się rzekło. Pozostaje mi więc jedynie prosić, aby Państwo potraktowali moje słowa tak,jak na to zasługują: jest to tylko naiwna, oparta o tzw. zdrowy rozsądek  oraz o intuicję, próba zrozumienia tej ważnej kwestii.” [s.17]

            Tego rodzaju deklaracja zasługuje na uważne rozpatrzenie. Dostajemy bowiem wypowiedź człowieka z ulicy, wprawdzie wykształconego, ale mimo wszystko nie zajmującego się na co dzień ani teologią ani filozofią. Ten zaś, stawia tezę – skądinąd dobrze znaną i wymuszoną kryzysowymi sytuacjami – o różnych porządkach poznawczych nauki i wiary. „Nauka zajmuje się światem materialnym, wiara dotyczy świata ducha, świata wartości. Oczywiście są różnice: wierzący uważają, że badają świat stworzony przez Pana Boga i zachwycają się jego skomplikowaniem oraz harmonią, niewierzący uważają inaczej. Niemniej wszyscy twierdzą, że są to sprawy, pomiędzy którymi nie ma bezpośredniego związku.” Z tej konstatacji autor wyprowadza sugestię, by w uzasadnieniu twierdzeń religijnych (zarówno dogmatycznych jak i moralnych) Kościół nie odwoływał się do twierdzeń tzw. naukowych. Sama wiara jako taka nie potrzebuje tego. „Dla większości ludzi atrakcja wiary polega na tym, że daje im wskazówki do godnego życia i nadzieję życia wiecznego, oraz to, że mają do kogo zwrócić się ze swoimi problemami.” [s.19]

3.

            Te uwagi dotyczą nauk przyrodniczych i społecznych. Z drugiej jednak strony prof. Białas podkreśla głębokie związki wiary z filozofią. Ta ostatnia zaś może stawiać i rzeczywiście stawia pytania, znajdujące się poza sferą badań naukowych. Jakie one są? Dla wielu ludzi zajmujących się nauką w tym dla znacznej liczby najwyższej klasy uczonych, największą zagadką jaka wynika z dotychczasowych badań nad przyrodą jest to, że w ogóle istnieją jakieś prawa nią rządzące, że istnieją prawa fizyki. Nie chodzi o to, jak one wyglądają w szczegółach, tylko, że w ogóle SĄ. Że nie mamy do czynienia z kompletną przypadkowością i chaosem, lecz istnieją pewne uniwersalne reguły (w dodatku wyrażane w języku matematyki), które rządzą zachowaniem świata.[…] Otóż fakt istnienia praw fizyki jest na tyle dziwny, że dla wielu ludzi jest silną wskazówką że u początku świata był jakiś Plan, a więc stoi (stał) jakiś Mózg. I w tym właśnie widzą związek wiary z nauką Ale dowód, w ścisłym sensie, to oczywiście nie jest. Nie mówiąc już że od „wielkiego zegarmistrza" do Boga osobowego, w którego my wierzymy, droga daleka.[s.21]

4.

            Zwrócenie uwagi na ostatni passus jest niezmiernie ważne, ponieważ p. Białas wypowiada jeszcze jedno przeświadczenie. Moim zdaniem bardzo ważne: „prawdziwym problemem człowieka nie jest to, czy Bóg istnieje, tylko czy ja Go w jakikolwiek sposób obchodzę. W końcu, gdyby Pan Bóg ograni­czył się do stworzenia świata, a następnie przestał się nim interesować, to naprawdę byłoby nam całkowicie obojętne, czy Bóg jest, czy Go nie ma. Nie chodzi nam przecież o ‘wielkiego zegarmistrza’, tylko o wiarę chrześcijańską.” [s.20]

5 sierpnia 2014

Mirosław Drzewiecki, w związku z billboardem i „sitwą”: - Nie wyobrażam sobie, żeby tak można było powiedzieć o pani Eli Bieńkowskiej, która jest tytanem pracy i robi dobrą robotę dla Polski... I żeby ją włożyć na taki billboard, to jest nieprzyzwoite. Pomijam to, że nie jest facetem, bo facet ma grubą skórę. Ona jest kobietą, matką trójki dzieci, ma normalną rodzinę, ciężko pracuje, w oddaleniu od swego miejsca zamieszkania. Trzeba nie mieć sumienia, żeby coś takiego robić.”

            Podpisuję się pod tą wypowiedzią. Ponadto: trzeba przyjrzeć się jej fotografii. Czy tak wygląda min. Elżbieta Bieńkowska? To jest robota jakichś zboczeńców.

6 sierpnia 2014

            W „Tygodniku Powszechnym” ukazało się tłumaczenie 10 przykazań na szczęśliwe życie, sformułowanych przez papieża Franciszka dla jednego z argentyńskich pism. Uderzyło mnie dziewiąte: „Możemy inspirować się nawzajem poprzez bycie świadkami. Ale rzeczą najgorszą jest religijny prozelityzm, który zdaje się mówić: ‘Rozmawiam z tobą, by cię przekonać’. Nie. Kościół wzrasta dzięki przyciąganiu wiernych, nie dzięki nawracaniu na siłę.”

Myślę, że to jest bardzo ważny komentarz do adhortacji „Evangelii Gaudium” i swoisty klucz do papieskiej koncepcji wszelkiej ewangelizacji.

 7 sierpnia 2014

            Podczytuję sobie opracowania z zestawu, o którym wspomniałem trzy dni temu. Ponieważ odczuwam wyrzuty sumienia, dla świętego spokoju wstawiam kolejną kwękałkę. Dotyczy na pozór sprawy banalnej. W gruncie rzeczy chodzi o prawdziwą zmorę naszego kaznodziejstwa, jakim jest czytanie homilii. Najczęściej nie napisanej przez kaznodzieję.

Kaznodziejska kwękałka nr 7

"Zawsze rób notatki"

Homilia jest formą oratorską. Ma być wygłaszana a nie czytana. Nie mówimy przecież, że "homilię dziś przeczytał ksiądz taki a taki". Mówimy, że ją wygłosił. Praktyka jednak często zaprzecza temu. I trzeba przyznać, że jest swoistą plagą kaznodziejską. Trudno wówczas podważyć zarzut słuchaczy takich "czytanek": "kaznodzieja nie potrafi własnymi słowami powiedzieć tego, co my mamy zrozumieć, zapamiętać i według tego żyć."

            To jednak nie znaczy, że kaznodzieja nie może zapisywać notatek w trakcie przygotowywania homilii. Wręcz przeciwnie. Cały proces tworzenia homilii powinien znaleźć swoje odzwierciedlenie, swoistą dokumentację. Renesansowy humanista Vergerio do znudzenia powtarzał swoim uczniom: "Zawsze rób notatki". Zaś przysłowie chińskie powiada, że "najbledszy atrament jest lepszy niż najlepsza pamięć".

Jak robić notatki podczas przygotowywania kazania? Nie sposób jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Powiem po prostu na jaką metodę zdecydowałem się po wielu latach eksperymentowania. Piszę ręcznie, co bynajmniej nie wynika z uprzedzenia do komputera. Wręcz przeciwnie, zacząłem z niego korzystać w okresie, kiedy jeszcze nie był znany system Windows a poruszanie się po DOS-ie ułatwiał Norton Commander. Korzystam z komputera nadal, od wielu lat prowadząc m. in. własną stronę internetową z codziennymi zapiskami. Uważam jednak, że ręczne robienie notatek mniej rozprasza i jest szybsze.

Piszę na luźnych kartkach formatu zeszytowego (A5). Jest to format poręczny i nieprzypadkowo stosowany w szkolnictwie. Wszystkie notatki zapisuję tylko z jednej strony. Dzięki temu nie zakłóca się uwagi słuchaczy przewracaniem kartek podczas wygłaszania homilii. Ponadto znacznie szybciej można dostrzec potrzebny fragment, cytat czy przytaczane dane.

Każda strona powinna być przejrzysta, to znaczy mieć dużo "światła". Myśli, skojarzenia, zapisuję jak najkrócej, zwykle w formie haseł. Strzałkami lub innymi znakami wskazuję na związki między nimi. Notuję wszystkie tematy, problemy, pytania, jakie sobie uświadamiam. Są to zapiski prowizoryczne. Po jakimś czasie mogą przecież pojawić się nowe pomysły, bardziej konkretne. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby utrwalić je na kolejnej kartce.

W trakcie opracowywania homilii pojawią się cytaty, dane liczbowe, porównania. Ich miejsce może się zmienić. Ale trzeba w pewnym momencie zdecydować się na konkretny temat i cel, jaki zamierzamy osiągnąć. Także powinny być zapisane na osobnej kartce.  Oczywiście, centralne miejsce w tym zestawie ma konspekt całej wypowiedzi.

Kaznodzieja ma do słuchaczy przemawiać a nie czytać. Ale wchodząc na ambonę zabiera z sobą notatki, by w razie potrzeby móc do nich zerknąć - jak najszybciej i bez zbędnego rozpraszania odbiorców. Oczywiście, zabiera jedynie niezbędne. Dlatego koniecznie trzeba zrezygnować z fatalnego zwyczaju rozkładania na początku homilii (nawet z pewnym ceremoniałem) skoroszytu ze sztywnymi okładkami. W trakcie homilii kartki z notatkami można trzymać w dłoni. Ale dla audytorium musi być oczywiste, że są one jedynie pomocą.

 8 sierpnia 2014

            W jednym z opracowań przeglądanego zbioru (Relacja nauka – wiara. Lublin 2014, Wydawnictwo KUL), autor dywaguje na temat absolutnej nicości. „Człowiek potrafi wytworzyć sobie pojęcie absolutnej nicości. Przy czym doskonale rozumie on, że absolutna nicość oznacza zaprzeczenie wszelkiego istnienia i działania, zanegowanie istnienia wszystkiego. Dodajmy tutaj, że człowiek w swych rozważaniach o ‘absolutnej nicości’ zdaje sobie w pełni sprawę z tego, iż temu pojęciu nie odpowiada nic w rzeczywistości, że nazwa ‘absolutna nicość’ nie posiada desygnatu. Absolutnej nicości po prostu nie ma. Pojęcie ‘absolutnej nicości’ jest bytem czysto myślowym, istniejącym tylko w naszym umyśle.” [L. Kostro, Absolut (wiedza – wiara). s. 71-72] Otóż autor się myli. Pojęcie absolutnej nicości ma swój desygnat. W mojej głowie panuje absolutna nicość. Pustka. Niebyt. Dlatego ratuję się kolejną kaznodziejską kwękałką, ostatnią z podręcznego magazynu. Terminów dalszych dostaw nie udało mi się ustalić.

Kaznodziejska kwękałka nr 8

Na jaki temat? W jakim celu?

Po zaznajomieniu się z niedzielnymi perykopami, trzeba sformułować temat homilii. Koniecznie powinien być jednolity. Częstym błędem jest relacjonowanie przez kaznodzieję treści poszczególnych perykop: w pierwszym czytaniu… w drugim czytaniu… w ewangelii… Papież Franciszek w swej adhortacji Evangelii Gaudium pisze: "rzeczą najważniejszą jest odkrycie głównego przesłania i tego, co tworzy strukturę i jedność tekstu. Jeśli kaznodzieja nie zdobywa się na ten wysiłek, być może również jego przepowiadanie nie będzie miało jedności i porządku. Jego słowa będą jedynie sumą różnych oderwanych idei, które nie potrafią zmobilizować innych. Centralnym przesłaniem jest to, co autor na pierwszym miejscu chciał przekazać, co oznacza nie tylko poznanie idei, ale także efektu, jaki autor chciał wywołać." [n.147]

Pierwszym zadaniem jest więc określenie i zapisanie tematu. Nie ogólnego, enigmatycznego, ale jak najbardziej konkretnego, szczegółowego. Dziwne, że kaznodziejom trudno nieraz sformułować temat kazania, nawet tego, które już wygłosili. Jeszcze większy kłopot sprawia prośba, by 2-3 punktach ujęli treść wygłoszonego kazania. Temat, na który chcemy mówić, powinien być wybrany i określony na początku.

Drugim zadaniem jest określenie celu, jaki chcemy osiągnąć naszą homilią. Określenie celu jest sprawą fundamentalną.

Co jest najistotniejszą sprawą w trakcie

przygotowywania kazania?

Bardzo jasne i konkretne sformułowanie celu.

Co jest najczęstszą wadą głoszonych kazań?

Brak jasno i konkretnie sformułowanego celu.

„Absolutnie konieczne jest ustanowienie wyraźnego celu dla każdego pojedynczego kazania. Roztropne jest dokonać tego przez sformułowanie i utrwalenie zdania docelowego. Ktoś, kto tego nie uczyni, naraża się na niebezpieczeństwo niedostrzegalnej zmiany zamierzonego początkowo celu w trakcie opracowywania kazania. Zdarza się to nawet bardzo doświadczonym kaznodziejom.” – pisze K. Mueller [s. 225].

Czym jest cel kazania? Polski homiletyk o. W. Przyczyna pisze, że jest to „skutek, jaki kaznodzieja pragnie osiągnąć; nastrój, jaki pragnie wywołać; zamiar, jaki pragnie zrealizować; punkt, ku któremu zmierza.” Ustalając cel kazania trzeba odpowiedzieć sobie bardzo konkretnie na następujące pytania: co moi słuchacze mają zrozumieć? co mają przeżyć?; na co się zdecydować?; co postanowić? Dlatego przygotowując kazanie warto wypełnić taką oto tabelkę:

Chciałbym, żeby moi słuchacze:

zrozumieli

co?

przeżyli

co?

postanowili

co?

9 sierpnia 2014

            O koncepcji Kościoła może czasem więcej powiedzieć zdjęcie niż opasły tom. Zdjęcie, o którym myślę, zostało opatrzone przez jedno z pism krótkim stwierdzeniem: Due facce della Chiesa. Przedstawia kard. Bertone i kard. Bergoglio. Nic dodać, nic ująć.

10 sierpnia 2014

            Wracam do wypowiedzi prezesa PAU sprzed tygodnia: „Dla wielu ludzi zajmujących się nauką w tym dla znacznej liczby najwyższej klasy uczonych, największą zagadką jaka wynika z dotychczasowych badań nad przyrodą jest to, że w ogóle istnieją jakieś prawa nią rządzące, że istnieją prawa fizyki. Nie chodzi o to, jak one wyglądają w szczegółach, tylko, że w ogóle SĄ. Że nie mamy do czynienia z kompletną przypadkowością i chaosem, lecz istnieją pewne uniwersalne reguły (w dodatku wyrażane w języku matematyki), które rządzą zachowaniem świata.”

            Tym zagadnieniem od wielu lat zajmowali się abp Józef Życiński i ks. Michał Heller. W referatach omawianego tomu (Relacja nauka – wiara) wiele uwagi poświęcono abp. Życińskiemu. Okazuje się, że zachował (przynajmniej w jakiejś mierze) styl filozofowania swojego mistrza ks. Kazimierza Kłósaka (który z kolei szedł za F. Renoirte’m). Następujący cytat streszcza przyjętą metodę:

„Rozumując zgodnie z metodą sugerowaną przez Renoirte'a możemy pytać: jakie założenia ontologiczne należy wprowadzić drogą rozumowania redukcyjnego, aby wytłumaczyć niekwestionowalne fakty dotyczące efektywnego charakte­ru matematyki w naszym opisie przyrody? Sądzę, że koniecznym zało­żeniem, bez którego nie można wyjaśnić matematyczności przyrody jest założenie głoszące, iż rzeczywistość obserwowanego substratu fizycznego jest wtórna i drugorzędna w stosunku do rzeczywistości struktur mate­matycznych i relacji formalnych, które znajdują egzemplifikację w kon­kretnych procesach fizycznych."

2.

            Okazuje się, że metodą filozofowania Hellera-Życińskiego zajął się dokładniej młody filozof z KUL-u Miłosz Hołda. Ale o tym przy innej okazji, bo dopiero dotarłem do jego pracy „Teistyczne podstawy nauki”. Na razie grzebię sobie w dotychczasowym zbiorze artykułów.

 11 sierpnia 2014

            Dziś przypada 550-ta rocznica śmierci nietuzinkowego człowieka, kardynała Mikołaja z Kuzy, zwanego Kuzańczykiem (+1464). Widzę, że w ostatnim czasie jest u nas dopiero odkrywany. Piszą o nim nie tylko specjaliści od nurtu neoplatońskiego w filozofii, ale także teolodzy. Kuzańczyk jest bowiem reprezentantem nurtu teologii apofatycznej. Jakiś czas temu wspominałem o pracy Piotra Sikory zatytułowanej: Logos niepojęty. Kraków 2010, Universitas.  Wśród mistrzów teologii apofatycznej wymienia on Klemensa Aleksandryjskiego, Grzegorza z Nyssy, Pseudo-Dionizego Areopagitę, Tomasza z Akwinu, Mistrza Eckharta i na końcu Mikołaja z Kuzy. Samo zestawienie Tomasza z Akwinu z Mistrzem Eckhartem może szokować. Ale niektórzy przekonują (np. Tadeusz Bartoś, ex-dominikanin), że tak właśnie powinno być. Ustawienie Kuzańczyka koło Tomasza z Akwinu też jest dość zaskakujące.

            U nas Kuzańczyka tłumaczy i opisuje na wiele sposobów Agnieszka Kijewska z KUL-u. Udostępniła nam „O grze kulą” i „Laik o umyśle”. Do obu tłumaczeń dołączyła obszerne wprowadzenia. Jest też autorką szeregu innych opracowań. Spodziewam się, że doczekam się jeszcze wyczerpującej monografii jej autorstwa. Analogicznej do tej, jaką poświęciła Boecjuszowi (Filozof i jego muzy).

12 sierpnia 2014

            Nie byłbym sobą, gdybym nie skakał z tematu na temat. Ale cóż! Chciałbym napisać parę słów o mojej ostatniej lekturze biblijnej. Chociaż bowiem nieraz ostrzegałem przed czytaniem komentarzy, które stają się murem zaporowym dla samego Pisma Świętego, sam zatrzymuję się na nich. W „Biblii Jerozolimskiej” odsyłaczy na marginesach do innych ksiąg oraz tematycznych haseł na dole strony jest tyle, że po upływie pół godziny stoję niemal w tym samym miejscu.

            Postanowiłem więc pójść na żywioł i zacząłem czytać Księgę Tobiasza. Skoro nie kochają jej ani żydzi ani protestanci, a nawet u nas wiedzie żywot marny, dlaczegóż nie zająć się nią? Do kanonu dostała się dość przypadkowo. Św. Hieronim bowiem uważał ją za księgę niekanoniczną, ale na prośbę swojego przyjaciela włączył ją do swej Wulgaty. I tak już zostało.

            Chociaż – jak wspomniałem – za komentarzami nie biegam, zerknąłem do Międzynarodowego Komentarza do Pisma Świętego, wydanego onegdaj przez werbistów. Autor zaczyna dość obcesowo, ale trafnie: „Czytelnik odniesie największy pożytek z lektury Księgi Tobiasza wówczas, gdy będzie czytał ją jak krótkie opowiadanie, które sprawi mu wielką przyjemność, jeśli je potraktuje jak bajkę ze zbioru Braci Grimm. Mamy oto anioła i demona, magiczną rybę i wiernego psa, podróż i zrozpaczoną damę. Każdego jednak, nawet jeśli podda się urokowi opowiadania, uderza głębia jego znaczenia. Niektórych czytelników może początkowo niepokoić fakt, że opowiadanie to jest literacką fikcją. Jednakże autor uczynił ową fikcję nośnikiem teologicznego przesłania.”

            Przeczytałem zgodnie z sugestią, nie dociekając detali. I pomyślałem: mimo wszystko mieli sielskie życie.

13-15 sierpnia 2014

            Miałem problem z dostępem do netu. Dlatego krótki bezruch.

16 sierpnia 2014

            Przed 25 laty, gdy Jan Paweł II poleciał do Korei, zbierałem materiały o Kościele w tym kraju. Niestety, artykuł na ten temat zaginął. Wiem tylko tyle, że Koreę nazywa się Krajem Spokojnego Poranka.

            Znalazłem materiał o początkach Kościoła koreańskiego:

http://www.horyzonty.misjesac.pl/content/view/2024/62/

17 sierpnia 2014

Parę dni temu rozpocząłem siedemdziesiąty rok życia. Mimo to należę w naszym domu do grupy młodszych księży. Starszym od siebie przyglądam się z pewnym zaciekawieniem. Patrzę jak się starzeją. Jedni są sprawni, inni z trudem przychodzą do kaplicy czy jadalni. Kilku przywożą na Mszę św. na wózkach. Ale są i tacy, którym możemy tylko rano zanieść Komunię Świętą. Mam więc klarowny przegląd czekających mnie etapów starzenia się.

Żwłaszcza dwu z nich mam na oku. Mają za sobą - podobnie jak ja - udar mózgu. I w obu wypadkach były to stany trudniejsze od mojego. Ale obaj są fizycznie w miarę sprawni. Ze sprawnością umysłową różnie. Jeden z nich uczył się mówić od zera. Można z nim porozmawiać, ale nie jest w stanie samodzielnie odprawić Mszy św. Obaj, starsi ode mnie, bardzo dużo chodzą. Dlatego są dla mnie nieustannym wyrzutem sumienia. Brak ruchu - a dokładniej: brak wysiłku - to moja pięta achillesowa.

Parę lat temu jeden z zeszytów kwartalnika "Pastores" (nr 37) poświęcony był przeżywaniu starości przez księdza. Było w nim wiele sloganów, wypisanych przez jakichś małolatów. Ale znalazłem  artykuł, który zrobił na mnie wielkie wrażenie. Istotny fragment przepisałem do swojego komputera i do dziś trzymam go wśród abecadłowych wskazań życiowych. Zresztą jego tytuł jest  również abecadłowy: "ABC troski o zdrowie". Jego autor , lekarz Franciszek Halkiewicz pisze:

"W butelce przed tobą jest pigułka, cudo współczesnej medycyny, która potrafi regulować transkrypcje genów w całym organizmie, pomaga chronić przed chorobami serca, udarem, cukrzycą, otyłością i 12 rodzajami nowotworów, a ponadto kamieniami w pęcherzyku żółciowym i zapaleniem uchyłków jelita grubego. Możesz oczekiwać, że pigułka cię wzmocni, wspomoże równowagę i poprawi profil lipidowy. Twoje kości staną się mocniejsze. W twoim sercu, mięśniach szkieletowych i mózgu wykształcą się nowe naczynia włosowate, poprawi się przepływ krwi i dowóz tlenu i substancji odżywczych. Wzrośnie sprawność umysłowa. Jeśli chorujesz na zapalenie stawów, zmniejszy dokuczliwe objawy. Pomoże ci wyregulować apetyt i prawdopodobnie stwierdzisz, że wolisz zdrowszą żywność. Będziesz czuł się lepiej, nawet młodziej, co potwierdzą zresztą badania fizjologiczne. Wzrośnie ci objętość krwi i poprawi się przemiana materii. Nawet twój system odpornościowy będzie sprawniejszy. To żart, takiej pigułki nie ma. Ale na recepcie wystarczy napisać "wysiłek".[s.49-58]

Realizowanie takiego postulatu jest dla mnie trudne przynajmniej z dwu powodów. Pierwszy to brak nawyków czy przynajmniej wzorców wyniesionych z lat dzieciństwa i okresu szkolnego. Także w okresie parafialnym do ruchu i wysiłku fizycznego nie przywiązywałem szczególnej wagi. Raczej w wolnych chwilach czytałem i pisałem.

Drugi powód: otóż ludzkie działanie jest i powinno być działaniem celowym. Najwygodniej gdy cel jest bezpośredni i jednoznaczny. Natomiast chodzenie na tzw. spacer przypomina mi nieco bieganie chomika w kołowrotku. Patrząc na to nieszczęsne zwierzątko, współczuję mu. Bo gdyby biegał nie wiem jak wytrwale, nigdzie nie dobiegnie. A jednak biega, bo ma taką instynktowną potrzebę. W tym jego bieganiu nie można dostrzec  celu bezpośredniego i konkretnego. Jest jednak cel dalszy i ważniejszy: zachowanie zdrowia. W moim życiu emeryta jest - z konieczności - element takiego kręcenia się w kołowrotku niczym chomik. I to naprawdę nie jest takie łatwe, gdy nie masz odpowiedniego nawyku.

 18 sierpnia 2014

            Nie zdołam prześledzić w szczegółach papieskiej podróży do Korei. Ale staram się przynajmniej przyswoić przemówienie do biskupów Azji, chyba najważniejsze. Wypisuję więc istotne cytaty i hasła, ponieważ wydaje mi się bardzo charakterystyczne.

1.Dialog: „Na tym wielkim kontynencie, […] Kościół wezwany jest do uniwersalizmu i kreatywności w swoim świadectwie Ewangelii poprzez dialog i otwartość na wszystkich.”

2.Punkt wyjścia i punkt odniesienia dialogu: tożsamość i empatia: „Nie możemy angażować się w prawdziwy dialog, dopóki nie jesteśmy świadomi własnej tożsamości. Nie może też być autentycznego dialogu, dopóki nie jesteśmy zdolni do otwarcia naszych umysłów i serc, w empatii i szczerej receptywności wobec tych, z którymi rozmawiamy. Jasne poczucie własnej tożsamości i zdolność do empatii są więc punktem wyjścia każdego dialogu. Jeśli mamy mówić swobodnie, otwarcie i owocnie z innymi, musimy jasno ukazywać kim jesteśmy, co Bóg dla nas uczynił i czego od nas żąda. A jeśli nasza komunikacja nie ma być monologiem, to musi być otwartość serca i umysłu, by akceptować poszczególne osoby i kultury.”

            3. Zagrożenia tożsamości:

·         relatywizm

·         powierzchowność

·         pozorne bezpieczeństwo łatwych odpowiedzi

Reasumując: „to żywa wiara w Chrystusa jest naszą najgłębszą tożsamością. Od niej zaczyna się nasz dialog i to nią mamy się dzielić szczerze, uczciwie i bezpretensjonalnie, w dialogu życia codziennego, w dialogu miłosierdzia oraz przy okazjach bardziej formalnych, jakie mogą się nadarzyć.”

            4. Owocność naszej tożsamości: „Ponieważ zrodzona jest ona i stale karmi się łaską naszego dialogu z Bogiem i natchnieniami Jego Ducha, przynosi żniwo sprawiedliwości, dobroci i pokoju.”

            5. Niezbędność empatii: „autentyczny dialog wraz z wyraźnym poczuciem własnej tożsamości chrześcijańskiej wymaga także zdolności do empatii.”

            6. Charakterystyka empatii: „Jesteśmy wezwani, by nie tylko słuchać słów wypowiadanych przez innych, ale także pozawerbalnego przekazu ich doświadczeń, nadziei i dążeń, zmagań i najgłębszych trosk. Taka empatia musi być owocem naszej wnikliwości duchowej i osobistych doświadczeń, które pozwalają nam dostrzec w innych braci i siostry, i „usłyszeć” w ich słowach i działaniach, a także poza nimi, co pragną przekazać ich serca. W tym sensie dialog wymaga od nas prawdziwie kontemplacyjnego ducha otwartości i wrażliwości na innych. Ta zdolność empatii umożliwia prawdziwy dialog, w którym ludzkie słowa, idee i pytania rodzą się z doświadczenia braterstwa i wspólnego człowieczeństwa. Prowadzi to do autentycznego spotkania, w którym serce przemawia do serca. Stajemy się bogatsi dzięki mądrości innych i stajemy się otwarci, by podążać wspólnie drogą ku lepszemu zrozumieniu, przyjaźni i solidarności.”

http://papiez.wiara.pl/doc/2123794.Dialog-wymaga-jasnej-tozsamosci-i-empatii

19 sierpnia 2014

            Robiąc wczoraj notatki z przemówienia papieża Franciszka do biskupów Azji, starałem się zachować ich przejrzystość. Z tego też powodu lakonicznie wyliczyłem tylko trzy omówione przez Papieża zagrożenia chrześcijańskiej/pasterskiej tożsamości: relatywizm, powierzchowność i pozorne bezpieczeństwo łatwych odpowiedzi. Jednak uwagi z nimi związane są niezwykle nowatorskie, wręcz zaskakujące. Dotyczy to zwłaszcza drugiego i trzeciego punktu. Mówiąc o powierzchowności, z jaką dziś traktujemy nasze uczestnictwo w kulturze, Papież nieoczekiwanie odniósł je do programów duszpasterskich: „W przypadku kapłanów ta powierzchowność może się też przejawiać w zafascynowaniu programami duszpasterskimi i teoriami, ze szkodą dla bezpośredniego i owocnego spotkania z naszymi wiernymi, jak też z niewiernymi, zwłaszcza młodymi, którzy potrzebują solidnej katechezy i rozsądnego kierownictwa duchowego.” Przyznam, że zaskoczyła mnie trafność i subtelność tego stwierdzenia. I myślę, że to zdanie trzeba zapamiętać.

            Jeszcze bardziej zdumiała mnie uwaga dotycząca złudnej pewności naszych „gotowców”, którymi się posługujemy. „Istnieje też trzecia pokusa: pozornego bezpieczeństwa, jakie można znaleźć w skrywaniu się za łatwymi odpowiedziami, gotowymi formułkami, regułami i przepisami. […] Wiara ze swej natury nie jest skoncentrowana na sobie samej; ‘wychodzi’, poszukuje zrozumienia, daje początek świadectwu, rodzi misję. W tym sensie wiara pozwala nam być jednocześnie odważnymi i niezadufanymi w naszym świadectwie nadziei i miłości.”

            Papież wyartykułował rzecz totalnie lekceważoną: wiara, którą się dzielimy musi zrozumieć pytania, wątpliwości i opory tych, do których się zwracamy. A więc z jednej strony tożsamość, ale nie sztuczna, wręcz fałszywa. Z drugiej empatia. Klasycznym przykładem utartych formułek-sloganów są choćby odpowiedzi na pytania ludzi dotkniętych cierpieniem. Może byłoby stokroć lepiej, gdybyśmy wówczas zamilkli.

2.

            I jeśli jakiś „mędrzec”-teolog powie kiedyś, że papież Franciszek powtarza katechizm, rzucę mu brutalnie w twarz: jesteś waszmość zadufanym w sobie bufonem. Przecież w tym króciutkim, mieszczącym się na trzech stronach maszynopisu przemówieniu, mieści się zupełnie nowa, rewolucyjna wręcz, koncepcja duszpasterstwa.

 20 sierpnia 2014

            Papież Franciszek popełnił błąd. Wracając z Korei, powiedział dziennikarzom: "Mój pontyfikat będzie krótki. Nie potrwa dłużej niż dwa, trzy lata (...) Nawet jeśli nie spodoba się to teologom, musimy się przyzwyczaić do papieży emerytów." Konsekwencje będą oczywiste: jego zamierzenia nie będą realizowane. Opozycja weźmie go na przeczekanie. Biskupi potraktują go podobnie jak proboszcz niewygodnego wikarego: 2-3 lata i będzie następny.

            A to oznacza: sicut erat in principio et nunc et semper et in saecula saeculorum. Więc nie ma co liczyć, że Ecclesia semper reformanda. Raczej Ecclesia numquam reformata.

 21 sierpnia 2014

Kolejna Kaznodziejska kwękałka nr 9

Trzy cechy przesłania

Kaznodziejskie przesłanie powinno : 

1. dotyczyć spraw istotnych,

2. być pozytywne,

3. przedstawiać treści w sposób klarowny, zrozumiały.

1.W sytuacji, gdy na głoszenie homilii mamy stosunkowo niewiele czasu i okazji, trzeba koncentrować się na tym co najważniejsze, najpilniejsze, najbardziej aktualne. Nie najważniejsze czy najciekawsze dla kaznodziei, ale dla słuchaczy.

Wielką pomocą w wyborze treści jest konkretnie określony temat homilii oraz określony cel, jaki kaznodzieja zamierza osiągnąć.  Jak jednak odróżnić  sprawy błahe od ważnych? Gdzie szukać właściwych, dokładnych sformułowań? Otóż istotnym drogowskazem dla kaznodziei jest Katechizm Kościoła Katolickiego. Św. Jan Paweł II napisał, że KKK zawiera pełny i integralny wykład nauki Kościoła. "Pozwala wszystkim dowiedzieć się, co Kościół ten wyznaje, jak sprawuje swoją liturgię, jak żyje i jak się modli w swoim codziennym życiu". [Laetamur Magnopere]

Oczywiście, że homilia nie jest kazaniem katechizmowym a tym bardziej wykładem teologicznym. Trudno jednak wyobrazić sobie, by nie przekazywała najważniejszych prawd wiary, nie wyjaśniała sprawowanych misteriów, nie wzywała do życia zgodnego z zasadami chrześcijańskimi. KKK może z powodzeniem pełnić źródła inspiracji dla homilii. Warto więc przemyśleć znamienne słowa papieża Benedykta XVI, zawarte w adhortacji "Sacramentum Caritatis", wydanej po Synodzie Biskupów na temat Eucharystii:

"W szczególności proszę duchownych, by głoszone słowo Boże było ściśle powiązane z celebracją sakramentalną i z życiem wspólnoty tak, by słowo Boże było rzeczywistym wsparciem dla życia Kościoła. Należy mieć na uwadze katechetyczny i zachęcający cel homilii. Jest wskazane, by wychodząc od trzyletniego cyklu lekcjonarza, przedstawiano wiernym w sposób właściwy homilie tematyczne, w których omówiono by w ciągu roku liturgicznego wielkie zagadnienia wiary chrześcijańskiej. Treść do nich należy czerpać w sposób pewny z Magisterium w oparciu o cztery «filary» określone przez Katechizm Kościoła Katolickiego i niedawno ogłoszone Kompendium, a więc: wyznanie wiary, celebracja misterium chrześcijańskiego, życie w Chrystusie, modlitwa chrześcijańska." [n.46]

2.Temat i treść homilii winny być ujęty pozytywnie. Papież Franciszek pisze, że pozytywny język jest wręcz charakterystyczną cechą homilii. "Kaznodzieja nie tyle mówi to, czego się nie powinno robić, ile raczej proponuje to, co możemy robić lepiej. W każdym razie, jeśli wskazuje na coś negatywnego, to stara się pokazać także wartość pozytywną, która pociąga, aby nie zatrzymywać się na narzekaniu, na żaleniu się, na krytyce lub na wyrzutach sumienia. Ponadto, kazanie pozytywne daje zawsze nadzieję, kieruje ku przyszłości, nie czyni nas więźniami rzeczy negatywnych.[EG n.159]

Nauczanie Kościoła jest światłem, przyjmowanym przez wolny akt wiary, a nie serią zakazów. Nauka moralności jest drogowskazem ukazującym drogę do pełni człowieczeństwa i zbawienia a nie głównie zbiorem ograniczeń. Kaznodzieja winien wystrzegać się piętnowania wad i grzechów osób lub grup nieobecnych na Mszy św. Słowo Boże ma zmieniać życie słuchaczy a nie ułatwiać im faryzejską ocenę innych. „Orędzie chrześcijańskie musi być przekazywane jako to, czym w istocie jest: wielkim 'Tak!' dla wszystkich ludzi, dla życia, wolności, pokoju, rozwoju, solidarności i cnót. Aby przekazywać je skutecznie innym, sami musimy najpierw zrozumieć i doświadczyć wiary w sposób pozytywny." [Juan Manuel Mora ]

3.Przed wielu laty, papież Paweł VI w swojej adhortacji na temat ewangelizacji podkreślał, że wierni "wiele oczekują od tego przepowiadania i korzystają, byle było proste, przejrzyste, bezpośrednie, przystosowane"[EN n.33].Papież Franciszek przypomina tę wypowiedź i nawiązując do niej stanowczo stwierdza:

"Prostota wiąże się z językiem, jakim się posługujemy. Powinien to być język zrozumiały dla adresatów, żeby nie narażać się na mówienie w próżni. Często kaznodzieje posługują się słowami, których się nauczyli podczas studiów i w określonych środowiskach, ale które nie należą do zwykłego języka słuchających ich osób. Istnieją słowa właściwe teologii lub katechezie, których sens nie jest zrozumiały dla większości chrześcijan. Największym zagrożeniem dla kaznodziei jest przyzwyczajenie się do swojego języka i uważanie, że wszyscy inni spontanicznie się nim posługują i rozumieją go. Jeśli chcemy się dostosować do języka innych ludzi, by możliwe było dotarcie do nich ze Słowem, trzeba wiele słuchać, trzeba dzielić życie z ludźmi i bacznie zwracać na nich uwagę. Prostota i jasność to dwie różne rzeczy. Język może być bardzo prosty, ale kazanie może być niejasne. Może być niezrozumiałe ze względu na chaotyczność, brak logiki albo ponieważ jednocześnie podejmuje różne tematy. Dlatego innym niezbędnym zadaniem jest sprawienie, aby kazanie miało jedność tematyczną, jasny porządek i powiązanie między zdaniami, aby osoby mogły łatwo podążać za kaznodzieją i pojąć logikę jego wywodu." [EG n.158]

Prof. Walery Pisarek, prasoznawca, autor podręczników dziennikarstwa, napisał w jednym z nich:  "Chyba nic tak skutecznie nie odstręcza ludzi od słuchania czegokolwiek, jak niezrozumiałość. Tekst, którego nie rozumiemy, musi się wydawać potwornie nudny."  Natomiast Daniel Defoe, autor "Przypadków Robinsona Cruzoe", spointował temat klarowności  wypowiedzi bardzo dosadnie: "Jeśli ktoś mnie zapyta, jaki styl języka uważam za doskonały, odpowiem, że ten, w którym człowiek przemawiający do 500 osób różnego pochodzenia i na różnym poziomie, wyjąwszy idiotów i wariatów, będzie zrozumiały."

 22 sierpnia 2014

            Mój pierwszy proboszcz, o którym z przekąsem mówię „mój przyjaciel Bolek”, miał dziwny styl narracji. Był to niekończący się ciąg dygresji, powtarzających się i nakładających na siebie. Stworzyłem nawet kiedyś wzór dla tego typu wypowiedzi w= (tw+d1+d2+d3...)2, gdzie tw –oznacza temat wyjściowy, d – kolejną dygresję a wszystko podniesione do kwadratu. Znajdował się wówczas w przedziale 47-50 rok życia, a więc miał przynajmniej 20 lat mniej niż ja obecnie. Wniosek: mam już prawo do konstruowania narracji z samych dygresji. A ponieważ będzie to istny gąszcz rozmaitych wątków, podaję hasło przewodnie: Terry Eagleton.

2.

            Nic nie mówi? Mnie jakiś czas temu także nic nie mówiło. Dlatego bardzo sceptycznie patrzyłem na wydaną cztery lata temu, w Wydawnictwie Uniwersytetu Jagiellońskiego, pracę Eagletona „Rozum, wiara i rewolucja”. Ale od tego czasu ukazało się w różnych innych wydawnictwach sześć następnych, trzy w 2012 i trzy w 2014 roku. Ich tematyka jest podejrzanie rozstrzelona: Dlaczego Marks miał rację?, Koniec teorii, Jak czytać literaturę? Zło, Po co nam kultura?, Kultura a śmierć Boga. I jeszcze z 1998 roku: Iluzja postmodernizmu.

            Kim więc jest Terry Eagleton? Szarlatanem? Geniuszem? Prowokatorem? Przecież go czytają, skoro go wydają. Więc kogo czytają?

3.

            Eagleton jest przede wszystkim znawcą literatury. W reklamówce czytam o nim: „Najbardziej znany w dziedzinie akademickiej jest ze sprzedanego w milionowym nakładzie podręcznika do teorii literatury.” W wydawnictwie Aletheia ukazała się niedawno jego książka z tej dziedziny „Jak czytać literaturę?” Jest napisana świetnie, ale nie podejmę się jej czytania, ponieważ nie znam literatury. Gdybym snuł wzniosłe refleksje na temat obrazu Matejki „Hołd pruski”, mój Terry też nie wiedziałby o czym mówię. Jednak jego książka sama w sobie nie zasługuje na wrzucenie do kubła. Dobrze by było, gdyby napatoczył się jakiś rozgarnięty filolog. Z gracją wręczyłbym mu prezent z okazji rozpoczynającego się nowego roku szkolnego.

4.

            Mam też „Rozum, wiara i rewolucja”. Napisana jest rewelacyjnie. Ale o niej nieco później. Dziś dzienne minimum antydemencyjne odrobiłem. Kończę więc, chociaż mam świadomość istnienia kilku ważnych problemów w naszym kraju, które należałoby przynajmniej wymienić. Niestety, jestem jak ten papież Franciszek, któremu brakuje sił. Mnie na dokładkę wytrwałości, systematyczności i paru innych przymiotów.

23-24 sierpnia 2014

            W naszych czasach zarówno urząd jak i osoba papieża zeszły z piedestału. Z różnych powodów. Na pewno przyczyniła się do tego telewizja a dziś także Internet. Przyczynił się do tego fakt, że mieliśmy „naszego” Papieża, którego znaliśmy, który był naszą dumą, o którym tyle mówiliśmy i który umierał niemal na naszych oczach. Przyczynia się do tego również papież Franciszek, przełamujący różne konwenanse. Mówimy o jego bezpardonowych opiniach, stylu bycia, tajemniczej czarnej teczce a la Tymiński czy rozdeptanych butach. Niektórzy  teolodzy przebąkują, że nie jest wytrawnym teologiem. Dziennikarze-inkwizytorzy z grymasem na twarzy mówią o jego homiliach. Czy jednak w tym wszystkim nie zapomnieliśmy kim jest papież? Czy nie trzeba nam podziękować Bogu za Ewangelię dzisiejszej niedzieli (21 zw./A)? Bo skłania nas do przypomnienia sobie istotnej prawdy wiary. Dlatego postanowiłem z tej okazji wstawić katechezę św. Jana Pawła II, którą wygłosił na ten temat 25 listopada 1992 roku.

+       +       +

[…] Tej ważnej i wymownej prawdzie doktryny katolickiej poświęcimy cykl katechez, który zaczynamy dzisiaj. Będziemy się starali przedstawić tę doktrynę w sposób jasny i zrozumiały, łącząc poczucie osobistej małości z odpowiedzialnością wypływającą z polecenia przekazanego Piotrowi przez Jezusa, a zwłaszcza z odpowiedzi Boskiego Mistrza na jego wyznanie wiary złożone w pobliżu Cezarei Filipowej (por. Mt 16,13-19).

2        Przypomnijmy tekst, a także kontekst tego ważnego dialogu, przekazanego nam przez ewangelistę Mateusza. Po zapytaniu: „Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego?” (16,13), Jezus kieruje bardziej bezpośrednie pytanie do Apostołów: „A wy za kogo Mnie uważacie?” (16,15). Znaczący już jest fakt, że w imieniu Dwunastu odpowiada Szymon: „Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego” (16,16). Można by pomyśleć, że Szymon spełnia rolę rzecznika Dwunastu ze względu na swą silną i bardziej impulsywną osobowość. Być może ten element również wchodzi w rachubę. Jezus jednak przypisuje odpowiedź szczególnemu objawieniu ze strony Ojca Niebieskiego: „Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony. Albowiem nie objawiły ci tego ciało i krew, lecz Ojciec mój, który jest w niebie” (Mt 16,17). Pomijając wszystkie uwarunkowania związane z temperamentem, charakterem, przynależnością etniczną i pochodzeniem społecznym („ciało i krew”), należy podkreślić, że Szymon otrzymuje z wysoka oświecenie i natchnienie, które Jezus określa jako „objawienie”. W mocy tego objawienia Szymon wyznaje wiarę w imieniu Dwunastu.

3        A oto stwierdzenie Jezusa, którego uroczysta forma ukazuje zobowiązujący i konstytutywny sens, jaki Mistrz chce mu nadać: „Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr” (Mt 16,18). Tak, stwierdzenie ma formę uroczystą: „Ja tobie powiadam”. Angażuje ono suwerenny autorytet Jezusa. Jest to słowo objawienia, i to objawienia skutecznego: to, co mówi, dokonuje się.

Szymon otrzymuje nowe imię — znak nowego posłannictwa. Nadanie tego imienia potwierdzają Marek (3,16) oraz Łukasz (6,14), gdy opowiadają o wyborze Dwunastu. Mówi o tym również Jan, dodając, że Jezus posłużył się aramejskim słowem kefa, przetłumaczonym na grecki jako petros (por. J 1,42).

Wiemy, że słowo aramejskie kefa, którym się posłużył Jezus, podobnie jak odpowiadające mu słowo greckie petras, oznaczają skałę. W Kazaniu na Górze Jezus posłużył się przykładem człowieka roztropnego, który dom swój zbudował na skale (por. Mt 7,24). Zwracając się z kolei do Szymona, Jezus mówi mu, że dzięki swej wierze, będącej Bożym darem, stał się on jak skała, na której można wznieść budowlę nie do zburzenia. Jezus oznajmia następnie, że postanowił wznieść na tej skale ową budowlę, czyli swój Kościół.

W innych tekstach Nowego Testamentu znajdujemy analogiczne obrazy, choć nie identyczne. W niektórych Jezus nie jest nazywany „skałą”, na której wznosi się budowlę, lecz „kamieniem” służącym do budowy: „kamieniem węgielnym” zapewniającym spójność budowli. Budowniczym nie jest więc Jezus, lecz Bóg Ojciec (por. Mk 12,10-11; 1 P 2,4-7). Mamy tu zatem do czynienia z odmiennymi punktami widzenia.

Z innej jeszcze perspektywy Paweł przypomina Koryntianom, że „jako roztropny budowniczy położył fundament” ich Kościoła, a następnie dodaje, że tym fundamentem jest Jezus Chrystus (por. 1 Kor 3,10-11).

W różnorodności perspektyw można jednak dostrzec wspólny element, pozwalający wysnuć wniosek, że nadając Szymonowi Piotrowi nowe imię, Jezus dopuścił go do uczestnictwa w swym posłannictwie jako fundamentu. Pomiędzy Chrystusem i Piotrem występuje relacja instytucjonalna, sięgająca korzeniami głębokiej rzeczywistości, w której Boże powołanie przyjmuje postać szczególnej misji, zleconej przez Mesjasza.

4        Jezus mówi dalej: „na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą” (Mt 16,18). Słowa te świadczą o tym, że Jezus zamierza zbudować swój Kościół z myślą o specyficznej misji i władzy, którą w swoim czasie nada Szymonowi. Jezus mówi, że Szymon Piotr jest fundamentem, na którym wzniesiony będzie Kościół. Relacja Chrystus — Piotr znajduje więc swoje odniesienie w relacji Piotr — Kościół. Nadaje jej wartość oraz odsłania jej sens teologiczny i duchowy, który obiektywnie i eklezjalnie stanowi podstawę wymiaru prawnego.

Mateusz jest jedynym Ewangelistą, który podaje te słowa. W związku z tym należy przypomnieć, że tylko on — Mateusz — zebrał szczególnie znaczące wspomnienia o Piotrze (por. Mt 14,28-31), być może mając na uwadze wspólnoty, dla których pisał swoją Ewangelię i którym chciał wpoić nowe pojęcie „zgromadzenia” zwołanego w imieniu Chrystusa, obecnego w Piotrze.

Z drugiej strony, nowe imię Piotr, nadane przez Jezusa Szymonowi, potwierdzają inni Ewangeliści, nie zaprzeczając interpretacji tego imienia podanej przez Mateusza. Zresztą nie wiadomo, jaki inny sens mogłoby ono mieć.

5        Tekst ewangelisty Mateusza (16,15-18) przedstawiający Piotra jako fundament Kościoła stanowił przedmiot zarówno wielu dyskusji, których przytoczenie zajęłoby nam wiele miejsca, jak i kontestacji, mających swe źródło nie tyle w dowodach zaczerpniętych z kodeksów biblijnych i tradycji chrześcijańskiej, co w trudności, jakiej przysparza zrozumienie misji oraz władzy Piotra i jego następców. Nie wchodząc w szczegóły, ograniczamy się tu jedynie do stwierdzenia, że słowa Jezusa przekazane przez Mateusza mają niewątpliwie charakter semicki, zauważalny również w przekładzie greckim i łacińskim. Stanowią ponadto nowość trudną do wytłumaczenia w kontekście kultury i religii żydowskiej, w jakim przedstawia je Ewangelista. W judaizmie żadnemu ówczesnemu przywódcy religijnemu nie przypisywano roli kamienia węgielnego. Natomiast Jezus przypisuje ją Piotrowi. Na tym polega wielka nowość wniesiona przez Jezusa. Nie mógł to być wytwór ludzkiego umysłu — ani w przypadku Mateusza, ani późniejszych autorów.

6        Musimy również zauważyć, że „Skałą”, o której mówi Jezus, jest osoba Szymona. Jezus mówi mu: „Ty jesteś Kefas”. Kontekst tego stwierdzenia pozwala nam lepiej zrozumieć sens pojęcia „Ty – osoba”. Gdy Szymon powiedział, kim jest Jezus, Jezus mówi, kim jest Szymon w Jego planie budowy Kościoła. Szymon zostaje wprawdzie nazwany Skałą po wyznaniu wiary, co zakłada relację pomiędzy wiarą i funkcją skały otrzymaną przez Szymona. Lecz charakter skały zostaje przypisany osobie Szymona, a nie jednemu z jego czynów, chociaż były one szlachetne i miłe Jezusowi: Słowo „skała” wyraża byt trwały, istniejący, odnosi się więc bardziej do osoby niż do jej czynu, z natury przemijającego. Potwierdzają to następne słowa Jezusa, który oznajmia również, że bramy piekielne, czyli siły śmierci „nie przemogą go”. To wyrażenie można odnieść zarówno do Kościoła, jak do skały. W każdym razie, zgodnie z logiką wywodu, Kościół zbudowany na skale nie może ulec zniszczeniu. Trwałość Kościoła związana jest ze skałą. Relacja Piotr — Kościół odtwarza związek między Kościołem i Chrystusem. Jezus mówi bowiem: „Kościół mój”. Oznacza to, że Kościół będzie zawsze Kościołem Chrystusowym. Kościołem należącym do Chrystusa. Nie staje się on Kościołem Piotra. Jednak — jako Kościół Chrystusowy — zbudowany jest na Piotrze, który jest Kefasem – Skałą w imieniu i w mocy Chrystusa.

7        Ewangelista Mateusz przytacza inną jeszcze metaforę, za pomocą której Jezus wyjaśnia Szymonowi Piotrowi oraz pozostałym Apostołom swój zamiar wobec niego: „I tobie dam klucze królestwa niebieskiego” (16,19). Zauważmy od razu, że według tradycji biblijnej klucze królestwa posiada Mesjasz. Istotnie, stosując wyrażenia proroka Izajasza, Apokalipsa przedstawia Chrystusa w następujących słowach: „Święty, Prawdomówny, Ten, co ma klucz Dawida, Ten, co otwiera, a nikt nie zamknie i Ten, co zamyka, a nikt nie otwiera” (Ap 3,7). Tekst Izajasza (por. 22,22), poświęcony Eliakimowi, jest profetyczną zapowiedzią ery mesjańskiej, w której „klucz” służy do otwierania i zamykania nie domu Dawidowego (jako budynku lub dynastii), lecz „królestwa niebieskiego”: tej nowej, transcendentnej rzeczywistości, zapowiedzianej i przyniesionej przez Jezusa.

Jezus jest bowiem, według Listu do Hebrajczyków, Tym, który dzięki swojej ofierze „wszedł do świątyni niebieskiej” (por. Hbr 9,24): posiada do niej klucze i otwiera jej bramę. Owe klucze Jezus wręcza Piotrowi, który otrzymuje w ten sposób władzę nad królestwem, którą będzie wykonywał w imieniu Chrystusa jako Jego zarządca i głowa Kościoła: domu gromadzącego wierzące w Chrystusa dzieci Boże.

8        Jezus mówi bowiem do Piotra: „cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie” (Mt 16,19). Jest to następne porównanie, jakim posługuje się Jezus, by objawić swą wolę powierzenia Piotrowi władzy powszechnej i całkowitej, zagwarantowanej i uwiarygodnionej przez aprobatę nieba. Nie chodzi tylko o władzę ogłaszania prawd nauki lub ogólnych dyrektyw działania: według Jezusa jest to władza „związywania i rozwiązywania”, inaczej mówiąc podejmowania wszystkich działań, jakich potrzebuje życie i rozwój Kościoła. Opozycja: „związywać — rozwiązywać” służy ukazaniu pełni władzy.

Należy jednak dodać od razu, że celem tej władzy jest otwarcie dostępu do królestwa, a nie zamykanie go: „otwieranie”, czyli umożliwianie wejścia do królestwa niebieskiego, a nie stawianie przeszkód, co równałoby się „zamykaniu”. Taki jest właściwy cel posługi Piotrowej, zakorzeniony w odkupieńczej ofierze Chrystusa, który przyszedł, by zbawiać i stać się Bramą oraz Pasterzem wszystkich we wspólnocie jednej owczarni (por. J 10,7.11.16). Przez swoją ofiarę Chrystus stał się „Bramą Owczą”, której zapowiedzią była brama wzniesiona przez arcykapłana Eliasziba i jego braci kapłanów odbudowujących mury Jerozolimy w połowie V w. przed Chrystusem (por. Ne 3,1). Mesjasz jest prawdziwą bramą Nowego Jeruzalem, zbudowanego dzięki Jego krwi przelanej na krzyżu. Klucze tej bramy powierzył On Piotrowi, by był sługą Jego zbawczej władzy w Kościele.*

25 sierpnia 2014

            Orban boleje nad tym, że UE „oddala się” od Rosji. Bardzo jestem ciekaw opinii, jaką ma na temat „parady hańby” w Doniecku. A swoją drogą, po cóż Poroszenko prowokuje, organizując defiladę wojskową w trakcie wojny domowej? (Zakładając, że jest to wojna domowa.) Przecież nie jest wykluczone, że on sam jeszcze może się znaleźć w takiej „paradzie”.

2.

            Parę dni temu w moim notesie zagościł Terry Eagleton. Wczoraj udało mi się oddać jego „Jak czytać literaturę” w dobre ręce. To, oczywiście, nie przesądza jej losu. Jednak nie moimi rękami zostanie wrzucona do kubła. Czytam jego eseje zatytułowane „Rozum, wiara i rewolucja”. Znęca się w nich nad trójką rottweilerów współczesnego ateizmu: Dawkinsem, Hitchensem i Dennettem. Dawkinsa („Bóg urojony”) czytałem parę lat temu. Jest to tekst przepojony jakimś silnym wewnętrznym zranieniem. I trudno z tezami tej książki dyskutować. Hitchensa („Bóg nie jest wielki”) nie znam. Natomiast Dennett (Odczarowanie”) jest wilkiem w owczej skórze. Jego tezy są zdecydowane, ale niepokojąco nieuzasadnione. Kiedyś zacząłem w moim notesie zapisywać jego uwagi (zob. Różne szkice). Prędko jednak przerwałem, bo pisze strasznie rozwlekle.

            Eagleton – jak wspomniałem – pokpiwa sobie z całej trójki, ale jego argumentacja jest równie powierzchowna i dyskusyjna jak tezy oponentów. Poczytam jeszcze jego dywagacje, ale zachwytu u mnie nie wywołał. Nawet dziwię się, że tego typu literaturę publikuje wydawnictwo  – bądź co bądź – uniwersyteckie.

26 sierpnia 2014

            Wczoraj biskupi diecezjalni zajmowali się sprawą in vitro. Sprawa jest dosyć pilna, ponieważ minister Arłukowicz przygotowuje własny projekt rozporządzeń prawnych. Jeśli jednak w parlamencie nie zostanie wypracowane stanowisko kompromisowe, będziemy mieli w dalszym ciągu pustkę prawną. Sytuacja jest tym dziwniejsza, że już 17 lat temu Polska podpisała tzw. Europejską Konwencję Bioetyczną (4.04.1997, Oviedo) i do dziś nie podjęto żadnej normalizacji prawnej. Z kolei, od urodzenia w Polsce pierwszego dziecka z zapłodnienia in vitro upłynęło 27 lat. Znamienne było medialne starcie tej osoby z abpem Hoserem.

http://info.wiara.pl/doc/2133591.Apostazja-pedofilia-in-vitro

27 sierpnia 2014

            Trudne do zrozumienia jest funkcjonowanie jezuickiego wydawnictwa WAM. Wydają nieprawdopodobną ilość książek, poświęconych najróżniejszym sprawom. Nie wierzę, że spora część spośród nich znajduje jakąś sensowną liczbę nabywców. Zastanawiam się co ich ratuje przed bankructwem.

            Ostatnio jednak doszli chyba do jakiegoś krytycznego punktu, bo ogłosili wyprzedaż kilkudziesięciu tytułów ze sporym upustem. Załapałem się na dwa tomy „Wyboru pism” Karla Rahnera. Jakiś czas temu zaglądałem do egzemplarzy bibliotecznych a nawet zeskanowałem niektóre z esejów (np. Jezus Chrystus – sens życia). Jednak żal mi było sporej sumki a także paru centymetrów wolnego miejsca na półce. Teraz efekt manipulacyjny promocji zadziałał i uległem.

            Rahner, cokolwiek by o jego teologii powiedzieć, jest jednak klasykiem. I przede wszystkim teologiem mojej młodości. A w sytuacji, gdy u nas teologia praktycznie zamiera, czytanie takich autorów odświeża.

28 sierpnia 2014

"A gdy po lekturze zamkniemy egzemplarz Pisma Świętego, pobrużdżony naszymi uwagami, o stronicach nieco przybrudzonych od częstego kartkowania, chętnie wrócimy następnego dnia do jego czytania z ołówkiem w ręce, jak do ciekawej rozmowy z mądrym i oddanym przyjacielem, który ma nam wiele do powiedzenia zarówno o sobie, jak i o nas samych. I znowu otworzywszy Pismo Święte, dalej ciągnąć będziemy przerwaną wczoraj rozmowę.”      [Roman Brandstaetter]

            Dlaczego uczepiłem się tego cytatu? Z żalu, ponieważ rozsypała mi się moja „jerozolimka” z wszystkimi moimi znakami i zapiskami.

29 sierpnia 2014

Od wielu miesięcy słyszałem: Tusk musi odejść. I odchodzi. Dzięki temu nie będzie już powodzi, suszy i gradobicia. Nie będzie żadnych innych nieszczęść spowodowanych przez Tuska. Będzie cacy. Będzie raj. Jednak jedno nieszczęście pozostanie: cały arsenał zarzutów straci swą siłę rażenia. Bo nie będzie wiadomo kogo teraz atakować i za co.

Ale dokąd idzie? Do Rady Europejskiej. To dobrze czy źle? Cieszyć się? Działa tu równocześnie duma i uprzedzenie. I skrywana zazdrość, bo przecież wiadomo, iż żaden z oponentów nigdy już nie zostanie szefem RE. Dlatego w takich sytuacjach najwygodniej zareagować: "Bierzcie go do tej Rady, żeby go tylko tu nie było". Gdy rywala nie będzie, szanse innych na zwycięstwo wzrosną. I tym samym nasze szanse na życie w raju. Tusk musi odejść. Niech teraz w Brukseli i całej Unii mają powodzie, suszę i gradobicia.

30 sierpnia 2014

            Brian Tracy był swego czasu modnym mentorem w takich sprawach jak organizacja życia, osiąganie sukcesu zawodowego a nawet dążenie do pewnego optimum umysłowego. Zapamiętałem jego radę: inwestuj w siebie tyle, ile w swój samochód. Chodziło mu głównie o rozwój umysłowy i sprawność działania. W praktyce oznaczało to wydanie na książki i szkolenia mniej więcej tyle, ile wydaje się na benzynę i inne sprawy związane z utrzymaniem auta.

            Pomyślałem sobie, że konieczność zrezygnowania kiedyś przeze mnie z prowadzenia samochodu będzie znakiem, iż nie powinienem już kupować nowych książek. Bo i tak ich ani nie przeczytam ani nie zrozumiem. Ale teraz to ho ho! Oczywiście, owo „ho ho” dotyczy prowadzenia auta, bo z czytaniem i rozumieniem – tragicznie.

2.

Parę dni temu pisałem o czyszczeniu magazynów w wydawnictwie WAM. Podejrzewam, że są zapełnione makulaturą pod sufit, bo w ostatnich latach drukowali co popadło. Były cenne i bezsensowne. Nic więc dziwnego, że ledwie otrzymałem od nich zamówione pozycje, przesłali mi nową ofertę promocyjnych cen. Promocji jest kilka. Jedna z nich otrzymała zgrabny szyld: „Tani kącik teologiczny”. I muszę przyznać, że mam ochotę na niektóre pozycje, chociaż je … znam, bo kiedyś przywlokłem je z biblioteki. Są świetne. Przykład?

Gisbert Greshake, Wprowadzenie do nauki o łasce. Wydana w 2005 roku, niewielka praca, licząca niewiele ponad 100 stron. Ale ukazuje kwintesencję chrześcijaństwa i kwintesencję sporów teologicznych, ciągnących się przez wiele wieków bez widocznych rezultatów. Chodziło zaś w nich – i jest to zagadnienie w dalszym ciągu kluczowe – w jakiej mierze łaska pomaga człowiekowi i jest konieczna a w jakiej człowiek radzi sobie w życiu samodzielnie. Greshake pisze rewelacyjnie.  Za równowartość 2-3 tygodników można mieć książkę, która porządkuje pojęcia i stanowiska.

http://e.wydawnictwowam.pl/tyt,34184,Wprowadzenie-do-nauki-o-lasce.htm

31 sierpnia 2014

            Donald Tusk został wybrany przewodniczącym Rady Europejskiej. Czeka go niezwykłe zadanie, bo sytuacja Europy jest najtrudniejsza od czasów zimnej wojny, a może nawet od czasów zakończenia II wojny światowej. Trzeba mu życzyć, by z tymi problemami sobie poradził. Jego przemówienie po ogłoszeniu wyboru pokazało klasę polityczną Tuska. Oczywiście, ludzie zaczadzeni tego nie dostrzegą. I nikt na to nic nie poradzi.

2.

Jutro 75-ta rocznica wybuchu II wojny światowej. Urodziłem się już po jej zakończeniu. I chociaż przez następne 45 lat żyłem w ustroju komunistycznym, nie musiałem – tak na serio – bać się kolejnej wojny światowej. Dziś wcale nie jestem pewien, czy dopełnię żywota w warunkach względnego pokoju.

Sto lat temu wybuchła I wojna światowa. Wówczas, nawet po zamachu na księcia Ferdynanda, nikt nie brał pod uwagę możliwości światowego konfliktu. A jednak stała się rzecz niewyobrażalna. Dlatego, nauczeni ówczesną sytuacją, powinniśmy zrobić wszystko, by nie dopuścić do kolejnego światowego nieszczęścia.

1 września 2014

            Mieliśmy przed laty w diecezji rubasznego księdza, który cieszył się sympatią biskupa Bednorza. Pełnił bowiem funkcję strażaka. Jeśli w którejś z parafii wybuchnął konflikt, zwykle na linii proboszcz – parafianie, biskup posyłał go dla uspokojenia zaognionej sytuacji. Gdy kiedyś otrzymał nowego wikarego, poinstruował go krótko, jakie reguły będą go obowiązywać. „W tej parafii każdy musi coś trzymać. Ja będę trzymał kasę a ksiądz – pysk”.

            Obaj wielebni dość prędko zaprzyjaźnili się a ów młodzian później przez wiele lat regularnie odwiedzał swojego dawnego proboszcza. Mniej więcej raz w miesiącu, w swoim wolnym dniu, jechał do jego kolejnej parafii, położonej na antypodach diecezji. Cały dzień spędzał u niego i słuchał co opowiada. Ów zaś, opowiadał swojemu byłemu wikaremu o lekturach z minionego miesiąca.

            Lektura przez wiele miesięcy – jeśli nie lat – była na pozór dość monotonna: „Schriften zur Theologie” Karla Rahnera, czytane – oczywiście – w niemieckim oryginale. Rahner bowiem pisał ogromną liczbę artykułów na najróżniejsze tematy a gdy nazbierała się ich odpowiednia liczba, zbierał je w publikację książkową. Kolejne tomy nazywały się identycznie: „Schriften zur Theologie”. W sumie nazbierało się przynajmniej kilkanaście opasłych tomów.

2.

            Parę lat temu krakowscy jezuici wydali dwutomowy „Wybór pism” swojego zakonnego współbrata. Wycenili je na 150 zł. Cena, plus odstąpienie im sześciu centymetrów miejsca na półce, przerosły moje możliwości. Dopiero teraz, w ramach promocji „Tani kącik teologiczny” (prawda, że brzmi ujmująco?), zdecydowałem się na oba tomy. Własne egzemplarze pozwolą mi robić w książce podkreślenia, różne znaczki i uwagi. Nie będę też musiał skanować poszczególnych artykułów. Rahner przecież to Rahner. Zwłaszcza, że tłumaczenie jest spokojne, klarowne, bez wygłupów. Tłumacz Grzegorz Bubel zadbał o to, by szkice Rahnera nie stały się w polskim wydaniu bublem.

2 września 2014

            Wyniki sondażu CBOS przeprowadzonego przed wyborem Donalda Tuska na stanowisko przewodniczącego RE. Są na tyle wymowne, że nie trzeba ich komentować. Wystarczy odnotować.

Zaufanie

%

Bronisław Komorowski

73

Radosław Sikorski

40

Ewa Kopacz

35

Leszek Miller

33

Jarosław Kaczyński

32

Donald Tusk

32

           

Nieufność

%

Janusz Palikot

56

Janusz Korwin Mikke

53

Donald Tusk

50

Jarosław Kaczyński

48

Antoni Macierewicz

47

3-4 września 2014

            „Możesz mieć pięć doktoratów z teologii, ale nie mieć Ducha Bożego! Może będziesz wielkim teologiem, ale nie będziesz chrześcijaninem, bo nie masz Ducha Bożego! To, co daje władzę, tożsamość, to Duch Święty, namaszczenie Duchem Świętym" – powiedział w homilii papież Franciszek.

            Dawno już nie przywoływałem w moich notatkach Ojca Świętego. Miał wprawdzie czas wymuszonego na nim urlopu, ale pomimo tego obawiałem się u niego swoistego wyeksploatowania. Był przecież ewidentnie zmęczony, zwłaszcza podróżą do Korei. Teraz jednak odzyskał dawny wigor. Oczywiście, że Papież wypowiada się skrótami. Szaleńców, którzy robią pięć doktoratów z teologii, chyba nie ma. Ale wymowa i siła sugestii jest oczywista.

            Jednak nie tylko o homilię sprzed paru dni mi chodzi. Chodzi mi o rolę, którą pełni w Kościele, o siłę jego oddziaływania. Chodzi mi o to, czy jest w stanie nadać nowy kształt Kościołowi. Nie tak dawno stwierdził, że biskupi powinni być duszpasterzami a nie administratorami. Czyżby to znaczyło, że byli administratorami? Ojciec Józef Maria Bocheński mówił: "Jeśli ktoś chce być biskupem, to powinien studiować prawo kanoniczne; jeśli chce zostać wielkim profesorem - teologię; jeśli wariatem - filozofię; heretykiem - Pismo Święte; a jeśli niczym nie chce - to historię." [W Drodze 1988, nr 2] Wprawdzie inni (np. bibliści, liturgiści a nawet historycy) też biskupami zostają, ale faktem jest, że duszpasterzami - podobnie jak kanoniści - raczej nie byli. Przynajmniej zdecydowana większość z nich. Wkrótce po święceniach poszli na studia, wykładali teologię lub pracowali w kurii – także watykańskiej -  i w końcu otrzymali sakrę.

Ktoś mi powiedział, że biskup powinien być managerem, który z powodzeniem może zarządzać albo diecezją, albo oddziałem General Motors czy Coca-Cola. Kościół bowiem jest korporacją. Papież Franciszek ma jednak w tej sprawie odmienne zdanie.

5 września 2014

            Zaczęło się na dobre pisanie o papieżu Franciszku jako przywódcy. Co to w ogóle jest przywództwo? Jakiś czas temu znalazłem w necie następujące określenie:„proces kierowania i wpływania na działalność członków grupy, związaną z jej zadaniami. Jest to model zarządzania przede wszystkim przez stwarzanie pracownikom nowych, fascynujących wizji, przez inspirowanie specjalistów, dzielenie się informacją, jest to umiejętność wzbudzenia entuzjazmu i oddania, umiejętność właściwego wykorzystania przez kierowników energii, którą wzbudzają u innych. Przywództwo nie może istnieć w oderwaniu od innych ludzi – podwładnych lub zwolenników. Przewodzenie ma sens tylko wówczas, gdy podwładni podporządkują się i umożliwią proces przewodzenia.”

http://www.sciaga.pl/tekst/68446-69-czym_jest_przywodztwo

2.

            Kto pisze o Papieżu jako przywódcy? Za dziesięć dni ma się w amerykańskich księgarniach ukazać książka „Szefować z pokorą: 12 lekcji przywództwa papieża Franciszka”. Autorem jest Jeffrey Krames, zajmujący się zarządzaniem. Książkę anonsuje news KAI-u sprzed paru dni. Wypisałem sobie kilka sugestii, które Krames podpowiada managerom. Niby oczywiste, wręcz banalne, a jednak jakże nierealne w naszej polskiej rzeczywistości.

·        „Jeśli macie możliwość kierowania ludźmi, nigdy nie korzystajcie ze swojego stanowiska z egoistycznych względów. Starajcie się nie robić niczego, co pokazywałoby waszym podwładnym lub kolegom, że stawiacie się ponad nimi”. Zaleca rezygnację z osobnego biura, by pracować razem z innymi, obniżenie swej pensji, obcięcie wydatków reprezentacyjnych kierownictwa, dzięki czemu szef ‘zejdzie z papieskiego tronu’ swego urzędu.”

·        „Papież Franciszek rozmawia ze wszystkimi, cały czas, w cztery oczy lub telefonując, bo jest przekonany, że dialog z wiernymi może mu pomóc zrozumieć ich oczekiwania. Dawny ksiądz z Buenos Aires, który jeździł pić mate w slumsach, wymaga od biskupów, by nie siedzieli za biurkiem, ‘podpisując pergaminy’. - Bądźcie pasterzami, od których czuć zapach owiec - zachęca biskup Rzymu.

·        Trzecią radą dla przywódców jest stworzenie „eklektycznego panelu kilku rozmówców”, z którymi można przedyskutować nowe idee, uciekając od potakiwaczy. - Zbierajcie tę grupę regularnie, podsuwając jej z wyprzedzeniem kilka tematów, aby wasi „konsultanci” mieli czas się zastanowić.”

·        „Czwarte zalecenie, wynikające z postawy i działań Franciszka, to sięganie poza własną klientelę. Papież wysyła sygnały otwartości do rozwiedzionych, homoseksualistów czy ateistów. - Wasz cel […] powinien być taki sam. […] powinniście wyciągać ramiona ku outsiderom. […] Dzięki tej strategii Franciszek ‘zwiększył udział Kościoła w rynku’: w ciągu ośmiu miesięcy od jego wyboru o 20 proc. wzrosło uczestnictwo w niedzielnych Mszach w Wielkiej Brytanii. Wyzwaniem jest to, by nie utracić ‘twardego jądra’ swych wiernych, przy jednoczesnym pozyskiwaniu nowych.

http://info.wiara.pl/doc/2143440.Ekspert-od-zarzadzania-o-przywodztwie-papieza

3.

            Druga książka, poświęcona Papieżowi jako przywódcy, ukaże się po polsku w jezuickim WAM-ie. Ma nosić tytuł „Lider. Papież Franciszek” Krakowscy jezuici wydali już dwie inne pozycje Chrisa Lowney’a: „Heroiczne przywództwo” oraz „Heroiczne życie”. Obie są inspirowane jezuicką duchowością, ponieważ ich autor przez parę lat był w jezuickim seminarium. Kolejną książkę poświęca najważniejszemu jezuicie – papieżowi Franciszkowi.

http://www.wydawnictwowam.pl/zapowiedzi/?Page=info&Id=362

6-7-8 września 2014

            Dziś rzadko można spotkać opracowania teologiczne pierwszego sortu. Najczęściej jest to relacjonowanie czyichś poglądów. W ostatnich latach pisane są często prace poświęcone wybranym zagadnieniom w ujęciu J. Ratzingera/Benedykta XVI. Tytuł takich opracowań jest więc dwuczłonowy. Do pierwszego wsadza się dowolne hasło encyklopedyczne. Dla przykładu: ateizm, aniołowie, biskupi, Bóg, bałwochwalstwo, charyzmaty, cnoty, itd. a następnie dodaje się zwrot „w ujęciu J. Ratzingera/Benedykta XVI”.       Sam Ratzinger dość często powoływał się na dokonania innych teologów a także pisał prace referujące czyjeś poglądy (np. Świętego Bonawentury teologia historii). Jednak, generalnie rzecz ujmując, pisał samodzielnie i oryginalnie. Karl Rahner jest jednak autorem, którego samodzielność jest uderzająca.

            Rahner nie tylko podejmuje konkretne tematy, ale pisze także o teologii jako takiej. Są to więc refleksje z zakresu meta-teologii. Pisze np. jakie postulaty wynikają dla teologii z dorobku Vaticanum II. Oto kapitalny przykład takich sugestii. Dotyczy sprawy fundamentalnej, bo decydującej o być lub nie być chrześcijaństwa. Dotychczas, niestety, przez teologię niepodjętej.

"W sytuacji, gdy Kościół pragnie zna­leźć drogę do współczesnego człowieka i nie zamierza być historycznym reliktem z (patrząc z perspektywy socjologicznej) dawnych czasów, stają przed nim całkowicie inne, o wiele bardziej fundamentalne pytania niż kwe­stia wysubtelnionej eklezjologii czy innych tematów, które były przedmio­tem refleksji Soboru. Te najnowsze pytania są zresztą równocześnie naj­starszymi i najbardziej fundamentalnymi dla chrześcijaństwa. W pierwszej kolejności pytanie o Boga, które wymaga odpowiedzi, uwzględniającej teo­logię ateizmu i niewiary. Chodzi tu o taki sposób pytania, który w jed­nolitym postawieniu problemu, odnoszącego się tak do wymiaru transcen­dentalnego, jak i uwzględniającego również rzeczywistą i całą istotę czło­wieka, równocześnie pyta o samego Boga, jak i o możliwość oraz praxis autentycznego doświadczenia Boga przez współczesnego człowieka, uwa­żającego, że Bóg nie „pojawia się" „w" świecie. […] Musi rów­nież przyjąć z powagą udrękę współczesnego człowieka wraz z jego - nie­właściwie interpretowanym - doświadczeniem „nieobecności Boga" oraz współcierpieć wraz z nim w wyniku tego doświadczenia. Teologia nie powinna w sposób abstrakcyjny jedynie na podstawie akcydentalnego charakteru skończonego bytu oraz formalnej transcendentalności Ducha wy­kazywać, że tego rodzaju doświadczenie charakteru akcydentalnego i trans­cendentalności zawiera już w sobie doświadczenie Boga. Musi bardziej przenikliwie pytać o to, gdzie i w jaki sposób współczesny człowiek może rzeczywiście doświadczać Boga, uświadamiając sobie przy tym szczerze i z dobrą wolą obiektywną naturę implikacji tego doświadczenia. Jedno­cześnie nie powinna ulegać rozpaczliwemu wrażeniu, że należy milczeć na temat tego, co ostatecznie nie sposób wyrazić słowami, dostrzegając „Boga" - w sposób niewypowiedziany - jedynie w ramach przykazania miłości bliź­niego, w odwadze działania na rzecz osobistej przyszłości albo też w uczci­wej akceptacji goryczy i absurdu istnienia." [Wybór pism, t.1, s. 34-35]

9 września 2014

            No to mamy już po Synodzie Biskupów, który odbędzie się w dniach od 5 do 19 października br. Będzie jeszcze końcowe orędzie a znacznie później papieska adhortacja. Czym będzie się różnić od „Familiaris Consortio” Jana Pawła II? Obawiam się, że nie będzie mi już dane porównać te dwa dokumenty.

P.S. I jeszcze jedno pytanko: ilu uczestników tego synodu porządnie przestudiowało „Familiaris Consortio”?

http://info.wiara.pl/doc/2152981.Kto-pojedzie-na-synod-ws-rodziny

10 września 2014

News, który przeczytałem, - szokuje. I potwierdza moje wczorajsze obawy.

„Pięciu kardynałów postanowiło wspólnie wystąpić w obronie nauczania Ewangelii i Kościoła o nierozerwalności małżeństwa. W październiku ukaże się ich wspólna książka, w której sprzeciwiają się propozycjom kard. Waltera Kaspera odnośnie dopuszczania do komunii rozwodników żyjących w związkach niesakramentalnych. Kard. Kasper przedstawił swoje poglądy w lutym na konsystorzu. Dyskusja na ten temat zdominowała wówczas obrady kardynałów, które pierwotnie miały dotyczyć duszpasterstwa rodzin.”

Powiedziałem sobie: ani nie kupię, ani nie zajrzę do książki Waltera Kaspera, która ma się ukazać w WAM-ie. Chociaż piszą o niej „fundamentalne dzieło”. Ale – I’m sorry, jak to mówią – czuję jakiś emocjonalny opór przed tym facetem, którego kiedyś wręcz podziwiałem. Purpurowa czapeczka bardzo negatywnie wpłynęła bowiem na stan jego umysłu.

http://kosciol.wiara.pl/doc/2153486.Kardynalowie-przeciw-komunii-dla-rozwodnikow

 11 września 2014

Przed wielu laty, jeden z naszych księży bardzo pragnął zostać proboszczem. Ponieważ był wikarym w Piekarach, w bazylice Matki Boskiej Piekarskiej uklęknął nabożnie przed obrazem i modlił się: „Matko Boska! Spraw, żebym już został proboszczem. To nie musi być wcale duża parafia. Wystarczy niewielka.”

Po jakimś czasie rzeczywiście otrzymał nominację proboszczowską w bardzo małej parafii. Wówczas jeszcze raz uklęknął przed obrazem i mówił: „Dziękuję Ci Matko Boska, że mnie wysłuchałaś, ale nie musiałaś brać mojej prośby tak dosłownie.”

2.

- Tusk musi odejść – błagał polski lud. I Tusk odszedł. I też niedobrze, bo dosłownie. Bo nie można doznać upojenia widokiem Tuska przegranego, upokorzonego. Bo zwycięstwo nie będzie mieć tak rozkosznego smaku. Dlatego trzeba stworzyć mit Tuska zdegradowanego. Bo przecież stanowiska w zgniłej Unii obsadza się największymi patałachami. Im większy patałach, tym wyższe stanowisko.

12 września 2014

Od jakiegoś czasu popularność zdobywa tzw. dialog motywujący. Korzystając z wstępnej definicji, można go określić jako „oparty na współpracy styl prowadzenia rozmowy, służący umocnieniu u osoby jej własnej motywacji i zobowiązania do zmiany.” [s.32] Ostatnio ukazał się polski przekład trzeciego wydania podręcznika, napisanego przez twórców owej nowej metody działania terapeutycznego. Chciałem jednak najpierw zobaczyć jak ta praca wygląda; czy nadaje się do czytania przeze mnie i o co w ogóle w tym wszystkim chodzi.

Niestety, egzemplarz w Bibliotece Śląskiej był wypożyczony i musiałem czekać na swoją kolejkę prawie dwa miesiące. Gdy otrzymałem upragnioną lekturę, ze zdumieniem stwierdziłem, iż na książce brak jakichkolwiek śladów korzystania z niej przez poprzedniego czytelnika.  Książka ma miękką okładkę, nie jest szyta tylko dość licho klejona, więc niepodobna, żeby ktoś ją czytał bez pozostawienia jakichkolwiek śladów.

Zajawa na tylnej okładce brzmi przekonująco: "Książka stanowi obowiązkową lekturę dla specjalistów  reprezentujących różne dziedziny opieki zdrowotnej, m.in. terapeutów uzależnień, psychologów klinicznych, psychiatrów, pracowników socjalnych, terapeutów rodzinnych, doradców, pielęgniarek, lekarzy i edukatorów medycznych." Co więc sprawiło, że ktoś zamawia w bibliotece tego rodzaju pozycję, trzyma ją u siebie przez kilka tygodni i oddaje z powrotem bez czytania. Czy nie zniechęciła go jej objętość?

Ale zdziwił mnie jeszcze  jeden szczegół. Chociaż książkę, której podtytuł brzmi "Jak pomóc ludziom w zmianie", zaleca się tak szerokiemu gronu różnych zawodów niosących pomoc potrzebującym pacjentom (patio-cierpię), nie ma w niej żadnej sugestii, że może być także pomocna duszpasterzom. Dopiero w samym korpusie książki znalazłem słowo „duchowni”. I na odwrót: nie spotkałem jakichkolwiek publikacji wspominających o próbach zastosowania tej metody działania w różnych sytuacjach oddziaływania duszpasterskiego. A przecież można by, trawestując powyższą reklamę, powtórzyć: Książka stanowi obowiązkową lekturę dla duszpasterzy: spowiedników, katechetów, kapelanów szpitalnych i więziennych, i różnych recydywistów.

13-14 września 2014

            Muszę sprostować stwierdzenie zawarte w ostatnim akapicie wczorajszego zapisu. Znalazłem bowiem w końcowej części „Dialogu motywującego” [=DM] wyraźną zachętę do wykorzystania tej metody działania w działaniach duszpasterskich: DM „może być także przydatny wewnątrz organizacji wyznaniowych. Większość religii światowych ukazuje przykład tego, co znaczy wieść dobre życie, i zachęca ludzi, aby dojrzewali do pewnych zasad i  wartości. Oparte na dowodach metody pomagania ludziom w zmianie mogą być jednak lekceważone w tych kontekstach, częściowo z powodu wzajemnej podejrzliwości między psychologią a religią. W kulturach, w których religia ma zasadnicze dla tożsamości osobistej i społecznej, za pośrednictwem organizacji wyznaniowych można owocnie działać na rzecz zmiany zachowań  zdrowotnych. Skoncentrowany na osobie styl komunikowania się z pewnością może być praktykowany w kontekstach religijnych, a DM jest często zgodny z religijnym rozumieniem natury człowieka.” [W.R. Miller, S. Rollnick, Dialog motywujący. s.451]

            Oczywiście, że deklaracja autorów nie rozstrzyga w najmniejszym stopniu o przydatności DM w duszpasterstwie. Trzeba mu się – po prostu – uważniej przyjrzeć.

2.

            Wczoraj zacytowałem wstępną definicję DM. Dziś przytoczę inną, też jeszcze dość ogólną, ale ukazującą pewien znamienny aspekt. „DM to skoncentrowany na osobie sposób pomagania w odniesieniu do powszechnego problemu ambiwalencji wobec zmiany” [s.44] Zestawię oba te określenia, dla podkreślenia ich pewnej odmienności.

„oparty na współpracy styl prowadzenia rozmowy, służący umocnieniu u osoby jej własnej motywacji i zobowiązania do zmiany.”

„skoncentrowany na osobie sposób pomagania w odniesieniu do powszechnego problemu ambiwalencji wobec zmiany”

            W drugim określeniu pojawia się pojęcie „powszechnego problemu ambiwalencji wobec zmiany”. DM jest bowiem metodą pomocy w sytuacji owej „ambiwalencji wobec zmiany”. Trzeba więc zająć się tym pojęciem.

3.

[…] „większość ludzi, którzy potrzebują zmiany, ma do tego stosunek ambiwalentny. Dostrzegają oni zarówno po­wody do zmiany, jak i powody, aby tego nie robić. Jednocześnie chcą i nie chcą się zmienić. Jest to normalne ludzkie doświadcze­nie. Prawdę mówiąc, to także zwykły element procesu zmiany, krok prowadzący w jej kierunku. Jeśli odczuwamy ambiwalencję, jesteśmy o krok bliżej do zmiany.

Są także ludzie, którzy potrzebują zmiany (przynajmniej w oczach innych), ale sami dostrzegają niewiele powodów, żeby to zrobić, albo nie dostrzegają ich wcale. Być może są zadowoleni z istniejącego stanu rzeczy lub w przeszłości próbowali dokonać zmiany i zrezygnowali. W ich przypadku rozwinięcie ambiwalencji wobec zmiany byłoby krokiem naprzód!

Ambiwalencja jest jednak zdecydowanie najczęstszym powodem impasu na drodze do zmiany. Większość ludzi, którzy palą, za dużo piją lub za mało się ruszają, dosko­nale zdaje sobie sprawę z negatywnych skutków swego zachowa­nia. Ludzie po przebytym zawale serca na ogół świetnie wiedzą, że powinni rzucić palenie, regularnie ćwiczyć i zdrowiej się odżywiać.[…] [s.25]

Ambiwalencja to jednocześnie chcenie i niechcenie czegoś albo pragnienie dwóch sprzecznych z sobą rzeczy. Jest ona częścią natury człowieka od zarania dziejów.[…]

Jest coś osobliwie przyciągającego w ambiwalencji, mimo że może to być także nieprzyjemny stan. Ludzie mogą w nim utknąć na długi czas, wahając się między dwiema możliwościami, dwie­ma drogami lub dwoma związkami. Zróbmy krok w jednym kie­runku, a druga możliwość zaczyna wyglądać atrakcyjniej. Im bliżej znajdujemy się jednej możliwości, tym bardziej widoczne stają się jej wady, a jednocześnie wzywa nas tęsknota za tą drugą. Typowy wzorzec wygląda tak, że myślimy o powodach do zmiany, następ­nie zastanawiamy się nad powodami do niedokonywania zmiany, a potem przestajemy o tym myśleć. Sposobem na przezwyciężenie ambiwalencji jest wybranie jakiejś drogi i podążanie nią, stałe trzy­manie się obranej ścieżki.[s. 26]

15-16 września 2014

Kartkuję „Dialog motywujący” Millera i Rollnicka. Kształt owego dialogu wyznacza ambiwalencja. Z jednej strony domaga się zajęcia odpowiedniej postawy, by pomóc „klientowi” ją zwyciężyć. Z drugiej – pewnego programu działania, by podtrzymać go w dokonanym wyborze. Aby lepiej zrozumieć sugerowane przez autorów rozwiązania, trzeba wnikliwie przyjrzeć się ewent. procesowi wychodzenia z sytuacji owej ambiwalencji. Stąd jeszcze jeden cytat.

„Zastanówmy się teraz nad tym, co się dzieje, kiedy osoba przeżywająca ambiwalencję spotyka się z osobą pomagającą, która ma odruch naprawiania. Osoba doświadczająca ambiwalencji jest już dobrze zaznajomiona z argumentami przemawiającymi za zmianą i przeciwko niej. Naturalnym odru­chem osoby pomagającej jest podjęcie „dobrej" strony argumenta­cji - wyjaśnienie, dlaczego zmiana jest ważna, i doradzenie, jak jej dokonać. W rozmowie z osobą uzależnioną od alkoholu osoba pomagająca mogłaby powiedzieć: „Ma pan poważny problem z piciem i musi pan przestać". Wyobrażona odpowiedź brzmi: „Och, rozumiem. Po prostu nie zdawałem sobie sprawy, że to jest tak poważne. W porządku, to właśnie zrobię!". Bardziej prawdopodobnaodpowiedź jest jednak taka: „Nie, nie zrobię tego".[…]

Prawdopodobne jest jednak, że osoba ta już słyszała „dobre" argumenty, nie tylko od innych, ale także od jakiejś wewnętrznej instancji. Ambiwalencja jest trochę jak posiadanie w umyśle jakiegoś komitetu, którego członkowie nie zgadzają się co do odpowiedniego sposobu działania. Osoba pomagająca, która podąża za odruchem naprawiania i przedstawia argumenty za zmianą, staje po stronie jednej frakcji w takim wewnętrznym komitecie.

I co się dzieje potem? […] Jeśli będziemy przytaczać argumenty na rzecz jednej strony, osoba przeżywająca ambiwalencję prawdopodobnie podejmie rękawicę i zacznie bronić przeciwnego stanowiska. Niekiedy określa się to jako „zaprzeczanie", „opór" lub „opozycyjność", ale w tego rodzaju reakcjach nie ma nic patologicznego. Należy to do natury ambiwalencji i debaty.” [s.26-27]

17 września 2014

                Chciałem kontynuować notatki z lektury „Dialogu motywującego”. Jednak parę dni temu doszło do pewnego incydentu, który odsłonił istnienie szerszego problemu. Myślę, że trzeba się nad nim zatrzymać, bo ma – według mnie – istotne znaczenie dla ewangelizacyjnej postawy Kościoła. Zacznę więc ab ovo.  

1.

                Internetowy Dziennik Katolicki (13.09) relacjonował przebieg spotkania z cyklu „Dialogi w katedrze”, jakie co miesiąc odbywają się w Łodzi. Prowadzi je abp Marek Jędraszewski. Pierwszy akapit był dla mnie dość dziwaczny. „Ateizm odbiera prawdę, poczucie sensu istnienia, prawdę dlaczego warto cierpieć, poświęcać się i mimo tylu trudności żyć - podkreślił abp Marek Jędraszewski. Pierwsze po wakacjach cykliczne spotkanie z metropolitą łódzkim z cyklu „Dialogi w Katedrze” poświęcone były ateizmowi. Gospodarz spotkania mierzył się m.in. z opiniami, że „wiara to największe kłamstwo, jakie kiedykolwiek wymyślił człowiek" i że „człowiek jest bestią”.

                W dalszym ciągu abp Jędraszewski miał mówić: „ateizm jest problemem wtórnym wobec teizmu, bo najpierw jest Bóg, a dopiero potem człowiek, który stwierdza, że Boga nie ma. "Ateiści twierdzą, że to religia ogranicza wolność, myślenie, rozum i racjonalne spojrzenie na świat. A przecież to właśnie religia zachęca do tego, by wiarę pogłębiać intelektem. Wiara wręcz domaga się intelektu" - podkreślił metropolita łódzki przypominając, że pierwsze uniwersytety były zakładane przez Kościół. Gospodarz spotkania wskazywał, że ateizm nie jest pogłębieniem duchowości, lecz ograniczeniem się do pustki, której symbolem może być pudło, w którym człowiek zamyka się przed Bogiem i stworzonym przez niego światem. Dlatego, jak dodawał, nie można czysto i prawdziwie patrzeć na świat nie wierząc w Boga, bowiem to On jest źródłem prawdy.”

            Przyznać trzeba, że tego rodzaju slogany pojawiają się jeszcze w kazaniach wiejskich kaznodziejów, ale w ustach tak wytrawnego filozofa, jakim jest Marek Jędraszewski (MJ), zabrzmiały szokująco.

2.

                Najpierw dwa słowa o MJ oraz incydencie, jaki miał miejsce w katedrze łódzkiej. Otóż MJ był przez wiele lat profesorem filozofii na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu. Był redaktorem naczelnym rocznika „Filozofia Chrześcijańska” To on zredagował w 2006 roku okolicznościowy numer owego pisma poświęcony Emmanuelowi Levinasowi. Przypadała wówczas setna rocznica jego urodzin (1906-1995). Recenzentem tomu był ex-zakonnik Tadeusz Gadacz, reprezentujący Polską Akademię Nauk. Sam MJ umieścił w tomie trzy artykuły, w tym obszerne, liczące ponad 50 stron opracowanie „Interior intimo meo. Św. Augustyn i Emmanuel Levinas o Bogu i o człowieku”. Przejrzenie tego tomu uświadamia każdemu, że szastanie zwrotami, jakie przytoczył IDK, nieco zaskakuje.

                „Tygodnik Powszechny” skomentował wydarzenie następująco: Warto doceniać starania łódzkiego hierarchy. „Dialogi w katedrze” to dobry pomysł na formację duszpasterską i dowód, że kościół to właściwe miejsce na dialog. Jednocześnie ciągle musimy stawiać sobie pytanie o sposób w jaki traktujemy w Kościele ludzi niewierzących, wątpiących i poszukujących. I czy Kościół rządzi się prawami dialogu i miłosierdzia czy raczej publicystyki i konfrontacji światopoglądowej.”

3.

            Koniecznie trzeba dodać, że wszystko to przebiegało tragikomicznie. „Gazeta Wyborcza” zamieszcza 20 zdjęć owego „dyskutanta”. Wygląda na myślącego inaczej. A poza tym: jak to się stało, że na miejscu wydarzenia zjawił się fotoreporter z „Agencji Gazeta”? Wygląda mi na to, że cały incydent został z premedytacją wyreżyserowany. MJ nad sytuacją nie zapanował. Zapomniał, że katedra to nie sala uniwersytecka. Może do niej wejść każdy, a nie tylko studenci, którzy muszą u niego zdać egzamin. Dlatego napastliwych pytań nie zadają. MJ poniosło, więc wyrzucił z siebie stertę sloganów, które nijak się mają do jego subtelnych analiz myśli Heideggera i Levinasa.

4.

            Warto pomyśleć: co my mówimy oficjalnie a co tkwi w naszej głębi. Każdy, kto testuje naszą wiarygodność, będzie prowokował do ujawnienia naszej głębi.

Linki do tomów „Filozofii Chrześcijańskiej” i zdjęć z „GW” Nawiązuję do tomu 3(2006).

http://www.filozofiachrzescijanska.amu.edu.pl/archiwum.php

http://lodz.gazeta.pl/lodz/51,35153,16634526.html?i=0

18-19 września 2014

Proszę, proszę. Katechetka będzie kierować wywiadem i kontrwywiadem. To może ja bym się zgłosił – na przykład – na wiceministra obrony narodowej? A skoro nie znam języków, mógłbym też zostać ministrem spraw zagranicznych.

           Kiedyś facet po teologii był szefem śląskich kolei. I wykoleiły się. Zobaczymy jak skończy nasz kontrwywiad.

2.

        Myślę, że uspokoiłem tych, którzy dodzwaniali się do edenu, pytając o termin mojego pogrzebu. Byli też tacy, którzy dopytywali o mój testament. Gdy dowiedzieli się, że rozkwitam – wpadli w depresję.

3.

                Zaniedbuję się w pisaniu, ponieważ uczestniczę w tajnej misji. A skoro w tajnej, to nie mogę o tym pisać. Będzie natomiast o dialogu motywującym. Ale o tym jutro.

20 września 2014

„Zbyt często czyste sumienie jest tylko rezultatem marnej pamięci.

21 września 2014

            „Spójrzcie na tych, którzy pragną żyć dobrze, którzy postanawiają żyć dobrze, ale nie tak bardzo umieją znosić zło, jak czynić dobro. Tymczasem siła chrześcijanina to nie tylko czynienie dobra, ale także znoszenie zła. Ci zatem, którzy zdają się być gorliwymi w czynieniu dobra, lecz nie umieją ani nie chcą znosić pojawiających się cierpień, należą do ludzi słabych.”    [Św. Augustyn, z dzisiejszego brewiarza]

22 września 2014

          „Wiara to zrobienie pierwszego kroku, nawet gdy nie widzimy całej drogi.”

                                                                       [Martin Luther King]

23 września 2014

            Swego czasu sporym zainteresowaniem cieszył się YOUCAT – katechizm dla młodych. Szkoda, że u nas o nim jakby zapomniano, bo był chyba znacznie lepszą alternatywą niż „Kompendium Katechizmu”. Ale serię wydawniczą kontynuowano i dwa lata temu wydano (po polsku) YOUCAT - modlitewnik młodych. Tam zaś znalazłem modlitwę, której autorem jest Błażej Pascal. Wiedziałem, że długo chorował (chociaż żył krótko, bo zaledwie 39 lat), ale nie wiedziałem o tej modlitwie. Pomijając stan zdrowia, pokazuje kondycję człowieka, który ni stąd ni zowąd ma sporo wolnego czasu.

Panie, mam czas. Dużo czasu.

Gdy byłem zdrowy, myślałem,

że wspaniale byłoby mieć dużo czasu.

A teraz mam czas z konieczności.

Ale te godziny i dni

są dla mnie czasem innego rodzaju.

To czas na myślenie i czas zadumy,

czas zadawania pytań i wyrzutów sumienia.

Tak wiele myśli przechodzi mi przez głowę.

Panie, potrzebuję Cię:

Zachowaj moją pewność i moje zaufanie,

że jesteś dobry dla nas, swoich dzieci.

Bądź naszym Bogiem w radości i cierpieniu. Amen.

                                               [Blaise Pascal (1623-1662)]

24 września 2014

            Żydzi obchodzą święto Nowego Roku. Jest to pamiątka stworzenia człowieka. Portale kościelne powtarzają za „Gazetą Wyborczą” jakieś mdłe interpretacje. Natomiast na stronie „Forum Żydów Polskich” wyjaśnienie jest dość jednoznaczne: „Jest to święto upamiętniające zakończenie Boskiego aktu stwórczego, a dokładnie jego szósty dzień, w którym stworzony został człowiek.[…] Pierwszą ważną sprawą jest fakt, że nie jest to upamiętnianie stworzenia świata w sensie fizycznym – galaktyk, gwiazd, planet, oceanów, zwierząt, ale pojawienia się istoty ludzkiej. Oznacza to, że właśnie dopiero stworzenie człowieka – jedynego dzieła Boga uczynionego „według istoty Boga” – dopełniło świat czyniąc go ukończonym i sensownym. Dlatego Rosz Haszana – pierwszy dzień miesiąca tiszri, rozpoczynający kolejny rok w historii świata, jest w rzeczywistości rocznicą przypadającą o pięć (metaforycznych) dni (epok stwarzania) później, niż ustanowione zostały podstawy świata materialnego.”

            Mimo wszystko jest w tym wyjaśnieniu jakieś rozdarcie. Z jednej strony mówi się, że jest to rok 5775 od stworzenia człowieka. Z drugiej, że „ jest w rzeczywistości rocznicą przypadającą o pięć (metaforycznych) dni (epok stwarzania) później, niż ustanowione zostały podstawy świata materialnego.” Żydzi uświadamiają sobie, że sześciu dni stworzenia nie można rozumieć literalnie. Przeczy temu stanowisko nauk przyrodniczych. Z drugiej mówią o konkretnej liczbie lat, jakie upłynęły od stworzenia człowieka. Wynika z takiego ujęcia iż w dalszym ciągu dosłownie przyjmują wszystkie biblijne  dane dotyczące np. długości życia poszczególnych patriarchów. Ignorują tym samym stanowisko antropologii, które określa pojawienie się homo sapiens sapiens na ok. 50 tysięcy lat.

http://www.fzp.net.pl/swieta-zydowskie/kalendarz-swiat-na-rok-2014-5774-5775

25 września 2014

            Wczoraj pisałem o niekonsekwencjach w żydowskiej interpretacji Biblii. Ale my też mamy podobne problemy, których teolodzy albo nie zauważają albo je ignorują. W domniemany sposób nadal przyjmuje się, że grzech pierworodny pierwszych rodziców miał miejsce około 4 tysiące lat przed Chrystusem. Zaraz po nim zaczęła się historia zbawienia, sfinalizowana przez Chrystusa.

            Widać to w IV modlitwie eucharystycznej: „A gdy człowiek przez nieposłuszeństwo utracił Twoją przyjaźń, nie pozostawiłeś go pod władzą śmierci. W miłosierdziu swoim pospieszyłeś z pomocą wszystkim ludziom, aby Ciebie szukali i znaleźli.”

            Jeśli uwzględnimy owe 50 tysięcy lat homo sapiens sapiens, wówczas zdecydowanie większość ludzkiej historii jawi się właśnie „pod władzą śmierci”. Sama zaś pomoc „wszystkim ludziom, aby Ciebie szukali i znaleźli” jakby nie zaowocowała.

26 września 2014

            Zmiana premiera była doskonałą okazją do uporządkowania sytuacji personalnej w rządzie. Tymczasem pani Kopacz zaskoczyła nas nominacjami zdumiewającymi. Świadczą, iż podstawowym kryterium doboru nie są kwalifikacje. Najbardziej wymowna była reakcja p. Bieńkowskiej na zaistniałą sytuację w jej resorcie. Sama pani premier popisała się też dość osobliwym rozumieniem sytuacji międzynarodowej. A na dokładkę bulwersujące odprawy ze spółek Skarbu Państwa.

            Jeszcze nie usłyszeliśmy expose nowego premiera a rząd już zdążył się skompromitować. Tak więc wybory samorządowe mogą przynieść zaskakujące wyniki.

2.

            Jakiś czas temu pisałem, że wydawnictwo WAM, które wydaje wszystko bez składu i ładu, doszło do jakiegoś punktu krytycznego. Zaczęli więc ogłaszać wyprzedaże przecenionych pozycji. Teraz kolejna przecena książek z zakresu filozofii, która ma trwać przez tydzień. Jeśli zajrzymy na stronę wydawnictwa i dotrzemy do interesującej nas pozycji, możemy ją zamówić po obniżonej cenie. Jednak tylko swoim klientom WAM udostępnił wykaz wszystkich (prawie 100) promowanych tytułów.

http://e.wydawnictwowam.pl/promocje/?Page=promocja&Id=Filozofia_w_dobrej_cenie_30_taniej&utm_source=FreshMail&utm_medium=email&utm_campaign=fm_Katarzyna%20Pytlarz-Newsletter%20wrzesie%C5%84%202014

27 września 2014

            Sprawa abpa Wesołowskiego nabrałaby może nawet charakteru kabaretowego. Bo zebrać w komputerze 100 tys. zdjęć na jeden temat (w tym wypadku pornografia dziecięca), to osiągnięcie samo w sobie niebywałe. Nawet przejrzenie czegoś takiego wydaje się wręcz niewykonalne. Najsmutniejsze jest to, że jest to ambasador Papieża w tylu krajach. Chyba dziesięciu. I w Azji i w Afryce i Ameryce. Czy jakiekolwiek państwo w taki sposób mianuje swych ambasadorów? Czy Wesołowski znał chociaż trochę język narodów, do których był posłany? Czy znał problemy Kościoła w tych państwach? Więc dlaczego przeskakiwał z miejsca na miejsce? Kto o tym decydował? Czy nie jest jednak prawdziwa powracająca opinia o mafii pedofili i gejów?

28 września 2014

            Już dwu zaglądaczy zapytało mnie o książkę „Dialog motywujący”. – Zacząłeś zachwalać i zamilkłeś – powiadają. – Przepraszam – odpowiadam. – Nie zachwalałem, tylko omawiałem.

Teraz jednak zauważyłem, że książka w Bibliotece Śląskiej zniknęła. Na moim koncie jej nie ma. Wypożyczyć nie można. W bazie danych widnieje tylko notka, że czas oczekiwania na odbiór (przeze mnie) minął. Zaś w katalogu informacja, że znajduje się w wypożyczalni. Bardzo jestem ciekaw jak w bibliotece zareagują, gdy przyniosę im książkę, której mi nie wypożyczyli. I czy nie będę mieć jeszcze jakichś z nią problemów. Ale ad rem.

2.

            „Dialog motywujący” uczy metody pomagania klientowi, który zmaga się z swoim problemem. Jest to stan tzw. ambiwalencji. Z kolei, jeśli już z niego wydostanie się – jak go na drodze zmiany (np. nawrócenia) podtrzymać. Autorzy wskazują na cztery procesy: angażowanie, ukierunkowywanie, wywoływanie i planowanie. Są to nie tyle poszczególne etapy od siebie oddzielone, co raczej fazy, które mogą na siebie zachodzić. Autorzy omawiają je dość szczegółowo, podpowiadając rozmaite rozwiązania. W sumie poświęcają tej sprawie ponad 300 stron.

            Gdybym był 20 lat młodszy, zająłbym się tym zagadnieniem. Sądzę, że mógłbym się jeszcze nauczyć czegoś przydatnego w duszpasterstwie. Ale teraz? Nawet ze śmiercią nie zamierzam prowadzić dialogu motywującego. –Czyń Aśćka swą powinność – powiem jej, gdy się zjawi.

P.S. Ale to przecież też już będzie dla niej motywujące!

29 września 2014

            Muszę coś zrobić z dwiema skrzyniami artykułów z czasopism, fragmentów książek i własnych notatek. Skoro nie przeczytałem tego dotychczas, trzeba będzie sukcesywnie wyrzucać. Albo wpisać do notesu, bo niektóre z nich wcale nie są głupie.

2.

            „Doprawdy, nie ma tak absurdalnego poglądu, którego by ludzie nie przyjęli jako własny, o ile tylko potrafi im się wmówić, że pogląd ten został przyjęty przez ogół.”

                                                                                  [Artur Schopenhauer, Erystyka]

3.

            „Ja mam taki zwyczaj, że co cztery lata uczę się czegoś nowego. Jeszcze teraz, jak mam 85 lat też się uczę – polecam to młodym. Dwa lata temu zacząłem uczyć się egiptologii, już teraz mogę czytać hieroglify itd.” [Józef Maria Bocheński OP]

4.

            Ponad 30 lat temu (1982r.) ukazała się książka Lucjana Cheneviere, zatytułowana Rozmowy o milczeniu. Później wznawiano ją i jeszcze do niedawna była osiągalna. Składa się z dwu mniejszych części. Znalazłem notkę streszczającą wskazania zawarte w pierwszej z nich (Bramy milczenia):

1.Uciszaj hałas wewnętrzny wywołany przez:

a. wspomnienia

b. ciekawość

c. lęki

2. Oddalaj wewnętrzne dyskusje

3. Zwalczaj wewnętrzne obsesje

4. Odrzucaj troskę o siebie samego

a. nie narzekaj na trudności swego życia

b. nie przeceniaj swoich cierpień ani swych ofiar

c. nie „kokietuj” własnej duszy

[L. Cheneviere, Rozmowy o milczeniu. Kraków 1982, s. 25-48 (Bramy milczenia)]

30września 2014

            Byłem wożony. Prawda, że zwrot jest bardzo zgrabny? Tak więc byłem wożony i pstrykałem. Jednak wszystkich rezultatów nie mogę zaprezentować z trzech powodów. 1. Nie będę upubliczniał zdjęć uczestników wyprawy; 2. Do notesu nie mogę wklejać fotek, które mają 1MB lub więcej. W praktyce muszą mieć sporo poniżej 1MB, żeby strony nie zablokować; 3. Lubię pstrykać w pionie, ale w takim układzie sporo fotografii źle się kadruje w notesie. Wstawiać więc będę pojedyncze pstryki.

2.

Pierwszym celem była Przeprośna Górka. Zainteresowanych zachęcam do wystukania na goglach hasła i obejrzenia bardzo dużego zestawu zdjęć. Przy nich moja fotka wygląda wręcz siermiężnie. Ale mam przecież głównie pamiątkowe ujęcia uczestników.

Strona sanktuarium: http://www.sanktuarium.opw.pl/nowa/index.php

Dzisiaj jest

czwartek,
18 grudnia 2014

(352. dzień roku)

Święta

Tydzień modlitw o życie chrześcijańskie rodzin

Imieniny:
Bogusława, Gracjana

Zegar

Wyszukiwanie