1 lipca 2014

            „Zagadnienie opatrzności Bożej jest jedną z najbardziej złożonych kwestii teologicznych, których nie da się podjąć bez filozofii, bez metafizyki i bez antropologii. Jestem również przekonany, że współczesne rozważania nad opatrznością nie są możliwe bez nauk opisujących świat, czyli bez teologii przyrody — zwłaszcza jeśli chcemy, by były to rozważania na poziomie zaspokajającym potrzeby ludzkiego rozumu. A przecież jest jeszcze wymiar eg­zystencjalny i religijny opatrzności Bożej. Ludzie wierzą, że jest ktoś, kto się o nich troszczy, kto się nimi opiekuje, do kogo moż­na zwrócić się o pomoc i wsparcie w najtrudniejszych chwilach życia. Dlatego modlą się i żyją nadzieją. Jeśliby nie było tej troski, tej opieki, której źródłem jest, jak wierzą, nieskończona miłość Boga Stwórcy do swojego stworzenia, czy wiara ta, której świa­dectwem jest modlitwa, nie byłaby próżna albo zbędna?” [s.9]

          W taki ponętny sposób rozpoczyna swą książkę Dariusz Łukasiewicz zatytułowaną „Opatrzność Boża, wolność, przypadek. Studium z analitycznej filozofii religii”. Została wydana w serii „Wykłady Otwarte z Teologii Naturalnej im. J.M. Bocheńskiego OP” Termin „teologia naturalna” oznacza refleksję o Bogu, bez odwoływania się do objawienia. Oczywiście, absolutna izolacja jest nierealna. Samo pojęcie „opatrzność Boża” jest inspirowane objawieniem. Chodzi jednak o to, by posługując się rozumem szukać odpowiedzi na pytanie „w jaki sposób możliwa jest opatrzność Boża w świecie, w którym żyjemy, w świecie, który poznajemy dzięki dostarczanemu przez naukę współczesną opisowi i dzięki własnemu doświadczeniu, a także o to, jakiego rodzaju może być ta opatrzność.” [s.10]

2 lipca 2014

            Jest rzeczą oczywistą, że o Bożej opatrzności można dywagować na gruncie filozofii uznającej istnienie Boga, a więc w ramach teizmu. Autor opracowania, które wczoraj przywołałem, omawia cztery rodzaje teizmu i tym samym cztery koncepcje opatrzności Bożej: teizm klasyczny, molinizm, teizm otwarty i teizm probabilistyczny. Nie wiem czy takie rozróżnienie jest słuszne i wyczerpujące. Dlatego śledzę bezwiednie co ma do powiedzenia na temat każdego z wymienionych typów myślenia teistycznego. Dodam tylko, że w ramach teizmu klasycznego rozróżnia teizm tomistyczny i anzelmiański. Ponadto w ramach teizmu probabilistycznego także wyróżnia dwie jego odmiany: teizm z ograniczoną wszechwiedzą Bożą i teizm z nieograniczoną wszechwiedzą Bożą. Ten ostatni akceptuje (przyjmuje) „istotne elementy anzelmiańskiej metafizyki Boga” [s.361].

            Typy omawianych wersji teizmu przedstawiają się więc następująco:

1.Teizm klasyczny

a. teizm  tomistyczny

b. teizm  anzelmiański

2.Molinizm

3.Teizm otwarty

4.Teizm probabilistyczny - teologia przypadku

a. teizm z ograniczoną wszechwiedzą Bożą

b. teizm z nieograniczoną wszechwiedzą Bożą - anzelmiańska wersja

       W zakończeniu swoich wywodów, autor wyraźnie wskazuje na preferowaną przez niego odmianę: „Anzelmiańska wersja teizmu probabilistycznego spełnia intuicję wolności pojętej indeterministycznie oraz jest zgodna z potocznym doświadczeniem wartości, w którym cierpienie jest złem i jest bytem. Probabilizm anzelmiański jest też zgodny z poczuciem, że zdarzają się na świecie zdarzenia bezcelowe, nieobjęte żadnym planem, oraz irracjonalne, niewytłumaczalne.” [s.362]

            Oczywiście, sympatie czy upodobania nie rozstrzygają o słuszności poglądu. Niemniej przyznaje: „Piszącemu te słowa probabilistyczny teizm anzelmiański wydaje się poglądem bliższym, z którym w jakimś sensie sympatyzuje, choć nie spełnia on, na przykład, potocznej intuicji czasu, nieuznającej tezy, że przyszłość jest równie realna jak przeszłość. Trudno jednak znaleźć nam w filozofii jakikolwiek ważny pogląd, który nie budziłby żadnych oporów lub za którego przyjęcie nie należałoby zapłacić pewnej ‘metafizycznej’ ceny”.[s.362]

        Po takiej deklaracji rodzi się wątpliwość: czy osobiste sympatie nie wpłynęły znacząco na sposób prezentacji poszczególnych koncepcji opatrzności Bożej? Zdarza się bowiem, że omówienia stanowisk filozoficznych przypominają parlamentarną charakterystykę opozycyjnej partii. Tego – jednakże – nie będę w stanie rozstrzygnąć.

3 lipca 2014

            Sam już nie wiem czy w Kościele nic nadzwyczajnego się nie dzieje albo też nasze portale katolickie zastygły. Wprawdzie lepsza cisza niż kolejna gorsząca afera, ale coś mi się wydaje, że powód jest bardziej prozaiczny. Po prostu: kryzys takich portali jak wiara.pl czy ekai.pl. Nuda iście wakacyjna.

2.

            Zaczynam czytać samego siebie. Sięgam do wpisów z końca 2008 i początku 2009 roku. I zarozumiale stwierdzam, że nie muszę się ich wstydzić. Usunąłem je z „notesu”, ponieważ ogromnie rozrastało się menu, a nie wierzyłem, żeby ktoś czytał starocie.

            Czytałem dziś notki ze stycznia 2009 roku i wynotowałem parę cytatów. Wsadziłem je do zakładki „Wypisy z archiwum”. Swoich dywagacji nie przepisuję, chociaż niektóre z nich, nie są najgłupsze. Pomimo upływu czasu. Jeśli ryzykujesz – kliknij: http://www.notes-ks-pietrzyka.parafia.info.pl/?p=main&what=28

4 lipca 2014

            Od jakiegoś czasu powtarzany jest zarzut, że religie monoteistyczne są źródłem przemocy. Koronnego argumentu dostarcza islam, ale przypomina się też takie sprawy jak wojny religijne czy inkwizycję. Temu zagadnieniu poświęcone były w ostatnich latach prace Międzynarodowej Komisji Teologicznej. Zaś ich owocem jest dokument zatytułowany Bóg Trójca, jedność ludzi. Monoteizm chrześcijański przeciwko przemocy”. Broszura niewielkiego formatu (11x18 cm) liczy sobie 120 stron. Biorąc pod uwagę ogromną posuchę na rynku teologicznym, opracowanie MKT zasługuje na uwagę. Doszukałem się spisu treści, który troszeczkę odsłania poruszoną problematykę. Dokument wydali sercanie (Dehon).

I. WĄTPLIWOŚCI DOTYCZĄCE MONOTEIZMU 1. Religijne doświadczenie bóstwa 2. Monoteizm i przemoc: związek konieczny? 3. Tolerancyjny politeizm? Wątpliwa metafora 4. Odpowiedzialność przypisywana naszej wierze

II.INICJATYWA BOGA NA DRODZE LUDZI 1. Przymierze z Bogiem przeznaczone dla wszystkich narodów 2. Chrześcijańskie rozeznanie dawnego objawienia 3. Praktykować miłość, strzec sprawiedliwości 4. Wiara w Syna przeciwko nieprzyjaźni między ludźmi

III. BÓG, ABY WYBAWIĆ NAS OD PRZEMOCY 1. Bóg Ojciec zbawia nas przez krzyż Syna 2. Pokonanie przemocy w Synu 3. Ciało człowieka przeznaczone do chwały Bożej 4. Nadzieja ludów – wiara Kościoła

IV. WIARA W KONFRONTACJI Z WIELKOŚCIĄ ROZUMU 1. Droga dialogu i węzeł ateizmu 2. Konfrontacja w kwestii prawdy o istnieniu Boga 3. Krytyka religii i naturalizm ateistyczny 4. Zaangażowanie rozumu: świat stworzony, Logos Boga 5. Boska transcendencja a relacje w Bogu jedynym i z Nim

V. ROZPROSZONE I ZGROMADZONE NA NOWO DZIECI BOŻE 1. Godność jednostki i więź łącząca wielu 2. Bóg wspiera dążenie do sprawiedliwości, otwiera na nowo nadzieję życia 3. Religijne oczyszczenie z pokusy panowania 4. Moc pokoju z Bogiem, misja Kościoła

5 lipca 2014

            Internet przeżywa ogromną przemianę. Gdy w 2007 roku rozpoczynałem pisanie „notesu”, blogów było stosunkowo niewiele. Pojawienie się strony prowadzonej przez starszego/starego księdza, zapełnianej codziennymi wpisami, przyjmowano z zaciekawieniem. Dziś ilość tzw. blogów wzrosła tak niepomiernie, że nie sposób zająć się którymkolwiek z nich. Nie tylko nie czytamy innych. Nie czytamy także samych siebie. Zredagowanie codziennego wpisu i „wklejenie” go na stronę zajmuje nieco czasu. I pochłania trochę sił. Na czytanie samego siebie brakuje chęci. Nawet wydaje się, że byłoby wręcz przejawem narcyzmu. Niemniej zmusiłem się parę dni temu do przeczytania wpisów ze stycznia 2008 roku.

            Po co więc pisać? Uzasadnieniem, które się broni, jest zabieg terapeutyczny. Sam fakt, że jeszcze potrafię zapisać parę zdań, które sprawiają wrażenie sensownych, poprawia samopoczucie. Fakt, że dziennie czyta je średnio 550 osób też nieco mobilizuje. To nie są dziesiątki czy setki tysięcy. To zaledwie pół tysiąca. Ale jako proboszcz nie miałem takiego codziennego „audytorium”.

2.

W moim notesie nie goniłem za skandalami. Jeśli jednak o jakiejś sprawie bębnił cały świat, lub przynajmniej cała Polska, nie widziałem powodu, by rżnąć głupa i milczeć. Bliskie było mi pytanie Norwida: „Czy ten ptak kala gniazdo, co je kala, czy ten, co mówić o tym nie pozwala?” Dopiero papież Franciszek zaprzestał nazywać czarny asfalt białym lakierem. Piszę o tym z powodu pewnego rozczarowania. Dziś bowiem agencje na całym świecie informują, że jeden z prałatów watykańskich zdefraudował ok. 2 miliony dolarów z konta rzymskiej bazyliki Matki Bożej Większej. Tej właśnie, do której kardynał Bergoglio wstępował zawsze, gdy był w Rzymie. Zaś owym defraudantem jest ksiądz, który przed laty zmienił mnie – jako wikarego – w jednej z naszych parafii. Przez pół roku sprawę trzymano w tajemnicy. Teraz wybuchła skandalem.

http://wiadomosci.onet.pl/swiat/watykan-proces-polskiego-ksiedza-bylego-zarzadcy-papieskiej-bazyliki/qx3n7

6 lipca 2014

            Wyczuwam nieraz nieprawdopodobną chęć osób tzw. trzecich do upowszechniania swoich poglądów w moim notesie. Mój notes ma jednak tę niezbywalną cechę, że jest moim. W moim prywatnym notesie piszę ja sam. W przeciwnym razie nie byłby notesem. Z drugiej jednak strony umieszczam w nim cytaty, streszczenia czyichś poglądów czy jeszcze inne ciała obce. W gruncie rzeczy są mi jednak bliskie i zarazem w pewnym stopniu niezbędne w normalnym rozwoju. Przecież tylko wówczas, gdy siedzimy na barkach olbrzymów, możemy widzieć dalej. Ale mimo wszystko to ja decyduję na czyje barki usiądę.

            Dziś poszedłem nieco dalej. Towarzyszowi niedoli zaproponowałem, żeby udostępnił mi swoją dzisiejszą homilię. Z trzech powodów: 1. z żalu, bo gdybym miał głosić, takiej bym nie powiedział; 2. XIV niedziela zwykła przypada w początkowym okresie kanikuły. Księża rozjeżdżają się na urlopy, łapie się celebransów na zastępstwa, upały każą nie przemęczać ludzi w kościele. W rezultacie, w atmosferze prowizorki i pośpiechu, powstaje zestaw sloganów, z których często nic sensownego nie wynika. W mojej pamięci nie przechował się żaden ślad homilii z niedzieli XIV roku A, która by mnie urzekła i pociągnęła. 3. Mam w głowie pustkę. Jest to pustka ontologiczna, niebyt. Dlatego mogę chyba zapełnić go tym, co mi się spodobało. No to poczekam nieco, bo mój kontrahent spóźnia się z swoim tekstem.

 7 lipca 2014

            Kazanie/homilia to gatunek oratorski. Czytanie tekstu homilii można porównać do czytania dramatu Szekspira. Dramatów nie czyta się. Dramaty ogląda się w teatrze. Tam istotną rolę gra scenografia, gestykulacja aktorów, intonacja głosu, kontakt z widzem i wiele, wiele innych spraw. Skoro jednak namówiłem mojego współtowarzysza niedoli, by udostępnił mi notatki swej homilii – więc je wklejam. Ale zaznaczam, iż kazań/homilii się słucha. Autorem tekstu jest ks. Gerard Syguda.

2.

„Łatwo było odczytać z lekcjonarza przeznaczone na dzisiejszą niedzielę Słowo Boże. Trudniej jednak powiedzieć coś od siebie, zwłaszcza mając przed sobą takie audytorium jak w tej kaplicy: proboszczowie, którzy przez kilka lat studiowali teologię, przez dziesiątki lat głosili homilie, kazania, katechizowali; profesorowie, którzy prowadzą wykłady dla studentów, mający na swoim koncie liczne publikacje. Czuję się jak na egzaminie z homiletyki. Co mam powiedzieć ? I tak zostanę poddany krytyce, nie tylko merytorycznej. Ale czy wam jest łatwo powiedzieć homilię lub kazanie według zasady: „niech ksiądz tam ‘COŚ’ powie”? Czy wiedza teologiczna ułatwia poznanie ‘tych spraw’ jak nazwane są one w dzisiejszej Ewangelii. Czy – przeciwnie – apologetyka, hermeneutyka, patrologia i traktaty ‘De Deo uno’, De Trinitate Dei’ De novissimis,’De gratia’, cały warsztat teologiczno – filozoficzny, rutyna kościelno-prawna, to nasze zawodowstwo nie jest czasem przeszkodą? Czy przypadkiem nie ogranicza nas w przyjęciu przesłania Ewangelii, które   j e s t   b a r d z o  p r o s t e. Można je pojąć duchem i nie na wiele się zda błyskotliwość i wykształcenie.

Dzisiejszy fragment Ewangelii św. Mateusza to bezcenna perełka. Pozwólcie że przytoczę ją we współczesnym przekładzie z języka greckiego: „Pan Jezus odezwał się: Panie nieba i ziemi, dziękuję Ci za to, że te sprawy zakryłeś przed mądrymi i uczonymi, a odsłoniłeś je ludziom prostym. Wiem Ojcze, że taka jest Twoja wola. Ojciec przekazał mi wszystko, bo tylko Ojciec zna Syna i tylko Syn zna Ojca oraz ten, komu Syn zechce Go objawić. Przychodźcie do mnie wy – ludzie zapracowani i przeciążeni – ja dam wam wytchnienie. Bierzcie na siebie tylko takie jarzmo, jakie ja dźwigam a nauczę was nosić je z pogodą ducha i bez skargi. Wtedy znajdziecie wytchnienie, bo to, czym ja was obciążam, udźwigniecie bez trudu.”

Bóg nie objawia się uczonym zadufanym we własną wiedzę a objawia się jednak maluczkim, którzy otwierają się na Niego z prostotą dziecięcą, świadomi własnej niewiedzy. To oni zostają dopuszczeni do tego najwyższego poznania, jakie ma miejsce między Jezusem a Ojcem Niebieskim, jakiego tylko Bóg może udzielić człowiekowi (… podobnie jak nikt nie zna Ojca, tylko Syn i ten, któremu On chce to objawić). ‘Maluczkim’ może być super profesor z rozległą wiedzą jeżeli potrafi stanąć w pokorze przed Bogiem. Wszystko zależy od tego, jaki użytek robimy z naszej wiedzy. Jeżeli pysznimy się nią, stajemy się podobni do tych ‘uczonych w Piśmie’ , którzy nie przyjęli Chrystusa i Jego Ewangelii.  Na pokusę pychy narażeni są zwłaszcza ludzie z dyplomami, uważający siebie za ‘kastę wybranych’,  za mądrzejszych od innych, gardzący innymi jako mniej wykształconymi  czy nieukami.

Chrystus powołuje na swoich uczniów ludzi prostych i nieuczonych, ponieważ oni wierzą Jego słowom i Jego cudom. Wydaje się, jakoby Bóg miał szczególne upodobanie w ludziach, którzy nie liczą się w świecie, czy są ‘wykluczeni’. Wystarczy przypomnieć sobie skład personalny grona apostołów. Święty Paweł, mimo  że sam był wykształcony napisał: „Jeżeli ktoś z was mniema , że jest mądrym na tym świecie, niech się stanie głupim, by posiadł mądrość. Mądrość  tego świata jest głupstwem u Boga.” (1Kor3,18 n)

Żywym komentarzem do słów Jezusa z dzisiejszej Ewangelii jest życie i dzieło św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Nigdy nie podejmowała żadnych studiów i nie miała czasu na zdobycie  bogatego doświadczenia życiowego. Ktokolwiek chce jednak wniknąć głębiej w modlitwę Chrystusa, powinien zapoznać się z jej życiem i pismami. Nie trzeba też obszernie przedstawiać św. Jana Marię Vianney’a, proboszcza z Ars. Nie wiedziałem , że w wieku lat 17 zaczyna naukę czytania i pisania. Z trudem skończył seminarium i został wyświęcony. A jaka mądrość tchnie do dzisiaj z jego kazań!

Tajemnica Boga nie jest owocem własnego rozumowania, nie dochodzi do niej błysk geniuszu. Tajemnica Boga jest Jego własnością. To  On sam zakrywa ją i odkrywa. Nie za zasługi naukowe, tytuły i wzorowe cenzurki. Nie nagradza inteligentnych, nie promuje mądrych. Swój dar objawia ludziom prostego serca –bo WIARA JEST ŁASKĄ. Tak jak bogaczowi trudno jest wejść do Nieba tak i tym, którzy zaufali tylko swojej mądrości trudno jest uwierzyć Bogu. Rozum może stawiać granice.

Po co więc były te kilkuletnie studia, po co mozolne lektury, obrona pracy doktorskiej, czy ciągle nowe publikacje naukowe, skoro Bóg objawia się prostaczkom, skoro tajemnice Jego można tylko pokornie przyjąć a nie przestudiować? Tego, co wchłonęliśmy przez wykłady i osobiste studia i lektury nie możemy tak po prostu schować do szuflady i zapomnieć, nie będziemy palić książek, które przeczytaliśmy.

Tomasz a Kempis radzi: „Każdy człowiek z natury pragnie wiedzy, lecz cóż warta wiedza bez bojaźni Boga? Niewątpliwie lepszy jest skromny wieśniak  służący Bogu niż dumny filozof , który o sobie nie myśląc bada ruchy ciał niebieskich[…] Gdybym wiedział wszystko, co można wiedzieć na świecie, a nie trwał w miłości, cóż by mi to pomogło w oczach Boga, który sądzić mnie będzie z tego , co uczyniłem. Ucisz w sobie nadmierną żądzę wiedzy, bo płynie z niej wielki niepokój i wielkie złudzenie. Uczeni pragną, aby ich widziano i chwalono, jacy to są mądrzy. […] Nadmiar słów nie nasyca duszy, ale dobre życie uspokaja umysł a czyste sumienie zbliża do przyjaźni Boga. O ile więcej i lepiej umiesz, o tyle surowiej będziesz sądzony, jeżeli życie twoje w tym samym stopniu nie będzie świętsze. Nie nadymaj się z powodu sztuki czy wiedzy lecz raczej lękaj się otrzymanej umiejętności. Jeśli zdaje ci się , że wiele umiesz i wiele rozumiesz, wiedz, że jest wiele więcej rzeczy, których nie wiesz […] O sobie samym niewiele mniemać a o innych zawsze jak najlepiej- to mądrość, to jest doskonałość”.

[O naśladowaniu Chrystusa, tłum.A. Kamieńska, rozdz. II]

8 lipca 2014

„Akt wiary nie może być irracjonalny. W przypadku czło­wieka myślącego musi być przygotowany przez pew­nego rodzaju ‘filozoficzne utorowanie drogi’, czyli przemyślenia o charakterze filozoficznym, które przy­najmniej usunęłyby bariery blokujące akt wiary i wyka­zywałyby jego rozumność. Wydaje się, że współczesna teologia i w ogóle myśl chrześcijańska zwraca mniej­szą uwagę na ten aspekt drogi do Boga, niż to czyniła teologia przedsoborowa. Efekt ten wzmacniają jesz­cze współczesne antyracjonalistyczne trendy. Tymcza­sem liczba odchodzących od wiary religijnej i obojęt­nych ustawicznie wzrasta, a więc problem racjonalnych aspektów aktu wiary powinien pozostawać w centrum uwagi chrześcijańskich myślicieli. Warto i w tym miej­scu podkreślić rolę tzw. naukowego obrazu świata. Dla wielu ludzi, zwłaszcza o wykształceniu ścisłym lub technicznych, jedną z największych przeszkód w zaakceptowaniu wiary religijnej jest jej obcość we współczesnym obrazie świata.”

[M.Heller, Sens życia i sens wszechświata. Kraków 2014, s. 68-69]

9 lipca 2014

„Nowa ewangelizacja wymaga nowego języka, nowych form i nowego zapału” –orzekł gładko i sprawnie jeden z naszych hierarchów. I ma rację. Świętą rację, bo mniej więcej ćwierć wieku temu – albo wcześniej – to samo mówił św. Jan Paweł II. Zaczynał wówczas mówić o „nowej ewangelizacji” i tak mniej więcej ją opisywał, aby słuchacze zrozumieli o co mu chodzi. Jeśli za następne ćwierć wieku nasi hierarchowie będą gładko i sprawnie orzekali, że „nowa ewangelizacja wymaga nowego języka, nowych form i nowego zapału”, to będę się w grobie przewracał.

Żeby nie opowiadać w nieskończoność utartych sloganów, zachęcam do przeczytania opracowanka red. Marcina Przeciszewskiego. http://ekai.pl/dossier/x80366/czym-jest-nowa-ewangelizacja/

10 lipca 2014

            Wczoraj w Sejmie było gradobicie. Dominująca teza: rząd Donalda Tuska jest skompromitowany i ośmieszony. Tylko jednego nie rozumiem: dlaczego w takim razie większość Polaków nie chce, żeby premierem był Jarosław Kaczyński? A gdyby tak zapytać o prof. Piotra Glińskiego: czy on cieszy się większym poparciem? Niezależnie jednak od preferencji, powstaje kolejne pytanie: z kim p. Kaczyński lub p. Gliński miałby uformować nowy rząd?

11 lipca 2014

            Zastanawiam się nad splotem wydarzeń, które można opatrzeć etykietą „sprawa prof. Chazana”. Przypominają mi się lekcje historii starożytnej z szkoły podstawowej. Była to chyba piąta klasa. Miałem 11 lat. W trakcie lekcji poświęconej Sparcie i wychowaniu spartańskiemu dowiedziałem się, że chore i kalekie dzieci zrzucano z wysokiej skały. W ten sposób pozbywano się uciążliwego problemu. Ta informacja wywołała u mnie jakiś wewnętrzny ból. Praktyka wydała mi się okrutna, nieludzka. Nic nie wiedziałem wówczas o aborcji i innych związanych z tym problemach moralnych. Dysponowałem wyłącznie odczuciem moralnym kilkunastoletniego dziecka. I to odczucie dalej noszę w sobie.

            Zadaję więc pytanie: czy można domagać się od lekarza, by uśmiercił dziecko tylko dlatego, że jest kalekie? Nawet jeśli jego szanse przeżycia są nikłe? Czy można posługiwać się przewrotnym argumentem, że lekarz miał obowiązek aborcji, bo dziecko (pacjent, patio = cierpię) cierpiało? Przecież cała praktyka lekarska dokonuje się w trakcie procesu zmniejszających się szans przeżycia poszczególnych pacjentów. Czy w takim razie lekarz miałby dokonywać eutanazji, ponieważ istnieją nikłe szanse przeżycia chorego? Czy cierpienie chorego jest usprawiedliwieniem zabójstwa? Więcej: czy można prawnie zmuszać lekarza do takiego czynu?

            Nie tak dawno cały świat rozpisywał się nad tragedią Schumachera. Dla wszystkich było rzeczą oczywistą, że jeśli nawet odzyska świadomość, pozostanie na całe życie kaleką. Po cóż w takim razie cała uporczywa terapia? Po cóż rehabilitacja, która może nie dać zadowalających rezultatów? Czy nie należało – posługując się tą dziwaczną filozofią – uwolnić Schumachera od cierpienia, na które skazany będzie przez całe życie?

            Hanna Gronkiewicz-Waltz podjęła taką decyzję jaką podjęła. Czy kierowała się sumieniem albo partyjnym strachem o stanowisko prezydenta Warszawy? Czy kiedyś czytała „Antygonę” Sofoklesa? Czy w ogóle rozumie co to znaczy kierować się poczuciem sumienia? Wyobraźmy sobie – czego jej bynajmniej nie życzę – że jej dziecko ulega tragicznemu wypadkowi samochodowemu. Jego ciało jest pokiereszowane. Twarz zdeformowana, czaszka poważnie uszkodzona. Czy w takiej sytuacji oczekiwałaby od lekarza, że skróci cierpienie jej dziecka i uśmierci je?

12 lipca 2014

            Mieliśmy w polityce tydzień bezsensownych i bezproduktywnych działań. Wszyscy (pomijając idiotów) wiedzieli, iż sejmowy kabaret nie da żadnych efektów. Ale kto tylko mógł, szedł w zaparte. Dobrze, że główni gracze pozamykali w kojcach swoich rottweilerów: Maciarewicza i Niesiołoskiego. I żałuję, że nie doszło do przyspieszonych wyborów. Pozbylibyśmy się Palikotów, Ziobrów, Gowinów i Korwin- Mikkego. Ten ostatni bowiem po ostatnim mordobiciu też już jest skompromitowany. Natomiast PiS mógłby po zwycięskich wyborach przejąć rządy w koalicji z SLD (lub PSL, gdyby przeszło).

Przy okazji p. Pawlak wykorzystał okazję, by swoim partyjnym kolegom uświadomić, iż jest najbardziej kompetentnym politykiem w ich ugrupowaniu. Ponieważ Piechociński  słupków poparcia dla PSL nie podniósł, Pawlak zabrał się do kolejnego przejęcia steru.

2.

            Wydawcy wiedzą, że nie warto podczas wakacji wypuszczać na rynek nowości. Do połowy września pójdą w zapomnienie. Jedynie kościelne oficyny rozsyłają reklamówki dokąd tylko można i zachęcają do hurtowego zakupu katechizmów. W efekcie w każdej diecezji mamy jedyne najlepsze i najnowocześniejsze podręczniki do nauki religii. Zastanawiałem się jak wyglądałby protest, gdyby ktoś chciał wprowadzić jednolity podręcznik i na dokładkę za niego zapłacił.

3.

            Sezon ogórkowy. Od tygodnia piszą o wynikach ostatniego liczenia wiernych w kościołach. Jedni piszą: coraz mniej. Drudzy: coraz więcej, chociaż coraz mniej. Wiadomo, którzy są z kategorii „jedni” a którzy z kategorii „drudzy”.

            W zasadzie dysponujemy tylko dwoma wskaźnikami: dominicantes – czyli chodzący na niedzielną Mszę św. – oraz comunicantes – czyli przystępujący do Komunii św. Przynajmniej od 30 lat słyszę powtarzaną mantrę: wprawdzie ilość obecnych w Kościele spada, ale wzrasta ilość przystępujących do Komunii św. Ma to świadczyć o bardziej świadomie i autentyczniej przeżywanej wierze.

            Jest to jednak sposób zaczarowywania rzeczywistości. Wzrastająca liczba comunicantes może z powodzeniem być wynikiem coraz mniejszego poczucia grzechu (i sacrum!) a nie bardziej dojrzałej wiary. I drugi wskaźnik: przecież nie wzrasta bezwzględna liczba komunikujących tylko procent spośród obecnych w kościele. Jeśli zmniejsza się liczba obecnych, to automatycznie zwiększa się procent komunikujących. Jeśli w Mszy św. uczestniczy 100 osób a do Komunii przystąpi 50 – mamy 50 proc. Jeśli do kościoła przyjdzie 80 a komunikujących będzie 45 – mamy 56,25 proc. A więc: rośnie, chociaż spada.

            Melchior Wańkowicz wymyślił kiedyś bardzo trafny a dziś zapomniany termin: chciejstwo.

13 lipca 2014

            Wspominałem już kiedyś, że WAM od paru miesięcy zapowiada książkę kard. Kaspera o Kościele. Początkowo czekałem na nią z utęsknieniem, ale po „słynnym” wystąpieniu podczas konsystorza straciłem do niego zaufanie jako teologa. Jeśli ktoś dla koniunkturalnych celów przestaje liczyć się z „twardymi” danymi biblijnymi – staje się dla mnie gnostykiem.

            Mało widoczny i mało medialny jest natomiast kard. Koch, obecny szef papieskiej rady do spraw jedności chrześcijan. Jednak trzeźwo ocenia aktualny stan ekumenizmu. Jakiś czas temu zadał proste pytanie: czy rocznica rozwodu jest dobrą okazją do świętowania? Może jest okazją dla protestantów, ale powstaje pytanie o ich ocenę trwającego rozłamu wśród chrześcijan. Kardynał Koch trzeźwo także – jak mi się wydaje – patrzy na sytuację Kościoła. Dlatego zastanawiam się czy Kaspera nie zamienić na Kocha. Jest jednak istotna trudność: nie ma polskich przekładów eklezjologii autorstwa Kocha. Jest tylko opracowanie. Ukazało się w tarnowskim wydawnictwie Biblos. ks. R. Biel, Kościół Wielkiej Soboty. Paschalna wizja Kościoła w ujęciu kardynała Kurta Kocha,(2012). Tytuł jest wielce wymowny i zarazem zachęcający. Jednak rodzi się wątpliwość: czy nie będę znów żałować, że poszedłem w opracowania?

http://ekai.pl/wydarzenia/temat_dnia/x80453/kard-k-koch-chce-wyjasnienia-przez-luteran-pojecia-kosciola/

 14 lipca 2014

Panie tak bliski, a jakże daleki,

wypowiedz słowo, które padnie w serca,

aby je wzmocnić niezłomną pewnością,

że jesteś z nami. [z nieszporów III poniedziałku]

2.

            28 czerwca minęła setna rocznica zamachu w Sarajewie na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda. Za dwa tygodnie przypadnie rocznica wybuchu I wojny światowej. Nie pamiętam czego uczono mnie w szkole na jej temat. O tamtych czasach czytałem głównie w literaturze świadków Jehowy. Dla nich bowiem rok 1914 odgrywa szczególną rolę. Według dokonywanej rachuby, wówczas miały się rozpocząć „czasy końca”. Zaś świadkowie tamtych wydarzeń mieli doczekać się Armagedonu. Czas biegł, świadków było coraz mniej. Więc zmieniano głoszone tezy. A co głoszą dziś, skoro w ogóle świadków nie ma? Nie wiem, bo od dłuższego czasu nie śledzę zmian w ich doktrynie.

            Drugim źródłem informacji o czasach I wojny światowej był mój dziadek. Egzotyczna postać. Służył w armii cysorza Franza Josepha i podczas ostrzału stracił oczy. Chociaż był niewidomy, a może właśnie dlatego, niezwykle barwnie opowiadał nam o zapamiętanym świecie. Teraz wypadałoby poczytać coś bardzo przystępnego a równocześnie rzeczowego. Wprawdzie mógłbym zejść z tego świata w stanie kompletnej historycznej ignorancji, ale mogę też zejść w stanie pewnego rozeznania.

 

15 lipca 2014

            „Prezydent Bronisław Komorowski cieszy się zaufaniem 74 proc. badanych, premier Donald Tusk - 37 proc.[…] Zaufaniem 34 proc. badanych cieszy się obecnie szef SLD Leszek Miller. 30 proc. badanych ufa prezesowi PiS Jarosławowi Kaczyńskiemu, takim samym zaufaniem cieszy się szef NBP Marek Belka.”

            Jeśli takie dane pojawiają się w moim komputerze, to znak, że coś niedobrego się z nim dzieje. Kto to widział, żeby Donald T. – najgorszy premier w dziejach świata – cieszył się większym zaufaniem niż Jarosław K. O Leszku M. już w ogóle nie wspomnę. Chyba jakieś złośliwe wirusy zainfekowały mój laptop.

2.

Jeszcze bardziej bulwersujące są dane dotyczące braku zaufania. „Jarosław Kaczyński oraz Janusz Korwin-Mikke mają po 46 proc. deklaracji nieufności. Premierowi Donaldowi Tuskowi nie ufa 44 proc. badanych”.

To jest prawdziwa prowokacja. Ja bym nasłał do CBOS jakąś grupę CBA. Niech zrobią z nimi porządek. Kto to widział, żeby tak ogłupiać naród? Przecież Jarosław K. nie bił Boniego po gębie tylko Korwin-Mikke!

3.

            No to co? Zadowoleni?

4.

            Przyszedł mi do głowy wątpliwej jakości pomysł. Skoro trwają wakacje, a wakacje – jak wiadomo – są wakacjami od uczenia się, czytania, pisania i myślenia, mógłbym podjąć heroiczne postanowienie nieczytania niczego do końca sierpnia. Powiedzmy: prawie niczego. W każdym razie nieczytania książek z biblioteki, kupowania nowych w internetowych księgarniach a nawet sięgania do lektur zaległych.

            Heroizmu zawartego w takim pomyśle nie pojmie nikt ze zdroworozsądkowo myślących ludzi. Może to zrozumieć ćpun-narkoman lub zaawansowany alkoholik, który każdego ranka postanawia już więcej nie pić. Mój stan bowiem diagnozuję mniej więcej na takim poziomie zniewolenia. Opanować nałóg rzucania się na wszystko co zadrukowane i nawinie się pod rękę jest zadaniem niezwykle trudnym. I prawdę mówiąc nie wierzę w jego powodzenie. Ale cóż, nawet dobre chęci powinny się liczyć.

 16 lipca 2014

            Co jakiś czas spotykają mnie zaczepki. Tym razem dotyczyły kaznodziejstwa: - Czy mógłbyś udzielić skróconego kursu kaznodziejstwa, skoro przez 40 lat głosiłeś kazania? Od siebie dodałem: i już teraz nie potrafisz ich głosić. Moja odpowiedź jest jednoznaczna: przez 40 lat nieustannie zmagałem się z moimi kazaniami; zastanawiałem się jak wygłosić to konkretne, które przygotowywałem. Nie usiłowałem jednak innych pouczać, bo wszelkie uwagi – czy też porady – przyjmowali niechętnie.

            Wydaje mi się, iż najczęściej lekceważy się podstawowy fakt: kazanie jest formą oratorską. Powinno być wygłaszane a nie czytane. Przecież nikt nie zapowiada w swojej parafii, że np. kazanie odpustowe odczyta ksiądz taki a taki. Później jednak okazuje się, że nie głosił a czytał. Ta niedobra praktyka, streszczająca się w słynnym powiedzonku „tata-cyta-cytaty-Tacyta”, jest swoistą plagą kaznodziejstwa. Różnicę między czytanką a głoszeniem pokazuje papież Franciszek. I chociaż niektórzy podśmiechują się z tych kazań, że nie zawierają solidnej teologii, muszą uznać ich skuteczność. Papież dociera do swoich słuchaczy i zapala ich. Nie zapomnę dosadnej uwagi, którą kiedyś słyszałem: ksiądz nie potrafi własnymi słowami powiedzieć o co mu chodzi, a my mamy to zrozumieć, zapamiętać i według tego żyć.  

            Spośród licznych spraw warsztatowych, na dwie jednak chciałbym zwrócić uwagę. Pierwsza z nich to czytanie. W naszych kościołach jest to nagminna bolączka. Niechlujnie czytają zarówno lektorzy jak i księża. Ze zdumieniem słucham np. diakonów, którzy przychodzą do naszego domu i usługują podczas Mszy św. Ale dotyczy to także części moich towarzyszy niedoli. Ewidentny brak ćwiczeń i kontroli. Druga uwaga dotyczy relacji między czytaniami biblijnymi a homilią. Najogólniej rzecz ujmując: teksty biblijne są lekceważone, ponieważ nie zostały przemyślane.

Pomyślałem sobie, że przez parę kolejnych dni – bo więcej nie wytrzymam – mógłbym zamieszczać w notesie takie kaznodziejskie kwękałki. Oczywiście, że te wpisy niczego nie zmienią. Ale przez tydzień będę mieć zajęcie. Mimo wszystko muszę bronić się przed bezrobociem.

 17 lipca 2014

            W radiowej „Dwójce” dyskusja filozofa i psychologa muzyki na temat ciszy. Odkryli dość zgodnie, że jest przydatna, wręcz zbawienna. A poza tym jest istotnym elementem muzyki i wszelkiego przekazu. Warto być filozofem lub psychologiem muzyki, bo wówczas można odkryć to, co wiadomo już od początku świata.

2.

            Dawno już nie byłem w EMPiK-u. Ze zdumieniem zauważyłem, że „Tygodnik Powszechny” zmniejszył format. W zasadzie jest prawie taki jak „Znak”. Przejrzałem, ale nic nie zwróciło w nim mojej uwagi. Jakiś bez wyrazu. Podejrzewam, iż jest to już stan agonalny. Chyba, że ktoś zamierza sztucznie podtrzymywać go w stanie wegetacji.

3.

Europoseł Bolesław Piecha przekazał w wywiadzie dla „Naszego Dziennika” znamienne dane. „Nagonka na dyrektora Szpitala im. Świętej Rodziny zbiegła się w czasie z raportem rządowym dotyczącym dofinansowywania zapłodnienia in vitro z podatków Polaków. Z dokumentu tego wynika, że na procedurę in vitro wydano z pieniędzy podatników 72,4 mln złotych. Do projektu zaklasyfikowano 8,6 tys. par, uzyskano 2,5 tys. ciąż, z czego na świat przyszło tylko 214 dzieci.” Problem nabrał aktualności, ponieważ – jak się okazało – dziecko, o które toczy się bitwa z prof. Chazanem, było poczęte in vitro.

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/85741.html

http://www.naszdziennik.pl/mysl/85743,osrodki-in-vitro-do-kontroli.html

18 lipca 2014

To co Izrael wyczynia w Strefie Gazy nosi znamiona Holocaustu.

2.

Zestrzelono malezyjski samolot cywilny z profesjonalnej broni rakietowej. Czyja to broń? Czytam sobie na temat Putina. Wikipedia podaje znamienny szczegół: „Dziadek Władimira Putina jako chłopiec dostarczał posiłki dla Rasputina, później był kucharzem Lenina i szefem kuchni w jednej z willi Stalina.”

3.

            Przedwczoraj zapowiadałem możliwość spisywania kaznodziejskich kwękałek. Dziś:

Kaznodziejska kwękałka nr 1.

"Przykładaj się do czytania!" (1Tym 4,13)

Kazanie czy homilia - to formy oratorskie. Rządzą się swoimi prawami. Niemniej, nie można całkowicie oddzielić od siebie tego, co kaznodzieja mówi, od tego co czyta. Przede wszystkim: czytamy słowo Boże. Za każdym razem lektor na zakończenie czytania powtarza: „Oto słowo Boże”. Dlatego ważne jest, żeby było przekazywane starannie. I z szacunkiem. Wierzymy przecież, że słowo zapisane na kartach Pisma Świętego jest słowem natchnionym.

Ponadto: zarówno czytane jak i głoszone w Kościele słowo ma przybliżyć słuchaczy do "Boga, który pragnie, by wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy" (1Tym 2,4).  Więcej: jest to słowo żywe, które ma moc przemiany człowieka. " Żywe bowiem jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca.  Nie ma stworzenia, które by było przed Nim niewidzialne, przeciwnie, wszystko odkryte i odsłonięte jest przed oczami Tego, któremu musimy zdać rachunek" (Hbr 4,12-13). Trzeba więc czytać i głosić starannie i  z szacunkiem dla słowa Bożego.

Znamienne są napomnienia, jakich św. Paweł Apostoł udzielał biskupowi Tymoteuszowi:  "Niechaj nikt nie lekceważy twego młodego wieku, lecz wzorem bądź dla wiernych w mowie, w obejściu, w miłości, w wierze, w czystości! Do czasu, aż przyjdę, przykładaj się do czytania, zachęcania, nauki" (1Tym 4,12-13). Wezwanie "przykładaj się do czytania" można i należy rozumieć w podwójnym znaczeniu:

1. Nauczanie wymaga  nieustannego dokształcania się, swoistego oczytania się.

2. Czytany w Kościele tekst wymaga starannego przygotowania. Tymczasem niedbałe, nieudolne czytanie perykop biblijnych stało się prawdziwą plagą. Dlatego w ważnych dokumentach kościelnych pojawia się w ostatnim czasie stanowczy apel, który bynajmniej nie dotyczy tylko lektorów, lecz również kapłanów. Papież Benedykt XVI pisał: "Wraz z Synodem proszę, by liturgia słowa była zawsze odpowiednio przygotowywana oraz przeżywana. Dlatego żywo polecam, by przykładano wielką wagę do czytania podczas liturgii słowa Bożego, przez lektorów dobrze do tego przygotowanych. Nie zapominajmy nigdy, że 'gdy w Kościele czyta się Pismo Święte, sam Bóg przemawia do swego ludu, a Chrystus, obecny w swoim słowie, zwiastuje Ewangelię'." [Adhortacja Sacramentum Caritatis n. 45].

19 lipca 2014

            Świat zostawia mnie coraz bardziej w tyle. Uświadamiam to sobie dzięki muzyce. Podczas wałęsania się po lesie zakładam słuchawki mojego telefonu i słucham radia. I ze zdumieniem przysłuchuję się ludziom doskonale orientującym się w zakresie tego, co tam nadają. Dyskutują, odpowiadają na konkursowe pytania, dzielą się swoimi doświadczeniami. Dla mnie wszystko to jest obce, nieznane.

            Ale nie tylko o muzykę chodzi. Dotyczy to wszystkich spraw ludzkiej kultury. Po prostu: ja i świat oddalamy się od siebie. Może w taki sposób jestem (jesteśmy) przygotowywany na odejście?

2.

            Spadające wskaźniki praktyk religijnych niepokoją hierarchów. Przynajmniej niektórych. Ten niepokój dokucza. Dlatego istnieje pokusa stosowania antybólowych plastrów. Parę dni temu biskup radomski Henryk Tomasik dostrzegł pewne usprawiedliwienie w emigracji. Czytam (nie wiem, w jakiej mierze jest to wierna relacja): „Z danych wynika również, że w ciągu ostatnich 10 lat grupa osób praktykujących regularnie zmniejszyła się o niemal 2 mln. - Ale zapomniano, że ok. 2 mln Polaków wyjechało z kraju. To ważny fakt, o którym nie mówi się w mediach w kontekście podawania liczby osób uczestniczących w niedzielnej Mszy świętej.”

            Wniosek bpa Tomasika byłby prawdziwy tylko w jednym wypadku. Mianowicie, gdyby emigrowały wyłącznie osoby regularnie praktykujące. Tymczasem fala emigracyjna może nawet spowodować podniesienia się wskaźników. Taką sytuację miałem w swojej parafii. Po pierwszej, wielkiej fali wyjazdów w latach 1987-91 zauważyłem, iż stosunek dominicantes do liczby parafian jest korzystniejszy. Zadufany w sobie proboszcz mógłby nawet uwierzyć w swoją niezwykłość i rozgłaszać: dzięki mojemu wysiłkowi duszpasterskiemu, zwiększyła się ilość praktykujących. I rzeczywiście, niektórzy o sobie myśleli w kategoriach wielkich misjonarzy świata. Rzeczywistość jednak była bardziej prozaiczna: ci, którzy wyjechali – głównie młodzi ludzie – reprezentowali grupę mniej praktykujących niż ci, którzy pozostali (np. ich rodzice). Dlatego wynik był korzystniejszy.

            Wracając do wywodu bpa Tomasika: gdyby dokładniej przebadać kto wyjechał w ostatnich 10 latach z kraju, mogłoby się okazać, że emigracja w gruncie rzeczy zmniejszyła wskaźniki spadku dominicantes. W kraju pozostali starsi-pobożniejsi i tym samym wskaźnik wypadł korzystniej, chociaż i tak gorzej niż 10 lat wcześniej.

http://ekai.pl/diecezje/x80482/bp-tomasik-o-najnowszych-statystykach-iskk-to-ogromne-wyzwanie-duszpasterskie/

20 lipca 2014

            Jarosław Gowin i Zbigniew Ziobro podpisali akt kapitulacji. Za miskę soczewicy. Miejsce internowania nie zostało jeszcze upublicznione. W każdym razie nie będzie to Arłamów. Każdy z nich otrzyma przepustkę na medialną autoprezentację 10 sekund/tydzień. Żeby społeczeństwo nie zapomniało o ich istnieniu.

2.

Znalazł się nowy Archimedes. W ramach ogórkowej debaty w mediach na temat uczestnictwa w niedzielnych nabożeństwach, odkrył receptę na zatrzymanie tendencji spadkowej: „Zdaniem ks. prof. Tomasza Wielebskiego z UKSW, pomysłem na odwrócenie negatywnych trendów jest ciągła ewangelizacja”. Brawo, Księże Profesorze! Szkoda, że wcześniej tego nie wiedzieliśmy.

3.

„Nie mieszkam w starości, ale to dlatego zapewne, że nigdy nie miałem poczucia, iż mieszkam w młodości. Nigdy mnie nie dotknęło takie poczucie, że jestem młody i wobec tego świat stoi przede mną otworem. (...) Nie miałem poczucia, że jestem młody, wobec czego nie mam również poczucia, że jestem stary. Chociaż oczywiście, cierpię na różne dolegliwości wieku: ledwo widzę, ledwo słyszę, ledwo się poruszam.” [Leszek Kołakowski]

4.

„Religia jest sposobem, w jaki człowiek akceptuje swoje życie jako nieuchronną porażkę” [także Leszek Kołakowski]

5.

Chantal Delsol jest autorką, którą bardzo cenię. Pisze klarownie i sensownie. Z ogromnym zainteresowaniem przeczytałem wywiad, jaki przeprowadziła z nią KAI. Wywiad niezbyt obszerny, lecz niezmiernie treściwy.

            Na uwagę zasługuje charakterystyka pogaństwa. Często bowiem w kazaniach stosowana jest utarta formuła: odwrócenie się od chrześcijaństwa oznacza tragedię ludzkości. Takie formuły trzeba wypowiadać bardzo ostrożnie, ponieważ większa część ludzkości to poganie, do których chrześcijaństwo nigdy nie dotarło. A przecież społeczeństwa pogańskie funkcjonują i radzą sobie na swój sposób z podstawowymi problemami egzystencjalnymi. Delsol przywołuje przykład Chin, ale tam nawarstwia się jeszcze drastyczny komunizm. Japonia byłaby – być może – bardziej przekonywującym przykładem. Niemniej wyzbycie się przez Europę chrześcijaństwa będzie w skutkach raptownym zagrożeniem.

Podaję link do wywiadu, ale ściągnę go sobie na dysk. Bo chyba warto.

http://ekai.pl/wydarzenia/temat_dnia/x80552/prof-chantal-delsol-wybitna-antropolog-w-specjalnym-wywiadzie-dla-kai/

21 lipca 2014

            Za dziesięć dni kończę czwarty rok emerytury. Dziś upływa 1450-ty dzień. Przed czterema laty, gdy ją już zacząłem, intensywnie wczytywałem się w Księgę Koheleta. Podkreślenia, odnośniki, uwagi, znaki zapytania są świadectwem sadystycznego znęcania się nad tekstem. Teraz należałoby do niego wrócić. Na pewno będzie to inna lektura, znacznie spokojniejsza. Bo kiedyś zadawałem sobie buńczuczne pytanie: dlaczego Kohelet ma rację? Teraz zaś stwierdzam z pewną rezygnacją: Kohelet ma rację, ale nieco przesadza. Po cóż się tak stawia?

„Postanowiłem przyjrzeć się mądrości, a także szaleństwu i głupocie. […] I zobaczyłem, że mądrość tak przewyższa głupotę, jak światło przewyższa ciemności.[…]

Ale poznałem tak samo, że ten sam los spotyka wszystkich. Więc powiedziałem sobie: «Jaki los głupca, taki i mój będzie. I po cóż więc nabyłem tyle mądrości?» Rzekłem przeto w sercu, że i to jest marność. Bo nie ma wiecznej pamięci po mędrcu tak samo, jak i po głupcu, gdyż już w najbliższych dniach w niepamięć idzie wszystko; czyż nie umiera mędrzec tak samo jak i głupiec? (Koh 2,12-16)

2.

W dzisiejszym upale można bzika dostać. W pokoju okno od sufitu do podłogi. Czuję się jak małe dziecko pozostawione w rozgrzanym aucie pod marketem. Z desperacji więc, a nie ze zdrowego rozsądku, wstawiam drugą kwękałkę kaznodziejską.

Kaznodziejska kwękałka nr 2.

Bądź zrozumiałym!

Podstawowym warunkiem poprawnego czytania jest znajomość  tekstu i rozumienie go. Wówczas lektor będzie czytał nie tylko wyraźnie, poprawnie wymawiając sylaby, ale także zrozumiale. Będzie bowiem zaznaczał pauzy i zmieniał intonację głosu w zależności od znaków interpunkcyjnych oraz kładł w odpowiednim miejscu akcent logiczny w zdaniu. Stąd podstawowym wymogiem jest wcześniejsze zaznajomienie się z tekstem biblijnym. Stałą zasadą powinno być  czytanie perykop na głos. Nie tylko półgłosem. Na głos! Tak, jak będziemy czytać podczas liturgii. Wówczas nasze wargi, język, mięśnie oswajają się z odpowiednim układem. Ćwiczymy wymawianie trudnych słów, zwłaszcza nazw.

Przygotowując się do czytania, trzeba zrozumieć czytany tekst . Trzeba uchwycić jego główną ideę, przesłanie. Aby poprawnie wyrazić myśl autora, niezmiernie ważną sprawą jest uwzględnienie znaków interpunkcyjnych. Lekceważenie ich to najczęstszy błąd czytających, który słuchaczom ogromnie utrudnia zrozumienie treści i jest dla nich bardzo męczący.

Kropka kończy zdanie, a tym samym wieńczy pewną myśl. Ważne jest obniżenie intonacji głosu, by tę kończącą się frazę zaznaczyć. Kropka domaga się także krótkiej przerwy, która oddzieli dwa sąsiadujące z sobą stwierdzenia i tym samym wprowadza większą przejrzystość przekazywanych myśli. Bardzo ważnym znakiem interpunkcyjnym jest przecinek. Niestety, bardzo często jest lekceważony lub błędnie odczytywany, co znacznie obniża klarowność zawartej w tekście myśli. Przecinek, w przeciwieństwie do kropki, domaga się zawieszenia intonacji głosu. W ten sposób słuchacz otrzymuje sygnał, że myśl czytanego zdania będzie kontynuowana. Natomiast, jeśli w miejscu przecinka lektor obniża intonację, jakby zaznaczał kropkę, wywołuje u słuchaczy dezorientację. Także bardzo istotne jest robienie pauzy w odpowiednim miejscu. Zapisana i następnie odczytywana przez lektora myśl układa się w swoiste frazy. Nie można ich rozrywać przerwą. Jeśli do tego dochodzi, jest to rezultat braku przygotowania ze strony czytającego, kimkolwiek by był. Kaznodzieja musi więc rozpocząć przygotowanie od głośnego przeczytania perykop biblijnych, by mógł je poprawnie przekazać  zgromadzonym.

W 1 Liście św. Pawła  do Koryntian znajdują się niezwykle ciekawe uwagi dotyczące zrozumiałego przemawiania (a więc także czytania). Wprawdzie Apostoł wypowiada je w kontekście krytycznej oceny daru języków. Można jednak bez trudu dostrzec jego troskę, by każde wymawiane przez nas słowo było dla słuchaczy zrozumiałe: "[…]  gdy trąba wydaje nieznany sygnał, kto  przygotowuje się do wojny? Tak samo jest i z wami. Czy ktoś zrozumie, gdy będziecie mówić niezrozumiałym języ­kiem? Na wiatr będziecie mówić! Weźcie przykład z różnych rodzajów dźwięków istniejących na świecie: każdy coś oznacza. Jeśli jednak nie rozpoznaję znaczenia dźwięku, to jestem obcy dla mówiącego, a on jest obcy dla mnie" (1Kor 14,8-11).

Jeśli perykopy mszalne nie zostały zrozumiale i poprawnie przeczytane, nie należy się dziwić, że słuchacze są już rozproszeni i zniechęceni, zanim usłyszą pierwsze słowa homilii. Dlatego wcześniejsze przeczytanie na głos wszystkich perykop biblijnych jest praktyką, której nikt nie może zaniedbywać. Zwłaszcza kaznodzieja.

22 lipca 2014

„Jednostka woli zrezygnować ze swojej opinii, żeby przyłączyć się do grupy.

Nasze myśli są myślami stadnymi.

Samotność myślenia jest coraz rzadsza.”

                                   [Chantal Delsol]

2.

Dziś bezwład. Odebrałem przesyłkę z książkami, więc chłonę. Ale na stukanie palcami po klawiaturze nie zdobędę się. Dlatego trzecia kwękałka, wcześniej zapisana.

Kaznodziejska kwękałka nr 3.

Uwierzmy w homilię!

"Odnówmy naszą ufność w przepowiadanie słowa, opierającą się na przekonaniu, że to Bóg pragnie dotrzeć do innych przez kaznodzieję i że to On rozciąga swą władzę dzięki ludzkiemu słowu" - pisze papież Franciszek. Szczególną formą tego przepowiadania jest homilia. "Przewyższa ona jakąkolwiek katechezę, stanowiąc najwznioślejszy moment dialogu Boga ze swoim ludem, poprzedzający sakramentalną komunię." [EG 136-137]

Dla zdecydowanej większości wiernych, homilia niedzielna  jest jedyną okazją słuchania słowa Bożego! Często uświadamiałem moim współpracownikom: katecheta potrzebuje około 100 lekcji (w szkole), żeby dotrzeć do 2,5 tys. słuchaczy. Kaznodzieja  ma możliwość dotarcia do tak licznego grona w jedną niedzielę. Dlatego nie może takiej okazji zmarnować! Jego słuchacze w ciągu tygodnia poświęcili – być może – wiele godzin na oglądanie telewizji. On natomiast ma swój jeden jedyny kwadrans. Dlatego musi go wykorzystać w stopniu maksymalnym dla swoich możliwości. "Przygotowanie przepowiadania słowa - stwierdza papież Franciszek - jest zadaniem tak ważnym, że należy poświęcić mu dłuższy czas studium, modlitwy, refleksji  i kreatywności duszpasterskiej. […]Niektórzy proboszczowie często twierdzą, że nie jest to możliwe z powodu licznych obowiązków, które muszą spełniać. Jednakże ośmielam się prosić, aby w każdym tygodniu poświęcić temu zadaniu wystarczająco długi czas osobisty i wspólnotowy, nawet gdyby trzeba było przeznaczyć mniej czasu na inne zadania, choćby i ważne. […] Kaznodzieja, który się nie przygotowuje, nie jest «duchowy», jest nieuczciwy i nieodpowiedzialny wobec otrzymanych darów. [EG 145]

Przygotowanie homilii  jest swoistym procesem twórczym, a twórczość potrzebuje czasu. Dlatego wiele mądrości zawiera sentencja powtarzana przez doświadczonych kaznodziejów: do przygotowania kazania trzeba zabrać się w poniedziałek rano a nie w sobotę wieczorem. Inni mówili podobnie: gdy schodzisz (w niedzielę) z ambony, zacznij przygotowywać homilię. Cykl siedmiodniowy wyznacza naturalny cykl życia. Jest to cykl faz księżycowych, według których przebiegają nawet rozmaite procesy fizjologiczne ludzkiego organizmu. Jest to równocześnie cykl liturgiczny: po sześciu dniach pracy przychodzi dzień świętowania. Podobnie rzecz ma się z przygotowaniem kazania: po sześciu dniach pracy nad nim, niedziela jest dniem proklamacji słowa Bożego.

23 lipca 2014

Kaznodziejska kwękałka nr 4

"Mów, Panie, bo sługa Twój słucha" (1Sm 3,9)

Przygotowanie kazania jest także procesem formacji duchowej kaznodziei. To on jest pierwszym słuchaczem słowa Bożego. Podczas święceń kapłańskich biskup mówi: „Wszystkim głoś słowo Boże, które sam z radością przyjąłeś. Rozważaj prawo Boże, wierz w to, co przeczytasz, nauczaj tego, w co uwierzysz, i pełnij to, czego innych będziesz nauczać. Niech twoja nauka będzie pokarmem dla ludu Bożego, niech świętość twojego życia stanie się źródłem radości dla wyznawców Chrystusa. W ten sposób słowem i przykładem będziesz budować dom Boży, to jest Kościół” (Obrzędy święceń, nr 151).

Sześć dni roboczych tygodnia niech więc będzie nie tylko przygotowaniem tego, co i jak mam powiedzieć w niedzielę. Niech będzie też swoistym przeżuwaniem słowa Bożego (ruminatio), o którym mówili Ojcowie Kościoła. „Postępuj podobnie jak zwierzę, które jeszcze raz przyjmuje pokarm do pyska i smakuje przyjemność [sic!] przeżuwania, zanim pozwoli pożywieniu ponownie trafić do żołądka i w ten sposób dobre samopoczucie promieniuje na całe jego wnętrze.” (Makary Wielki)

Skoro kaznodzieja powinien być pierwszym słuchaczem słowa Bożego, nie powinien jedynie „robić” kazania dla innych. „’Robienie’ – powie K. Mueller – oznacza zwrócone na  zewnątrz i powierzchowne odrobienie obowiązków”.[K. Mueller, s.208] Kaznodzieja powinien pozwolić słowu Bożemu przemówić do niego samego z całym swym bogactwem i swoją głębią. By to nastąpiło, trzeba spokojnie, bez pośpiechu, pochylić się nad słowem Bożym. Trzeba przyjąć wobec tego Słowa postawę pokory i czci.

            "Taka postawa pokornej i pełnej zadziwienia czci wobec Słowa - pisze papież Franciszek - znajduje wyraz w studiowaniu go z najwyższą uwagą i ze świętym lękiem, aby nim nie manipulować. Aby można było interpretować tekst biblijny, potrzeba cierpliwości,  uwolnienia się od wszelkiego niepokoju i poświęcenia czasu, zainteresowania i bezinteresownego oddania. Trzeba odłożyć na bok jakąkolwiek dręczącą nas troskę, aby wejść w inny obszar skupienia, naznaczonego pogodą ducha. Nie warto czytać tekstu biblijnego, jeśli chcemy uzyskać szybki, łatwy i natychmiastowy rezultat. Dlatego przygotowanie kazania wymaga miłości. Bezinteresownie i bez pośpiechu poświęcamy czas tylko rzeczom lub osobom, które kochamy. A tutaj chodzi o ukochanie Boga, który chciał przemówić. Poczynając od tej miłości, można się zatrzymać z postawą ucznia: «Mów, Panie, bo sługa Twój słucha» (1 Sm 3, 9).” [EG n.146]

24 lipca 2014

„Potrafisz zręcznie usprawiedliwiać i ubarwiać swoje czyny, ale cudzych usprawiedliwień nie przyjmujesz. Słuszniej byś zrobił, gdybyś siebie oskarżał, a brata swego usprawiedliwiał. Jeśli chcesz, aby ciebie znoszono, znoś i ty innych. Uświadom sobie, jak wiele dzieli cię jeszcze od prawdziwej miłości i pokory, która nie potrafi na nikogo się gniewać, nikogo obrażać i tylko siebie obwinia. To nie sztuka przebywać wśród dobrych i łagodnych, bo to w sposób naturalny wszystkim dogadza, każdy wybiera spokój i lgnie bardziej do tych, co myślą podobnie. Ale umieć żyć nie tracąc wewnętrznego spokoju wśród szorstkich, złośliwych, niezdyscyplinowanych i nieprzyjaznych - to łaska, to dzielność i zasługa.”

[Tomasz a Kempis, O naśladowaniu Chrystusa ks.II,r.III,2]

2.

            Jednym z moich deprymujących doznań jest rozczarowanie kupowanymi książkami. Kupowanymi, trzeba to wyraźnie zaznaczyć, w księgarni internetowej. Żaden bowiem z trzech katowickich sklepów „Księgarni św. Jacka” teologią się nie zajmuje. Zamawiając książkę, która mnie zainteresowała, jestem przekonany, iż jest interesująca, ważna i do zbawienia koniecznie potrzebna. Zwykle udostępniony spis treści odgrywa tu zasadniczą rolę motywacyjną. Wówczas jednak, gdy już książkę otworzę i zaczynam czytać, często doznaję nieprawdopodobnego przygnębienia. Nie ma bowiem wielu trudniejszych do zniesienia doznań niż poczucie wystrychnięcia na dudka.

            Jakimś prowizorycznym sposobem radzenia sobie z problemem kupowania kota w worku jest wcześniejsze szukanie książki w bibliotece. Ten proceder jednak wywołuje u mnie potworną złość na niedołęstwo naszej Biblioteki Teologicznej. To smutne, że nowości z zakresu teologii znajduję po drugiej stronie Katowic w bibliotece Wydziału Nauk Społecznych przy ul. Bankowej lub w Bibliotece Śląskiej. Nie ma ich natomiast w bibliotece Wydziału Teologicznego, mieszczącej się w budynku seminarium duchownego. Oczywiście, że próbowałem w tej sprawie interweniować, ale odpowiedzi, jakie słyszałem, powalały mnie z nóg.

            Wczorajszy i dzisiejszy dzień poświeciłem na przeglądanie dwu pozycji przyniesionych z Biblioteki Śląskiej. Mają swoje walory, ale nie przekonały mnie o jakiejś wyjątkowości czy oryginalności. Dlatego nie będę im poświęcał miejsca w notesie. Nie byłem ani nie zamierzam być prezenterem nowości książkowych.

 25 lipca 2014

            Parę dni temu wspominałem, że chciałbym po czterech latach przerwy powtórzyć gruntowną lekturę Księgi Koheleta. Dodatkowym bodźcem była zapowiedź wydania jej w tłumaczeniu Anny Kamieńskiej. Jednak zapowiedź okazała się zmyłką, ponieważ wydano surową wersję roboczych zapisków poetki. Tłumacząc księgę z hebrajskiego pisała w miarę dosłowną wersję polską, nie myśląc jeszcze o nadaniu jej kształtu poetyckiego. Nie będę więc wracał do sytuacji, która mnie rozczarowała. Chciałbym jednak przytoczyć fragment z Koheleta, na który powoływali się świadkowie Jehowy. W swoich publikacjach stwierdzali, że w niej znajdziemy słowa kwestionujące naukę Kościoła o nieśmiertelnej duszy: „Los bowiem synów ludzkich jest ten sam, co i los zwierząt; los ich jest jeden: jaka śmierć jednego, taka śmierć drugiego, i oddech życia ten sam. W niczym więc człowiek nie przewyższa zwierząt”,(Koh 3,19) Nieco dalej Kohelet dodaje: „Bo nie ma żadnej czynności ni rozumienia, ani poznania, ani mądrości w Szeolu, do którego ty zdążasz.”(9,10) Być może tym argumentem posługują się do dziś. Przytoczę więc fragment tego co pisałem na przełomie lat 80/90 tych.

2.

            „Otóż aby zrozumieć właściwy sens cytowanego przez nich fragmentu, trzeba wziąć pod uwagę specyficzny charakter całej Księgi. Każdy, kto bez jakichkolwiek uprzedzeń przeczyta ją w całości, bez trudu zauważy, że przedstawia ona rozter­ki i wątpliwości człowieka, szukającego odpo­wiedzi na istotne pytania egzystencjalne. Czło­wiek ten nie zna jeszcze prawd, które objawi w całej pełni Chrystus. Dlatego boleje nad fak­tem, że los sprawiedliwych i złoczyńców jest jednakowy (por. 2,16; 9,2). Chociaż Kohelet doświadczył, że nagromadzenie bogactw nie uszczęśliwia, to jednak w obliczu śmierci zdaje mu się, że człowiekowi nie pozostaje nic innego, jak korzystać z tych okruchów radości, jakie da­je jedzenie, picie i rozkosze erotyczne (por. 2,24; 9,9). Autor księgi ukazuje więc bezsilność człowieka, który pozbawiony światła objawienia szamoce się wśród niepewności o własny los. Ks. A. Cholewiński tak pisał o Księdze Koheleta (Eklezjastesa): „Jest ona świadectwem doj­rzewania w dziedzinie moralnej i religijnej Ludu Bożego. Należy pamiętać, że Objawienie w III w. przed Chr. nie było jeszcze zakończone. Nie zostały jeszcze napisane: proroctwo Danie­la, obydwie księgi Machabejskie, Księga Mą­drości, nie pojawił się jeszcze Chrystus, przyno­szący nam pełne światło. Księga Eklezjastesa swoim specyficznym, szokującym, czasem nawet gorszącym klimatem, przygotowała umysły na dalsze Objawienie. Uświadomiła Ludowi Boże­mu niewystarczalność tego, co Bóg dotychczas o swoim zbawczym planie nam powiedział, wzbudziła niezadowolenie z tej niewystarczalności, obudziła pragnienie i wewnętrzne zapo­trzebowanie na odsłonięcie nam tajemnicy ży­cia pozagrobowego, o której coraz więcej i jaś­niej mówić będą ostatnie chronologicznie Księgi Starego Testamentu, a najbardziej   Nowy Testament. Eklezjastes dokonał tego właśnie przez swoje pytajniki, które postawił nad każdym do­brem tego świata. Uważni czytelnicy tej księgi musieli sobie zdać sprawę z tej podstawowej prawdy, że człowiek jest za wielki, by mogły go zaspokoić wartości tej ziemi, że czeka na inne­go Pana, który go weźmie w swoje posiadanie i nasyci. Chociaż Eklezjastes nie dał odpowie­dzi na problemy, które postawił, jednak jego niezaprzeczalną zasługą jest to, że sformułował je w tak jaskrawy sposób i uświadomił Ludowi Bożemu" (Refleksje nad Księgą Eklezjastesa, Znak 20 1968, s. 1172- 1779).

Wracając jednak do interesującego nas pro­blemu trzeba stwierdzić, że autor Księgi Koheleta (Eklezjastesa) niczego nie rozstrzyga defi­nitywnie o rzeczywistości istniejącej poza grani­cą śmierci. Mówiąc o tym, że los człowieka i zwierzęcia jest taki sam ze względu na nie­uchronność śmierci, równocześnie stawia pyta­nie: „Któż pozna, czy siła życiowa synów ludz­kich idzie w górę, a siła życiowa zwierząt zstę­puje w dół do ziemi?" (3,21). Ujawnia więc je­dynie swoją bezsilność w poszukiwaniu praw­dy ostatecznej. Ukazuje tylko to, co jawi się jego oczom. Stwierdzenia Księgi Koheleta (Eklezja­stesa) dotyczące losu człowieka po śmierci są więc pytaniami, a nie ostatecznymi odpowie­dziami. Odpowiedź ostateczną przyniósł później Jezus Chrystus. Dlatego też nie można — jak to czynią świadkowie Jehowy — pytania trakto­wać jako ostatecznej odpowiedzi, natomiast naukę Jezusa tak interpretować, jakby Jezus ni­czego nowego nie wniósł.” [Świadkowie Jehowy – kim są?, Wrocław 1991, s.118-120]

3.

Po tylu latach nie potrafię wytłumaczyć jednej rzeczy. Otóż w końcowej części Księgi Koheleta znajdują się słowa, które są odpowiedzią na stawiane zarzuty. Dlaczego ich nie przytoczyłem? Słowa, o których piszę, znajdują się w pięknym poemacie z rozdziału 12, pełnym wzruszenia i melancholii, jaka towarzyszy starości:

„Pomnij jednak na Stwórcę swego w dniach swej młodości,

zanim jeszcze nadejdą dni niedoli

i przyjdą lata, o których powiesz:

«Nie mam w nich upodobania»;

zanim zaćmi się słońce i światło,

i księżyc, i gwiazdy,

i chmury powrócą po deszczu;

w czasie, gdy trząść się będą stróże domu,

i uginać się będą silni mężowie,

i będą ustawały [kobiety] mielące, bo ich ubędzie,

i zaćmią się patrzące w oknach;

i zamkną się drzwi na ulicę,

podczas gdy łoskot młyna przycichnie

i podniesie się do głosu ptaka,

i wszystkie śpiewy przymilkną;

odczuwać się nawet będzie lęk przed wyżyną

i strach na drodze;

i drzewo migdałowe zakwitnie,

i ociężałą stanie się szarańcza,

i pękać będą kapary;

bo zdążać będzie człowiek do swego wiecznego domu

i kręcić się już będą po ulicy płaczki;

zanim się przerwie srebrny sznur

i stłucze się czara złota,

i dzban się rozbije u źródła,

i w studnię kołowrót złamany wpadnie;

i wróci się proch do ziemi, tak jak nią był,

a duch powróci do Boga, który go dał” (Koh 12,1-7).

Dzisiaj jest

poniedziałek,
28 lipca 2014

(209. dzień roku)

Zegar

Wyszukiwanie