1 stycznia 2012          [548]

            Od pewnego czasu zauważyłem w Twoich wpisach coś takiego jak ‘sub conditione Jacobi’” – pisze mój rocznikowy kolega. Nie wiem, czy to jest przygana czy pochwała. Może więc ograniczę się do wyjaśnienia owego sub conditione Jacobi, bo w Polsce rzadko się z tego zwrotu korzysta. Raczej można go spotkać w publikacjach niemieckich.

            Otóż jest to wezwanie, byśmy nasze życiowe plany opatrywali owym kwantyfikatorem warunkowym ‘jeśli’. Św. Jakub Apostoł w swoim liście pisze: „Teraz wy, którzy mówicie: ‘Dziś albo jutro udamy się do tego oto miasta i spędzimy tam rok, będziemy uprawiać handel i osiągniemy zyski’, wy, którzy nie wiecie nawet, co jutro będzie. Bo czymże jest życie wasze? Parą jesteście, co się ukazuje na krótko, a potem znika. Zamiast tego powinniście mówić: ‘Jeżeli Pan zechce, i będziemy żyli, zrobimy to lub owo’. Teraz zaś chełpicie się w swej wyniosłości. Każda taka chełpliwość jest przewrotna” (Jk 4,13-16).

           

2 stycznia 2012          [549]

            Gdy w październiku poszedłem na głosowanie, zapytałem panie w komisji wyborczej na której liście znajduje się Orban. Kobiety rzuciły się na kartki i zaczęły szukać z zawzięciem. – No cóż, skoro nie ma, zagłosuję na Palikota – odrzekłem zrezygnowany.

            Rzeczywiście, naczytałem się w prawicowych pismach o węgierskim geniuszu i uwierzyłem w nowego mesjasza. Późniejsze wieści spadły na mnie jak zimny prysznic. Jedyną pociechę sprawił mi Jarosław Kaczyński, który okazał się większym ignorantem niż ja. Zapowiedział przerobienie Warszawy na Budapeszt akurat wtedy, gdy firmy ratingowe nazwały węgierskie obligacje śmieciowymi. Obrońcy Orbana wyjaśniają mi, że w krótkim czasie trudno przeobrazić gospodarkę, którą do ruiny doprowadzili socjaliści. Zgoda, tylko dlaczego facet gra w zaparte?

            Czemu takie moje zatroskanie o politykę Orbana? Bo jeśli Węgrzy znienawidzą partię Fidesz, odwrócą się od Kościoła. Podobnie jak kiedyś Kościół w Polsce poniósł największe straty za rządów ZChN. I dobrze, że już nikt o nim nie pamięta.

 

3 stycznia 2012          [550]

W resorcie zdrowia istny bajzel. Ministrem zdrowia został człowiek, który przeflancował się z SLD. Do niedawna z zapamiętaniem krytykował projekt ustawy, którą teraz na siłę forsuje. Istna paranoja. Czy nagle przestał dostrzegać jej mankamenty, skoro na konferencji prasowej powtarzał jak mantrę – chyba z dwadzieścia razy – że jej nie zmieni? Oczywiście, że zmieni, bo będzie musiał.

Dziś bardzo krótko na tvn24.pl wisiał news, że za lek stosowany po chemioterapii trzeba zapłacić 3 tysiące złotych, gdy nie ma właściwej adnotacji lekarza. Pięknie.

Zastanawiam się nad przeobrażeniami człowieka dopuszczonego do steru władzy. Przecież Arłukowicz trochę inteligencji musiał mieć, jeśli skończył medycynę i – ponoć – był niezłym pediatrą. Co się dzieje z człowiekiem, gdy – obdarowany łaskami – zaczyna z bezgranicznym oddaniem służyć systemowi władzy? Czy Kościół jest wolny od takich mechanizmów?

            Mieliśmy kiedyś takiego kurialistę. Przez lata był proboszczem, jednak po przejściu na emeryturę został zamianowany szefem działu finansowego. Po nominacji stanął na schodach wejściowych do kurii, rozciągnął ręce niby Jan Paweł II i zawołał: Totus tuus. Potem podczas wizytacji sprawdzał, czy proboszczowie do księgi finansowej wpisali wszystkie zakupione rolki papieru toaletowego.

 

4 stycznia 2012          [551]

1.

            Od paru dni myślę o uroczystości Objawienia Pańskiego. Dzięki determinacji ludzi świeckich, jedno z najważniejszych i najstarszych świąt chrześcijańskich odzyskało status dnia wolnego od pracy. Dzięki temu można i należy zagospodarować go duszpastersko. Orszaki Trzech Króli to rodzaj happeningu. Niech sobie będą. Rzecz jednak w tym, żeby owe orszaki nie zdominowały całego święta jak prezenty pod choinką.

            Moim nieskromnym zdaniem perykopa o Mędrcach zawiera swoisty program duchowości. Podobnie jak adwent. W adwencie byli prorocy z Izajaszem na czele, Jan Chrzciciel, Maryja. Tutaj właśnie Mędrcy ukazujący drogę do Chrystusa. Drogę ludzi należących do elity intelektualnej społeczeństwa. Szukam więc tropów, które byłyby inspiracją do tworzenia modelu duchowości. O ile taki model jest w ogóle do stworzenia!

2.

            Zatrzymałem się przy wypowiedzi biskupa Mazura, który od niedawna jest w episkopacie odpowiedzialny za sprawy misyjne. W zajawie relacji z jego wypowiedzi czytam: Trzej Mędrcy ze Wschodu ukazują nam swoją drogę do wiary.” Pięknie – myślę sobie. Następne zdanie też na pozór oczywiste: „Podobnie jak Mędrcy, musimy przejść przez Jerozolimę, to znaczy przez Kościół, aby znaleźć Jezusa”. Jednak blokuje mnie zwrot „przez Jerozolimę, to znaczy przez Kościół”. Pytam: Jerozolima jest obrazem Kościoła? Jeśli tak, to strach się bać. Bo przecież Jerozolima z perykopy o Mędrcach to Herod i doradzający mu bibliści. Jak oni doskonale znają Pismo Święte! W lot odpowiadają na postawione pytanie, znają na pamięć odpowiednie cytaty. Ale nie ruszają tyłkiem, żeby pójść do Chrystusa. I wreszcie: jakie to skojarzenie Jerozolimy z Kościołem skoro Jezus Chrystus nie rodzi się w niej a jakimś tam Betlejem. Kościół, w którym nie rodzi się Jezus?

Relacja z wypowiedzi bpa Mazura: http://gosc.pl/doc/1044219.

 

5 stycznia 2012          [552]

            Uczepiłem się wczoraj typologii Jerozolima – Kościół, bo chociaż Ewangelia św. Mateusza jest pismem adresowanym do chrześcijan pochodzenia żydowskiego, zdradza narastający konflikt między dwoma światami: żydowskim i chrześcijańskim. W przeciwieństwie do pozostałych synoptyków, którzy temat zamykają w kilku wierszach, Mateusz rozbudowuje  w obszernym rozdziale 23 mowę przeciw uczonym w Piśmie i faryzeuszom. Kończy ją dramatycznym zawołaniem Jezusa: „Jeruzalem, Jeruzalem! Ty zabijasz proroków i kamienujesz tych, którzy do ciebie są posłani! Ile razy chciałem zgromadzić twoje dzieci, jak ptak swe pisklęta zbiera pod skrzydła, a nie chcieliście. Oto wasz dom zostanie wam pusty. Albowiem powiadam wam: Nie ujrzycie Mnie odtąd, aż powiecie: Błogosławiony, który przychodzi w imię Pańskie” (Mt 23,37-39).

            Poniekąd rozumiem dobre chęci bpa Mazura, odpowiedzialnego za misje. Przecież ich istotą jest wprowadzać nowych członków do Kościoła. Trzeba jednak pamiętać, że czytanie Pisma Świętego polega na wydobywaniu z niego tych treści, które zawiera a nie na narzucaniu mu własnych pomysłów. To pierwsze nazywa się egzegeza, drugie eisegeza. Prawda, jak podobne są te słowa? A jak różne, przeciwstawne wręcz mają znaczenia.

 

6 stycznia 2012          [553]

            Dziś Benedykt XVI udzielał sakry biskupiej nowym nuncjuszom. Ale w homilii poświęconej posłudze biskupiej obszerny passus poświęcił Mędrcom. Wstawiam ten fragment, bo interesujący i odpowiadający moim pytaniom, o których wspominałem.

„Jakim typem ludzi oni byli? Specjaliści mówią, że należeli oni do wielkiej tradycji astronomicznej, która na przestrzeni wieków rozwinęła się w Mezopotamii i nadal tam rozkwitała. Ale sama ta informacja nie wystarcza. Było zapewne wielu astronomów w starożytnym Babilonie, ale tylko tych kilku poszło za gwiazdą, uznali ją za gwiazdę obietnicy, jako wskaźnik drogi do prawdziwego Króla i Zbawiciela. Można powiedzieć, że byli oni ludźmi nauki, ale nie tylko w tym sensie, że chcieli się dowiedzieć wielu rzeczy: chcieli więcej. Chcieli zrozumieć, co się liczy w byciu człowiekiem. Prawdopodobnie słyszeli o proroctwie pogańskiego proroka Balaama: „Wschodzi Gwiazda z Jakuba, a z Izraela podnosi się berło” (Lb 24,17). Zgłębiają tę obietnicę. Byli ludźmi o niespokojnym sercu, którzy nie zadowalali się tym, co się jawi i jest normalne. Byli to ludzie poszukujący obietnicy, poszukujący Boga. Byli to ludzie czuwający, zdolni by dostrzec znaki Boga, Jego język cichy i natarczywy. Ale byli to też ludzie odważni a zarazem pokorni: możemy sobie wyobrazić, że musieli znosić pewne wyszydzenie, ponieważ wyruszyli do króla Żydów, pokonując z tego względu wiele trudu. Dla nich decydującym nie było to, co myślał i powiedział im ten czy ów, nawet ludzie inteligentni i wpływowi. Dla nich liczyła się sama prawda, a nie ludzka opinia. Dlatego podejmują wyrzeczenia i trudy długiej i niepewnej drogi. Ich pokorna odwaga pozwoliła im pochylić się przed dzieckiem ludzi ubogich i rozpoznać w Nim obiecanego Króla, którego poszukiwanie i którego uznanie było celem ich drogi zewnętrznej i wewnętrznej.”

Cały tekst: http://ekai.pl/biblioteka/dokumenty/x1340/

 

7 stycznia 2012          [554]

1.

            Zeskanowałem parę rozważań nad perykopami liturgicznego roku B, które przed ćwierćwieczem ukazały się w „Niedzieli”. W tekstach dotyczących okresu zwykłego w dalszym ciągu dominuje temat apostolstwa, zwłaszcza apostolstwa świeckich. Natomiast w następnych – na Wielki Post – widzę większe podporządkowanie się klasycznym tematom tego okresu. Dumanka znajdują się w dziale „Szkice” à „Rozważania – rok B”.

2.

            Wczoraj mieliśmy odwiedziny duszpasterskie zwane kolędą. Nie wiem jak nazywa się ksiądz chodzący po kolędzie. Kolędnik? Niech będzie. Otóż kolędnik zadał mi pełne zatroskania pytanie: jak mi się mieszka? Ale ewidentnie nie interesowała go moja odpowiedź. Odpowiedziałem więc zwięźle, bez grymaszenia: jak w edenie.

 

8 stycznia 2012          [555]

            Hannah Arendt stwierdziła ponoć, że starożytni mieli dwa sposoby radzenia sobie z nieuchronnością śmierci. Pierwszy to prokreacja, drugi – dokonywanie i utrwalanie swoich wyczynów. Żeby coś takiego dostrzec nie trzeba być Hanną Arendt. Ale ani w pierwszej ani w drugiej dyscyplinie nie mam osiągnięć. Niemniej zauważam, że zaczynam w notesie gromadzić swoje różne drobiazgi. Czyżby miał mnie przetrwać?

            Czasem zdarzało mi się nucić słowa jakiegoś hymnu brewiarzowego czy czegoś innego. I zapisać. Dlatego dziś wstawiam moją melodię do pięknej antyfony maryjnej, którą odmawia się na zakończenie komplety. [nuty zob. dział "Obrazki" --> Nuty]

 

9 stycznia 2012          [556]

1.

            Portal wiara.pl jest niekochanym dzieckiem „Gościa Niedzielnego”. Ojciec tego dziecka rozwiódł się z „GN”. Matka zaś robi wszystko, żeby się portalu pozbyć. Dlatego stworzyła drugi konkurencyjny. Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że część ekipy redakcyjnej (dział info) obsługuje obie platformy. Ewidentnie robią tak, żeby to samo w dwu odsłonach wyglądało różnie. To znaczy w jednej lepiej, w drugiej gorzej. Porównując oba portale nie sposób pozbyć się myśli, że jeden z nich jest skazany na eutanazję. Będzie to jedyny przypadek eutanazji akceptowanej przez redaktorów "GN".

            Wiara.pl góruje nad serwisem „GN” trzema dość rozbudowanymi działami tematycznymi: Biblia, Kościół, Liturgia. Jest to bardzo dogodny przyczółek do obrony. Jednak, żeby obrona była skuteczna zaczęto budować fortyfikacje, mające na celu przetrwanie bombardowania. Przynajmniej na jakiś czas. Nadano im nawet nazwę: Akademia Biblijna.

            Swoisty system tarcz antyrakietowych stworzyli Arcybiskup, Nuncjusz, Prymas, Przewodniczący KEP, Abp Senior oraz Sekretarz KEP. Objęli „Akademię” swoim patronatem lub będą mieć w niej wykład.

http://biblia.wiara.pl/doc/1046986.AKADEMIA-BIBLIJNA

2.

            Autorowi pomysłu należą się słowa uznania. Okazał się mistrzem świata w strategii antyrakietowej. Czy jednak „Akademia Biblijna” okaże się akademią? Bo przecież podstawowy, zamierzony cel został już osiągnięty! Czy więc zacznie budzić respekt a zaproszenie do niej będzie nobilitacją? Zobaczymy.

            Na razie całość przypomina owych sześć stągwii w Kanie Galilejskiej. Następny etap jest klarowny: „napełnijcie stągwie wodą”. A jeśli zostaną napełnione „po brzegi” będzie trzeba cudu przemiany wody w wino.

            Jeśli rzecz się uda a ja dożyję końca tego roku, będę w Pentagonie rekomendował Ks. Rektora Akademii Biblijnej na stanowisko głównego stratega w dziedzinie obrony antyrakietowej.

 

10 stycznia 2012        [557]

            W tym roku przypadnie 50-ta rocznica rozpoczęcia Soboru Watykańskiego II. Jego najbardziej namacalnym skutkiem była reforma liturgii. Objęła wiele spraw. Dziś mówi się, że zbyt wiele. Ale równocześnie w liturgii brak naturalnego rozwoju w jednej dziedzinie: śpiewu. Po prostu brak nowych śpiewów liturgicznych. W adwencie, w okresie Bożego Narodzenia, w wielkim poście itd. śpiewamy pieśni z XIX wieku. Nie mamy też pieśni do Chrystusa (są tylko do Serca PJ), nie ma nowych pieśni, które są nazywane przygodnymi (jaka nazwa!).

            To sprawiło, że zacząłem przyglądać się za hymnom brewiarzowym. Skoro są to teksty liturgiczne, zatwierdzone przez odpowiednie władze kościelne, to dlaczegóż nie wykorzystać ich podczas Mszy św.? Dopisałem do nich melodię i uczyłem. Wstawię więc dzisiaj melodię hymnu „Boże, Ty jesteś niezmierną dobrocią”. [nuty zob. dział "Obrazki" --> Nuty]

 

11 stycznia 2012        [558]

            U nas spuścił z tonu Arłukowicz, na Węgrzech – Orban. Dzięki temu newsy są spokojniejsze. Także nasi biskupi spuścili z tonu i już o finansowaniu Kościoła przestali mówić. Tylko w Warszawie odbyła się konferencja na ten temat. Pojawiły się na niej głosy proponujące amerykański model relacji państwo – kościół. Stany Zjednoczone są – jak się wydaje - jedynym państwem, w którym proces laicyzacji został zatrzymany (o ile w ogóle kiedyś się pojawił).

            Zdaje się, że przyjrzenie się rozwiązaniom amerykańskim pozwoli na lepszą ocenę naszej sytuacji. Często bowiem zakwestionowanie dotychczasowych lub proponowanych rozwiązań (np. nauki religii w szkole, finansowania z podatku itp.) uważane jest za działalność antykościelną, wręcz ateistyczną.

            Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego wydało parę lat temu pracę poświęconą temu zagadnieniu: M. Potz, Granice wolności religijnej. Kwestie wolności sumienia i wyznania oraz stosunku państwa do religii w Stanach Zjednoczonych Ameryki. Wrocław 2008. Wypożyczyłem to z biblioteki i będę podczytywał do poduszki. Przedtem jednak muszę zakończyć rozpoczętą w tym roku lekturę. Napiszę o niej jutro parę zdań.

           

12 stycznia 2012        [559]

1.

Przez dwa ostatnie tygodnie zajmowałem się książką, której tytuł kojarzy się z poradnikami dla kucharek. Napisał ją francuski filozof Luc Ferry a tytuł brzmi „Jak żyć”. Na dole okładki sporą czcionką reklamowy banał: „Światowy bestseller o sztuce życia”. Oryginał wygląda mniej banalnie: Apprenre à vivre. Kiedyś, przed laty, śpiewano nawet taką piosenkę Apprendre à vivre ensemble.

            Pod koniec roku (30.12) przytoczyłem już w notesie tezę wyjściową. Przypomnę: „Najgłębszym źródłem filozofii, podobnie jak religii, jest namysł nad ludzką ‘skończonością’, nad faktem, że nasz czas, podobnie jak czas innych śmiertelników, jest odmierzony i że jesteśmy jedynymi istotami na zie­mi, które mają tego pełną świadomość - w tej sytu­acji pytanie o to, co zrobimy z naszym ograniczonym trwaniem, jest nieuniknione. W odróżnieniu od drzew, ostryg i królików nie przestajemy się zastanawiać nad naszym stosunkiem do czasu, nad tym, czym go wypeł­nimy i do czego użyjemy - niezależnie od tego, czy cho­dzi o krótki czas, godzinę lub najbliższe popołudnie, czy długi, jak bieżący miesiąc lub rok. Nie sposób się niekiedy uchronić - przy okazji zerwania z kimś, nagłe­go wydarzenia - przed postawieniem sobie pytania, co robimy, co moglibyśmy i co powinniśmy zrobić z całym naszym życiem. Innymi słowy, równanie ‘bycie śmiertelnym + świadomość bycia śmiertelnym’ to koktajl stanowiący źródło wszystkich pytań filozoficznych.” [s.28-29]

2.

            Ostatnie zdanie jest nieprawdziwe za sprawą kwantyfikatora „wszystkich”. Ale - myślę sobie – niech będzie. Luc Ferry zapewnia, że filozofia ukazuje drogę zbawienia poza granicami śmierci. Religie, owszem, również ukazują, ale jest to zbawienie oferowane przez Boga. Filozofia zaś uczy jak zbawić się własnym sposobem, co jest ofertą ponętną zwłaszcza dla tych, którzy w Pana Boga nie wierzą.

            Cała książka jest prezentacją rozwiązań proponowanych przez starożytnych, chrześcijaństwo, filozofię nowożytną, Nietschego (!) i kierunki współczesne. Wśród starożytnych głos oddaje stoikom. Dlaczego chrześcijaństwo wstawił w jeden szereg z rozmaitymi orientacjami filozoficznymi – nie wiem. Może dlatego, że też miało swoich myślicieli? Z nowożytnych wyeksponował Rousseau i Kartezjusza (w takiej kolejności), coś niecoś wspominając o Kancie. Rozdział poświęcony Nietschemu opuściłem, bo tego faceta nie trawię. Natomiast w myśli współczesnej najwięcej uwagi poświęcił Heideggerowi. Jednak jego prezentacja tego co stanowi rdzeń myśli Heideggera (w „Sein und Zeit”) jest dla mnie wielce zadziwiająca.

3.

            Czy któryś z zaprezentowanych kierunków filozoficznych zawiera receptę na samozbawienie? Autora nie zadowala żadna. W zasadzie najcieplej wyraża się o chrześcijaństwie. Pełno komplementujących sformułowań. Podsumowując: „Soteriologia chrześcijańska jawi się jako jedyna, która pozwala nie tylko przezwyciężyć strach przed śmiercią, lecz również samą śmierć.[…] jako jedyna proponuje ludziom dobrą nowinę realnego zwycięstwa nieśmiertelności osobistej nad ich przeznaczeniem śmiertelników.” [s.122] […]Uważam, że chrześcijańska koncepcja jest nieskończenie  bardziej pociągająca… wyjąwszy ten detal, że w nią nie wierzę. Gdyby to jednak była prawda, chętnie bym na nią reflektował.” [s.329]

4.

            Książka równie powierzchowna co smutna lub na odwrót. Wszystko rozbija się o ten nieszczęsny detal. Zastanawiam się nad kryteriami wiarygodności, jakie Ferry chce dopuścić do testowania rzeczywistości, o którą pyta. Autor nie zadowolił się żadną z propozycji. Tym samym zaprzeczył wstępnej tezie, że filozofia może dostarczyć recepty na zbawienie.

5.

            Czy polecam tę książkę do czytania? Czy w ogóle warto takie książki czytać? Nie wiem. Może warto, żeby przekonać się o bezradności naszych umysłów w obliczu Tajemnicy.

 

13 stycznia 2012        [560]

„Komisja to grupa ludzi nieprzygotowanych,

powołana przez niekompetentnych,

do wykonania zadań niepotrzebnych.”

 

14 stycznia 2012        [561]

„Ludzie żyjący nadzieją widzą dalej,

ludzie żyjący miłością widzą głębiej,

ludzie żyjący wiarą widzą wszystko w nowym świetle.”

Zanetti Lothar

            Parafrazę tych słów usłyszałem kiedyś z ust abpa Nosola. Denerwowałem się, że jeden z naszych Księzy przytaczał je w radiu bez wskazania autora. [zob 25.04.2011]. Tymczasem okazuje się, że cały internet jest nimi zapchany. To abp Nosol sparafrazował je, nie podając autora. No cóż, bywa.

15 stycznia 2012        [562]

            Wydział Teologiczny udostępnił na swojej stronie treść wydanych dotychczas numerów „Śląskich Studiów Historyczno – Teologicznych”. Mankamentem jest to, że trzeba nieco odczekać (3 zeszyty), zanim umożliwią ich odczytanie. Jednak lepszy rydz niż nic. Dzięki temu nie trzeba już gromadzić wersji papierowych, które zajmują sporo miejsca. Nie trzeba też wydawać kilkudziesięciu złotych z powodu jednego czy dwu interesujących artykułów.

http://www.wtl.us.edu.pl/e107_plugins/wtl_ssht/index.php

            Wśród nowości bibliotecznych zauważyłem francuski przekład pracy habilitacyjnej mojego rocznikowego kolegi ks. Franciszka Szulca. Tytuł: Le Fils de Dieu pour les judéo-chrétiens dans « Le Pasteur » d'Hermas. Niestety, pogrzeb Franka odbył się w czerwcu ubiegłego roku. Francuskiego wydania nie doczekał.

 

16 stycznia 2012        [563]

            Od poniedziałku po święcie Chrztu Pańskiego, przez pięć tygodni, czytamy podczas Mszy św. fragmenty ksiąg historycznych obejmujących działalność Samuela i następnie trzech władców niepodzielonego królestwa: Saula, Dawida i Salomona. Jest to lektura bardzo ciekawa. Pod warunkiem, że czyta się całą księgę. W przeciwnym razie czytane perykopy mszalne są praktycznie niezrozumiałe. Ot, na przykład: w piątek – Izraelici domagają się króla; w sobotę – Samuel namaszcza Saula a dziś (poniedziałek) Saul jako król został odrzucony przez Boga. Dlaczego? Z czytanych tekstów nie można się tego domyślić. Może ktoś powiedzieć: od czego jest celebrans, od czego są homilie? Owszem, pod warunkiem, że homilię zamieni się w wykład.

            Wprawdzie odprawiam codziennie wieczorną Mszę św. w jednej z parafii (okres kolędy), ale trudno byłoby uszczęśliwiać obecnych niezbędnymi wywodami historycznymi. Piszę więc komentarz dla samego siebie.

 

Nad Księgami Samuela (1)

            W początkowym okresie Izrael był konfederacją dwunastu plemion, które złączone były przede wszystkim więzami religijnymi. Nie istniał żaden rząd centralny a poszczególne plemiona cieszyły się w zasadzie całkowitą niezależnością. W wypadku zagrożenia zewnętrznego, a także w sytuacji gdy niezbędna była misja rozjemcza lub też sądownicza, inicjatywę przejmowali tzw. sędziowie.

Nie byli oni władcami w znaczeniu, jakie zwykliśmy przypisywać królom. Władcą Izraela był sam Jahwe, z którym naród zawarł przymierze na Synaju i który wziął ten lud pod szczególną opiekę jako swą własność. "Sędziowie - mówi A. Laepple - są tylko reprezentantami niewidzialnego Boga - Króla. W teokratycznym ustroju Izraela sędziowie są przez Boga powołanymi charyzmatykami, którzy w stosunkach wewnętrznych powinni przywracać lud do wiary w Jahwe, a na zewnątrz chronić go przed nieprzyjaciółmi. Zwycięstwo nad nieprzyjaciółmi jest każdorazowym potwierdzeniem charyzmatu, którym zostali obdarowani przez Boga"(Od egzegezy do katechezy, t.1,s.158).

Jak długo trwała taka sytuacja polityczna ? Gdyby zestawiać dane Księgi Sędziów otrzymalibyśmy okres 410 lat. Powszechnie jednak przyjmuje się, że liczby lat panowania  poszczególnych sędziów 40, 80, lub 20 mają raczej znaczenie symboliczne. Ponadto okresy rządów wielu z nich mogły pokrywać się. Na podstawie źródeł pozabiblijnych wiadomo, że podbój Kanaanu nastąpił pod koniec XIII wieku a panowanie Dawida zaczęło się przed rokiem 1000 przed Chrystusem. Stąd też należy raczej przyjąć okres krótszy, wynoszący około 250 lat. Trzeba przyznać, że i tak jest to bardzo długi czas, charakteryzujący się brakiem centralnej, jednolitej władzy.

 

17 stycznia 2012        [564]

Nad Księgami Samuela (2)

Narodem kierowali mądrzy i dzielni sędziowie. Jefte, Samson, Samuel zapisali się w pamięci narodu jako wybitni przywódcy. Pragnienie utworzenia królestwa pojawiło się wówczas, gdy starzejący się Samuel ustanowił sędziami swoich synów. "Ale synowie jego - jak powiada Księga Samuela - nie poszli w jego ślady, bo ulegali przekupstwu, przyjmowali podarki i naginali Prawo" (1 Sm 8,3).

Dlatego też starszyzna Izraela udała się do Samuela, do jego domu w Ramataim (często używa się krótszej nazwy Rama) i przedstawiła mu swoją prośbę. „Oto ty się zestarzałeś, a synowie twoi nie postępują twoimi drogami: ustanów raczej nad nami króla, aby nami rządził, tak jak to jest u innych narodów”(1Sm 8,4). Samuelowi nie przypadła do gustu przedstawiona oferta, dlatego próbuje odwieść swych rozmówców od powziętych zamiarów. Bardzo sugestywnie tłumaczy, że nowa forma ustrojowa pociągnie za sobą ograniczenie ich wolności oraz sprawi szereg innych dolegliwości. "Synów waszych będzie on brał do swojego rydwanu i swych koni, aby biegali przed jego rydwanem. I uczyni ich tysiącznikami, pięćdziesiątnikami, robotnikami na roli swojej i żniwiarzami. Przygotowywać też będą broń wojenną i zaprzęgi do rydwanów. Córki wasze zabierze do przyrządzania wonności oraz na kucharki i piekarki. Zabierze również najlepsze wasze ziemie uprawne, winnice i sady oliwkowe, a podaruje je swoim sługom. Zasiewy wasze i winnice obciąży dziesięciną i odda je swoim dworzanom i sługom. Weźmie wam również waszych niewolników, niewolnice, waszych najlepszych młodzieńców i osły wasze i zatrudni prac? dla siebie. Nałoży dziesięcinę na trzodę waszą, wy zaś będziecie jego sługami"(1 Sm 8,11 - 17).

Czyż można było sobie wyobrazić bardziej przekonywującą argumentację od tej, którą przedstawił Samuel? A jednak starszyzna pozostała niewzruszona. Nie przyjmowali do swojej świadomości ostrzeżeń sędziego. "Niech będzie król nad nami, abyśmy byli również jak wszystkie narody: nasz król będzie nas sądził, będzie nam przewodził i będzie prowadził nasze wojny"(1 Sm 8,19 - 20). W ustroju monarchicznym naród izraelski zaczyna dostrzegać szansę swego rozwoju i potęgi politycznej.

Na uwagę zasługuje jednak specyficzny charakter narracji Pierwszej Księgi Samuela. Otóż przeplatają się w niej jakby dwa różne stanowiska w sprawie monarchii: jedno niechętne, które zamiary narodu traktuje jak sprzeniewierzenie się jedynemu Królowi i Władcy, jakim dla Izraela był Bóg Jahwe. Drugie, liberalne, doceniające zalety nowego rozwiązania. Zarówno w jednym i drugim ujęciu czołową postacią pozostaje Samuel: raz oburza się, drugi raz gorliwie wypełnia wolę narodu. Bibliści wyodrębnili te dwie relacje. Pierwsza zawarta jest w następujących fragmentach 1 Księgi Samuela: 8,1-22; 10,17-25; 12,1-25. Drugą podaje: 9,1-10.16 oraz 10,26-11,15.

Odrzucenie monarchii

Akceptacja monarchii

8, 1-22

9,1-10.16

10,17-25

10,26 – 11,15

12,1-25

 

Taki stan rzeczy próbuje się wyjaśnić tym, że ostateczny redaktor korzystał z dwu rodzajów źródeł. Starsze, zwane jahwistycznym, pozytywnie odnosi się do idei królewskiej. Natomiast późniejsze, zwane elohistycznym, krytycznie ocenia monarchistyczne pragnienia. Patrząc na czasy królestwa z perspektywy niewoli, zdaje się dopatrywać przyczyn upadku właśnie w tych monarchistycznych tęsknotach starszyzny izraelskiej. Stąd żądanie króla interpretowane jest jako wzgardzenie samym Bogiem.

 

18 stycznia 2012        [565]

1.

            Rozpoczyna się kolejny Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan. Gdy byłem piękny i młody popełniłem wiele artykułów na temat ekumenizmu. Dziś patrzę na zachowania naszych ekumenicznych partnerów ze sceptycyzmem. Prawosławni bez osłonek demonstrują swoją niechęć. Protestanci udają uprzejmych, ale w kwestiach ekumenicznych ani nie drgnęli. Podpisują różne deklaracje, lecz stoją na tych samych pozycjach jak 100 lat temu.

            Wczoraj podczas Mszy św. Dawid został namaszczony na króla. Dziś zwycięża Goliata. Tak więc kolejny fragment moich notatek dotyczących Saula ma kilkudniowe opóźnienie. U mnie Saul dopiero obejmuje rządy. Ale niech będzie. Może dzięki temu ktoś zdecyduje się czytać Pierwszą Samuela?

            A swoją drogą dziwię się, że nikt nie zwraca uwagi na to jak przypadkowy jest zestaw czytań mszalnych i jak bardzo są one – w efekcie – niezrozumiałe. Postulat opracowania nowego lekcjonarza, zgłoszony w dokumentach przygotowawczych do Synodu Biskupów na temat Słowa Bożego, przepadł z kretesem.

2.

Nad Księgami Samuela (3)

Samuel spełnia prośbę ludu i namaszcza na króla Saula. Saul był synem dzielnego wojownika z pokolenia Beniamina imieniem Kisz. Był mężczyzną okazałym i przystojnym. Rosły i barczysty górował nad innymi. Tekst biblijny zawiera dwie różne relacje dotyczące jego wyboru. Najpierw mówi o namaszczeniu go na króla przez Samuela podczas poszukiwania oślic swego ojca. Z kolei mówi o kilkakrotnym rzucaniu losów przez wszystkie pokolenia w mieście Micpa. Niezależnie od przebiegu samej procedury wyborczej, wybór króla stał się faktem. Nowy władca został uproszony. Dlatego jego imię Saul (=uproszony) nabrało szczególnej wymowy.

Saul nie od razu został poważnie potraktowany przez wszystkie pokolenia. Nic dziwnego. Pochodził z najmniejszego pokolenia Beniamina, w którym z kolei jego rodzina należała do niewiele znaczących. Dlatego też synowie Beliala z nutką ironii wypowiadali się o nowym władcy: "Co, ten nas oswobodzi?" Nawet go zlekceważono, nie składając z okazji wyboru żadnych podarunków. Saul incydent przyjął milczeniem, ale zdawał sobie sprawę, że pierwszym warunkiem powodzenia będzie zdobycie autorytetu.

Wkrótce okazję stworzyli Ammonici, którzy już wiele razy dali się poznać plemionom izraelskim. Najbardziej ucierpiały od nich rody, które zajmowały ziemie w Zajordanii, chociaż zdarzało się, że nawet pokolenia Judy, Beniamina i Efraima były przez nich napadane. Ammonici i Moabici, zamieszkujący tereny Zajordania, tak bardzo byli znienawidzeni przez Izrael, że nie pozwalano, by ich potomkowie z mieszanego małżeństwa byli przyjmowani do społeczności izraelskiej nawet z dziesiątego pokolenia. "Ammonici i Moabici nie wejdą do zgromadzenia Jahwe: nawet dziesiąte ich pokolenie nie wejdzie do zgromadzenia Jahwe" (Pp 23,4). Tym razem Ammonici zaatakowali miasto Jabesz w Gileadzie, w północnej Zajordanii. Mieszkańcy wysłali posłów po pomoc do świeżo wybranego na króla Saula a równocześnie rozpoczęli pertraktacje z Nachaszem, królem Ammonitów.

Wysłańcy z Jabesz spotkali Saula wracającego z pola. Gdy ten dowiedział się o nowym napadzie, wpadł w szał. Porąbał na kawałki dwa woły, z którymi wracał i rozesłał je przez posłańców do wszystkich pokoleń. "Tak stanie sie z wołami tego, kto nie pójdzie za Saulem i Samuelem" - powtarzano wszystkim. Równocześnie, zapewniwszy wysłańców z Jabesz o swej pomocy, polecił im przedłużać pertraktacje.

Gdy tylko ludzie zebrali się na wezwanie nowego króla, ten podzielił ich na trzy oddziały i natychmiast wyruszył z nimi w drogę. Do obozu wroga dotarli nad ranem. Zaskoczyli nie spodziewających się niczego napastników i rozbili ich doszczętnie. Sami Izraelici byli zaszokowani tak błyskawicznym zwycięstwem. W tej sytuacji nikt nie miał odwagi wypowiadać kpin pod adresem Saula. Ludzie mówili między sobą: "Kto to mówił: Czyż to Saul będzie panował nad nami? Wydajcie nam tych ludzi, a pozabijamy ich! Lecz Saul powiedział:- Nikt nie zostanie dzisiaj zabity, gdyż w dniu dzisiejszym Jahwe wybawił Izraela"(1 Sm 11,12-13). W stanie zwycięskiej euforii wszyscy udali się do Gilgal, by tam oficjalnie ogłosić Saula królem.

 

19 stycznia 2012        [566]

1.

            Dziś podczas Mszy św. kobiety entuzjastycznie witały wracającego po bitwie Saula i zwycięskiego Dawida. Szkopuł w tym, że słowa podziwu kierowano nie pod adresem króla a Dawida, co wywołało zazdrość i podejrzliwość władcy. Odtąd rozpoczyna się między nimi walka na śmierć i życie.

            A w moim notesie Saul jeszcze nie został odrzucony przez Samuela. Wklejanie kolejnych odcinków moich notatek na temat 1Sm traci sens. Zdaje się, że sensowniejszym rozwiązaniem będzie wrzucenie zapisków do „Szkiców”. Dziś więc po raz ostatni dywagacje na temat pierwszego władcy izraelskiego. Jutro postaram się wstawić cały szkic o Saulu do osobnej szuflady.

2.

Nad Księgami Samuela (4)

Biblia nie relacjonuje dokładnie wszystkich wojennych wypraw Saula. Jedynie, dokonując swoistego resume, stwierdza, iż "skoro Saul zawładnął królestwem izraelskim, rozpoczął walkę ze wszystkimi wrogami dookoła, z Moabem, Ammonitami, Edomem, z królami z Coby i z Filistynami. Gdziekolwiek się zwrócił, zwyciężał. Walczył mężnie, pobił Amalekitów i uwolnił Izraela z rąk tych, którzy go pustoszyli"(1 Sm 14,47 48). Wzmianki o licznych wojnach są znakiem, że państwo Saula nabierało stopniowo mocy. Zaś końcowa wzmianka o Amalekitach pozwala domyślać się, że z nimi Saul rozprawił się najskuteczniej. W tym wypadku Saul otrzymuje od Samuela wręcz religijne zobowiązanie do jednoznacznego rozprawienia się z nimi: "Niegdyś posłał mnie Jahwe, bym cię namaścił na króla nad Jego narodem, nad Izraelem(...). Teraz idź i pobij Amaleka! Dopełnij klątwy nad wszystkim, co do niego należy! Nie miej nad nim litości! Zabijaj wszystko: od mężczyzny do niewiasty, od dziecka do niemowlęcia, od wołów do owiec, od wielbłądów do osłów!"(1 Sm 15,1.3).

Amalekici zaszli Izraelitom za skórę już podczas wędrówki przez pustynię. Było to plemię w jakiś sposób spokrewnione z nimi. Księga Rodzaju powiada bowiem, że Amalek, praojciec rodu był wnukiem Ezawa, (który z kolei był wnukiem Abrahama i bratem Jakuba). Jednak we wzajemnych kontaktach ani jedni ani drudzy nie brali specjalnie pod uwagę owych koligacji. Zresztą nie należy się temu dziwić. Amalekici byli szczepem koczującym na pustyni od góry Synaj aż do południowo-zachodnich krańców Palestyny. Izraelici - chcąc nie chcąc - musieli się więc przedostać przez tereny swych dalekich pobratymców. Tamci zareagowali szybko i podstępnie, jak przystało na koczujący szczep pustynny. Wyczekali na odpowiedni moment i gdy Izraelici byli wyczerpani drogą, napadli na ich tyły, atakując wszystkich osłabionych. Dlatego Księga Powtórzonego Prawa nakazywała utrwalić ich podstęp w świadomości narodu: "Pamiętajcie, co wam uczynili Amalekici, kiedy wyszedłszy z Egiptu byliście w drodze. Wyszli naprzeciw ciebie na drogę, a przepuściwszy cię, nie bojąc się Boga napadali na wasze tyły, na wszystkich wycieńczonych wlokących się na końcu - bo byliście zmęczeni i wyczerpani. Kiedy twój Bóg, Jahwe, udzieli ci już spokoju od wszystkich twych wrogów dookoła, w kraju, który Jahwe, twój Bóg, da ci posiąść jako dziedzictwo, wymażesz pamięć o Amalekitach spod nieba; nie zapomnij!"(Pwt 25,17 - 19).

Tak więc Saulowi przyszło rozprawić się w zasadniczy sposób za dawne zdradzieckie napady na pustyni. Być może do tej walki przystępował z świadomością szczególnej pomocy Bożej. Wszak to właśnie z Amalekitami wiązano niezwykłą Bożą interwencję z czasów wędrówki do Ziemi Obiecanej. Gdy bowiem zaszli drogę Izraelitom pod Refidim (w pobliżu góry Synaj), Mojżesz wyznaczył na dowódcę w walce Jozuego. Sam zaś podczas bitwy stanął na pobliskiej górze za swoją laską. "Gdy Mojżesz wznosił ręce, przeważał Izrael, a kiedy znużone ręce opuszczał, przeważał Amalek. Jednak ręce Mojżesza omdlewały. Oni wzięli zatem kamień i podsunęli pod niego; on więc usiadł na nim. Wtedy Aaron i Chur podtrzymywali jego ręce, ten z jednej, tamten z drugiej strony. Tak więc jego ręce umocniły się aż do zachodu słońca. I pokonał Jozue Amalekitów.(...) Wtedy Pan przemówił do Mojżesza: - Wpisz to na pamiątkę do księgi i utwierdź w pamięci Jozuego, gdyż wymażę zupełnie ze świata pamięć o Amalekitach"(Wj 17,11-14). Czyż należałoby się dziwić, gdyby Saul czuł się realizatorem Bożych obietnic ? W tym wypadku jednak nie musiał polegać wyłącznie na swych subiektywnych odczuciach. Otrzymał jednoznaczne polecenie Samuela.

            Saul został więc tutaj zobowiązany do wypełnienia prawa cheremu. Czym był cherem? Najogólniej można powiedzieć, że było to zobowiązanie do zabicia niewolników i zniszczenia wszelkich łupów podczas prowadzenia wojny z pogańskimi mieszkańcami Kanaanu. Chodziło o to, by zniszczyć jakiekolwiek związki z plemieniem, którego nakaz dotyczył. Taki sposób postępowania był powszechnie przyjęty w tamtych czasach na Wschodzie. Posiadał też specyficzny charakter religijny, ponieważ był rodzajem ofiary na rzecz bóstwa przez rezygnację z łupów.

 

20 stycznia 2012        [567]

            Zapiski dotyczące Saula rozrosły się. Jak już wspomniałem, wstawię je do szuflady „Szkice” à „Różne szkice”. Porównując wybór mszalnych perykop z tekstem 1Sm, po raz kolejny dziwię się niezmiernie. Czytania mszalne stają dziwacznym zlepkiem pseudo dydaktycznych epizodzików.

            W 1Sm specyficznie został przedstawiony konflikt między Samuelem i Saulem. Postarałem się wytłumaczyć go jak najbardziej nabożnie. Ale nie jestem do końca pewien, czy taka właśnie interpretacja jest ma charakter egzegetyczny.

 

21 stycznia 2012        [568]

            Mniej więcej od 50 lat śledzę polskie publikacje, które podejmują szeroko rozumiany temat „Jezus historii a Chrystus wiary”. Swego czasu sztandarową pozycją były „Opowieści biblijne” Zenona Kosidowskiego. Były wydawane w licznych nakładach przez kilkadziesiąt lat. Przeciw stawianym w nich tezom wypowiadał się ks. Józef Kosidowski. Jego obszerny artykuł w „Znaku” w latach 60-tych był dla mnie prawdziwym olśnieniem.

            Na przełomie lat 70-tych i 80-tych zadomowiły się u nas „Formgeschichte” i „Redaktionsgeschichte”. Wówczas wielce przydatne były publikacje ks. Kazimierza Romaniuka. Ks. Kudasiewicz też włączał się w dyskusję. W „Znaku” ukazała się pod jego redakcją cenna pozycja „Biblia dzisiaj”. Później wydał niewielką pracę w serii „Jak rozumieć Pismo Święte” zatytułowaną „Jezus historii a Chrystus wiary”. Były też inne.

            W ostatnim czasie temat pojawił się kolejny raz. W dwu odmianach. Pierwsza to Third Quest. Druga to Tomasz Węcławski (T. Polak). Third Quest objawiło się u nas szerzej w dyskusji nad książką Papieża „Jezus z Nazaretu” cz.1. Tu adwersarzem okazał się ks. Henryk Witczyk. Szkoda, że przemilczano książki Gezy Vermesa. Z tezami Węcławskiego polemizował ks. Grzegorz Strzelczyk. Jego artykuły na łamach „Tygodnika Powszechnego” objawiły jego polemiczny pazur i pozwoliły zaistnieć na rynku. Także ks. Witczyk włączył się do dyskusji.

            Piszę o tym wszystkim, ponieważ w kieleckim wydawnictwie Verbum Vitae ukazała się książka sygnowana przez dwu wspomnianych wyżej autorów: ks. Kudasiewicza i ks. Witczyka. Dokładniej: ks. Witczyk, uczeń ks. Kudasiewicza, zredagował zestaw fragmentów prac swojego mistrza oraz zestaw swoich artykułów. Mamy więc swoisty przegląd problematyki z okresu ostatnich prawie 50 lat. Rzecz bardzo ciekawa i – jak myślę – wielce przydatna dla osób, którym dane było urodzić się nieco później ode mnie.

 

22 stycznia 2012        [569]

            Pierwsze czytanie mszalne dzisiejszej niedzieli wzięte jest z Księgi Jonasza. Opowieść o losach tego nieszczęśnika wygląda jak wschodnia bajka. Dlatego swego czasu wywoływała wiele dyskusji. Zastanawiano się np. jaka to mogła być ryba, która zdołała połknąć go w całości i umożliwić przetrwanie w jej brzuchu przez trzy dni.

            Fragmenty Księgi Jonasza będą czytane przez trzy dni w 27 tygodniu zwykłym (rok I), czyli mniej więcej za 20 miesięcy. Postanowiłem więc wkleić do notesu artykuł pt. Perypetie proroka Jonasza. Napisałem go jeszcze jako kleryk w 1971 roku, a więc ponad 40 lat temu. Znalazłem go wśród zachowanych rupieci.

Jest w dziale „Szkice” à Różne szkice.

 

23 stycznia 2012        [570]

„Życie to czas, w którym szukamy Boga.

Śmierć to czas, w którym Go znajdujemy.

Wieczność to czas, w którym Go posiadamy.”

[Słowa św. Franciszka Salezego,

którego wspomina jutrzejsza liturgia]

 

24 stycznia 2012        [571]

Qui scribit, bis legit. –

Kto pisze, dwa razy czyta.

 

25 stycznia 2012        [572]

1.

            Niedopuszczenie telewizji Trwam na platformę multipleksu cyfrowego  jest draństwem. Nie oglądam TV Trwam z prostego powodu: nie mam do niej dostępu. Nie wiem czy oglądałbym ją, gdybym dostęp miał. Ale niezależnie od wszelkich tego typu czynników, wszystkich nadawców trzeba traktować jednakowo.

2.

Podczas wczorajszego spotkania Prezydenta RP z przedstawicielami kościołów, kard. Nycz powiedział, że kościoły chcą „budować fundament ducha” Zastanawiam się co to znaczy. Czy duch ma fundament? A jeśli ma, to jaki. Dalej powiedział, że kościoły pragną, by ich praca „w budowaniu fundamentu duchowego i etycznego Polski była zauważana i doceniana.” Tu już można domyślić się sensu: Polska ma fundament duchowy i etyczny. Rodzą się jednak pytania: na czym polega ów fundament duchowy?;  na czym polega fundament etyczny?; na czym polega budowanie go przez kościoły? I wreszcie: na czym ma polegać owe „docenianie”? Jestem ogromnie ciekaw, co – podczas wypowiedzi kardynała – pojawiało się w głowie np. arcybiskupa Jeremiasza czy głównego rabina RP Michaela Schudricha.

3.

            Od paru dni trwają uliczne protesty w sprawie ACTA. No i blokowanie stron rządowych. W tym kontekście kabaretowo zabrzmiało wyjaśnienie rzecznika rządu Pawła Grasia, który nie wstydził się publicznie stwierdzić, iż strony padły nie w wyniku działań hakerów, tylko ogromnego zainteresowania (w sobotę wieczorem!) internautów.

            Wypowiedź Pawła Grasia jawi mi się jako swoista ikona współczesnej polityki medialnej. Dziś coraz trudniej dostrzec namysł nad faktycznym stanem rzeczy, poszukiwanie prawdy, spokojne zastanawianie się nad racjami partnera dyskusji czy nawet sporu. Odnoszę wrażenie, że dziś cały wysiłek intelektualny ludzi występujących w mediach jest nastawiony na szukanie tzw. „racji”. Nie jest ważne czy podane argumenty są słuszne, czy odzwierciedlają faktyczny stan rzeczy. Chodzi w nich jedynie o utrącenie argumentu przeciwnika, o zamknięcie mu ust. Może właśnie dlatego jedną z najbardziej poczytnych książek napisanych przez filozofa jest „Erystyka czyli sztuka prowadzenia sporów” Artura Schopenhauera. Otóż to właśnie: w tytule użyto słowa „spór”. Nie rozmowa, dyskusja, dialog. Właśnie „spór”.

            Sprawa zaczyna być jeszcze smutniejsza, gdy taką metodą posługują się ludzie Kościoła.

A dla zabawy przytoczę z „Erystyki” jedną z metod prowadzenia absurdalnych dyskusji:

„Gdy sprawia nam trudność udowodnienie paradoksalnego twierdzenia, które wygłosiliśmy, wówczas do wyboru prezentujemy przeciwnikowi jakiekolwiek słuszne, choć nie oczywiste twierdzenie tak, jak gdybyśmy z niego chcieli wyprowadzić nasz dowód. Gdy przeciwnik je podejrzliwie oddala, wówczas doprowadzamy je do absurdu (ad absurdum) i zwyciężamy. A jeśli je uznaje, to okazuje się, że powiedzieliśmy coś rozsądnego i teraz oczekujemy na dalszy bieg dyskusji. Możemy także wykorzystać chwyt wspomniany uprzednio utrzymując, że oto w ten sposób dowiedliśmy naszego paradoksu. Owo postępowanie wymaga skrajnej bezczelności; lecz doświadczenie uczy, że takie przypadki mają miejsce i są ludzie, którzy instynktownie postępują w ten sposób.

Przykład:

A utrzymuje, że nie trzeba wiedzy medycznej, aby uleczyć pacjenta.

Pyta więc B:— Czy radosna wiadomość nie polepsza zdrowia umierającego?

B podejrzliwie odrzuca taką ewentualność twierdząc, że można tu mówić nie o leczeniu pacjenta, a tylko o krótkotrwałej poprawie jego samopoczucia.

A: — Czym jest medycyna, jeśli nie zbiorem sposobów na krótkotrwałą poprawę samopoczucia?

B zgadza się ostatecznie z takim postawieniem sprawy i A wychodzi zwycięsko ze sporu.”

 

26 stycznia 2012        [573]

            Chociaż byłem proboszczem sanktuarium św. Floriana, wiele uwagi poświęcałem nabożeństwom fatimskim. Zostały zainicjowane w 1959 roku w dniu poświęcenia prezbiterium. Ponieważ sytuacja Kościoła po odwilży październikowej znów stawała się coraz trudniejsza, postanowiono nie czekać na ukończenie robót. Poświęcono prezbiterium i rozpoczęto odprawianie Mszy św.

            W dniu owego poświęcenia przywieziono przed kościół figurę Matki Boskiej Fatimskiej. Gdy chwilę później przyjechał ks. biskup Bednorz, proboszcz – ks. Konrad Szweda – poinformował go, że pierwsza do kościoła wejdzie Matka Boska. Odtąd przez wszystkie miesiące roku (nie tylko od maja do października) odprawiane były dni fatimskie. W tamtym czasie był to jedyny w okolicy kościół, w którym odprawiano tego rodzaju nabożeństwa, więc ludzie zjeżdżali się z wielu miejscowości.

            Po zamachu na Jana Pawła II kult Matki Boskiej Fatimskiej rozwijał się niewiarygodnie szybko. Dziś w większości kościołów można spotkać figurę MB Fatimskiej. Są też w nich odprawiane nabożeństwa. Zwykle w 13-ty dzień miesiąca od maja do października. U mnie – jak rzekłem odprawialiśmy je przez cały rok. Mój poprzednik – ks. Eugeniusz Marcisz – nieco je uszczuplił. Niemniej przetrwały do dziś w następującej formie:

  7,30 – różaniec – tajemnice radosne

  8,00 – Msza święta, po niej wystawienie Najśw. Sakramentu do godz. 12,00

  8,30 – godzina różańcowa – tajemnice światła

             Adoracja w ciszy do godz. 11,00

11,30 – godzina różańcowa – tajemnice bolesne

12,00 – Msza św. z błogosławieństwem lourdzkim, poświęcenie lekarstw i dewocjonaliów

             Ok. godz. 13,00 – zakończenie

18,00 – Msza św.

          – różaniec – tajemnice chwalebne

          – ewent. procesja ze świecami ( niektóre miesiące)

            W ciągu 25 lat odprawiania nabożeństw fatimskich stałą potrzebą było szukanie nowych modlitw i pieśni. Teksty pieśni ogólnodostępnych miały – powiedzmy – „specyficzny” charakter. Na tym tle dość niezwykle jawił mi się tekst, który znalazłem w modlitewniku zredagowanym przez ks. Wiesława Niewęgłowskiego. Nigdzie jednak nie znalazłem nut. Słowa jednoznacznie wyznaczały rytmikę. Zdecydowałem się więc dopisać własną melodię. Gdy dziś pokazuję tę pieśń moim znajomym – podśmiechują się z niego. Ale też do dziś niewiele jest lepszych. Wstawię więc słowa i nuty do notesu, w ramach archiwizowania moich wyczynów. A może ktoś z nich skorzysta?

 

27 stycznia 2012        [574]

            Dziś wstawiam zapowiedziane słowa. W pieśniach fatimskich jest zwykle sporo zwrotek, by starczyło śpiewu podczas wieczornych procesji. Zwykle powtarza się, jako refren, zwrot „Ave, Ave… by ułatwić włączanie się do śpiewu wszystkim obecnym. Niestety, do dziś nie ustaliłem kto jest autorem słów. Może kiedyś się znajdzie. Nuty wstawię jutro, bo dopiero uczę się obsługiwać program do zapisu nutowego „Capriccio”.

1. Maryjo Fatimska pozdrawiamy Cię
Przybyłaś z daleka, tu też dzieci Twe.
Ave, Ave, Ave Maryja,

Zdrowaś, Zdrowaś, Zdrowaś Maryja.
2. Przeczysta Dziewico wiary naszej broń
Jak skała niech będzie, od wrogów jej chroń.
Ave, Ave…
3. Młodzieży daj męstwo, otocz skrzydłem swym
By miała myśl czystą, chroń przed wpływem złym.
Ave, Ave…
4. Nadzieję daj nieba, lepszych ziemskich dni
A rozpacz weź od nas, broń pomyślnych dni.
Ave, Ave…
5. Miłości żar w sercach niech płonie jak stos
Odmieni się wówczas nasz człowieczy los.
Ave, Ave…
6. Niech będzie brat bratem, niech nie judzi wróg
Niech zgoda nas złączy, spraw pokoju cud.
Ave, Ave…
7. Od grzechów nas odwróć, prostuj drogi złe
Pokuty wlej ducha, daj uprosić się.
Ave, Ave…
8. Maryjo my dzieci, ucz modlitwy nas
Pokutą przed Bogiem klęsk odwrócić czas.
Ave, Ave…
9. Ojczyznę błogosław, oddal od niej los
Co lękiem napawa, usłysz błagań głos.
Ave, Ave…
10. Maryjo z Fatimy, miej w opiece nas
Wyjednaj nam łaski, z Bogiem zjednocz nas.
Ave, Ave…

 

28 stycznia 2012        [575]

            No, to jeszcze do kompletu – nuty. Cieszę się, że już jako tako (to po japońsku!) opanowałem edytor nut Capriccio. Wspominam o nim po raz drugi, bo jest to program bezpłatny (jeśli służy do użytku prywatnego) i może się komuś przydać. Zachęcam do ściągnięcia i zainstalowania, chociaż bez instalacji też można zapisywać.          

Nuty zob. dział „Obrazki” à Nuty

 

29 stycznia 2012        [576]

            Juan Luis Lorda jest hiszpańskim księdzem, dziesięć lat młodszym ode mnie, należącym do Opus Dei. Miałem w ręku trzy jego książki. Z pierwszą, „Moralność. Sztuka życia” zetknąłem się przed laty podczas rekolekcji w ośrodku Opus Dei. Była bardzo niechlujnie wydana i jakaś dziwaczna.

Druga – „Być chrześcijaninem” – jest zupełnie czymś innym. Nic dziwnego, że wydano ją już  trzy czy cztery razy. Dysponuję starannym wydaniem z 2005 roku (Księgarnia św. Jacka i Apostolicum). Czytałem ją w 2007 roku uważnie, z podkreśleniami. Ale co jest bardzo ważne: nie były to odręczne podkreślenia lecz przy pomocy linijki. Inne znaczki wskazują, że czytałem ją powoli, po 2-3 strony. To świadczy, że była dla mnie bardzo ważna. Teraz – po prawie pięciu latach przerwy – zabrałem się do niej po raz drugi. Taką samą metodą, tylko podkreślać już nie trzeba.

Teraz ukazało się tłumaczenie trzeciej książki ks. Lordy. Nosi tytuł „Humanizm. Dobra niewidzialne. Wydała ją jakaś efemeryda o nazwie Fabri. Sądziłem, że będzie to swoista kontynuacja poprzedniej, skoro jest także owocem wykładów dla studentów. Niestety. Jest to zbiorowisko elementarnych porad na różne tematy. No, może nie ma nic o metodzie wywabiania plam na marynarce (o samych plamach tak), ale jest m.in. o czytaniu, pisaniu, mówieniu, o elegancji i kiczu, o humorze i jeszcze innych sprawach. Żeby było egzotycznie przytoczę fragment o schludności i czystości. Ale dopiero z jutrzejszą datą, bo ostatnio ogarnia mnie lenistwo.

 

30 stycznia 2012        [577]

            Dziś zapowiedziany fragmencik z epokowego dzieła J.L. Lordy „Humanizm. Dobra niewidzialne”

„Korzystanie z mydła jest ściśle związane z kulturą osobistą. Warto pamiętać o myciu zębów po posiłkach, o myciu rąk przed jedzeniem albo gdy trzeba pracować z delikatnymi przedmiotami. Należy często brać prysznic, a zawsze po wysiłku fizycznym. Warto zadbać o wietrzenie pokoju, jeśli przebywaliśmy w nim długo lub paliliśmy papierosy.

Z tego samego powodu trzeba często zmieniać bieli­znę i nie nosić kilka dni pod rząd tych samych butów. Podobnie należy korzystać z wierzchnich ubrań, w przeciwnym wypadku szybko nabierają one przykrego zapachu. Podobną troskę winniśmy okazywać względem włosów, paznokci, stóp czy intymnych części ciała.

Schludność to upodobanie w czystości i zarazem troska, aby się nie pobrudzić. Podczas spożywania posiłków trzeba uważać, by nie rozsypywać okruchów, nie wylewać sosów i płynów. We wszystkich czynnościach osobistej higieny zadbać, by pozostawić po sobie czysty prysznic, toaletę i umywalkę. Nie tolerować plam na ubraniu. Polerować buty. A kiedy nosi się okulary, pamiętać o tym, by często je czyścić i nauczyć się nie dotykać szkieł.

Wchodząc do jakiegoś domu, czyścimy buty na wy­cieraczce. Pracując przy czymś, co może poplamić (far­by stolarka, oleje), zakładamy ochraniacze. Opuszcza­jąc miejsce pikniku, pamiętamy, by nie zostawiać śmieci. W niektórych miejscach stało się modne umieszcza­nie takich napisów: „By nie można było powiedzieć, że wszystko tutaj było piękne, zanim przyjechałeś..." [s. 122-123]

 31 stycznia 2012        [578]

            Oczywiście, w książce J.L. Lordy jest także sporo tekstów, które nie budzą zdziwienia, ale też nie odkrywają Ameryki. Zrobił to już włoski żeglarz Cristobaldus Colonus. Zabieram się nawet do wstawienia obszerniejszej notki jemu właśnie poświęconej. Natomiast dziś i jutro wkleję tekst, który stwierdza, iż pisanie wspomaga uczenie się. Teza zawarta w czterech słowach pozwala autorowi zapisać kilka akapitów. Wybrałem tylko dwa.

„Nauczyć się czegoś dogłębnie można wyłącznie wtedy, gdy istnieje wysiłek wyjaśnienia tego innym, najlepiej na piśmie, ponieważ jest to wówczas przedsięwzięcie bardziej wy­magające. Pisanie nie jest czymś nadzwyczajnym, lecz czymś naturalnym, ku czemu zmierza życie intelektu­alne, nawet jeśli inne życiowe obowiązki to utrudniają. Istnienie dojrzałego życia intelektualnego bez pisania jest czymś trudnym, ponieważ ten, kto potrafi dużo i dobrze czytać, czuje się zobowiązany do pisania. Inną sprawą jest to, że rytm czy nadmiar obowiązków mu na to często nie pozwalają, co utrudnia doprowadzenie wielu zamierzeń do szczęśliwego końca. Ale wysiłek związany z pisaniem - choćby pozostał na poziomie intencji - zostanie wynagrodzony: życie intelektualne okaże się płodne, człowiek będzie wiedział więcej i z większą przenikliwością.” [s. 70]

 

1 lutego 2012             [579]

            Oczywiście, że wyłuskując z książki J.L. Lordy wypowiedzi o znaczeniu pisania, dostarczam sobie ideologicznego uzasadnienia: pisanie poprawia myślenie. Dlatego czy masz ochotę czy nie masz, wstaw codziennie przynajmniej parę linijek do swojego „Notesu”.

            „Każdy wie, że najlepiej się uczy jakiegoś przedmiotu, gdy trzeba wyjaśnić go komuś innemu. Wówczas trzeba uporządkować to, co się wie, wyartykułować zależności przyczynowe, dokonać rozumowania. Zaczyna się postrzegać jaśniej to, co wcześniej było pogmatwane, odkrywa się powiązania, które wcześniej uznawało się za oczywiste, pojawia się ścisłość w rozu­mowaniu i precyzja w stosowaniu pojęć. […]

Jeszcze bardziej jest to dostrzegalne przy pisaniu. Język pisany jest nieugięty dla osoby, która pragnie siebie wyrazić: nie przyjmuje skoków logicznych, zdań niedokończonych czy ich niedoskonałego połączenia. Język mówiony czasami opiera się na gestach, na tonacji głosu, zostawia rozpoczęte zdania bez zakończenia, czyni wiele nakładających się na siebie przybliżeń do tematu, czasami jednak bez osiągnięcia celu. Każdy specjalista doświadczył zapewne tego, że gdy zamierzał o czymś napisać, jego wiedza zyskiwała na jasności, ścisłości, porządku i strukturze. Kiedy pisał, zyskiwał poznanie pewniejsze, mocne, jasne i ustrukturyzowane. Nie jesteśmy tacy sami po napisaniu w poważny sposób o rzeczach, o których zwykliśmy sądzić, że je znamy. Poprzez pisanie doświadcza się niesłychanego wzrastania. Zatem aby dobrze opanować słowo i myślenie, koniecznie trzeba pisać.” [s. 137-138]

 

2 lutego 2012             [580]

            Od paru dni pastwię się nad autorem „Humanizmu”. Rzeczywiście, książka mnie nieco rozczarowała. Ale przecież wspomniałem, że zabieram się do powtórnej lektury J.L. Lordy „Być chrześcijaninem”. Czytam ją po kawałku jako swoistą lekturę duchową czy wręcz ascetyczną. Nie zamierzam jej streszczać ani wydobywać z niej fragmentów najistotniejszych. Przytoczę jedynie cytacik, który nadaje się jako wpis do sztambucha. Czy dziś jeszcze ktoś wie co to jest sztambuch?

„Ktoś powiedział, że

największym interesem świata

byłoby kupić ludzi za tyle, ile są warci

i sprzedać za tyle, na ile się oceniają.” [s.31]

 

3 lutego 2012             [581]

1.

            Powoli dochodzi do mojej świadomości, że prędzej czy później czeka mnie jeszcze jedna przeprowadzka. Ta pierwsza była przeze mnie zaplanowana. Wiedziałem kiedy nastąpi, gdzie się przeniosę, jakimi warunkami mieszkaniowymi będę dysponował. Dlatego w ciągu paru ostatnich lat zlikwidowałem cały księgozbiór, pozbyłem się niepotrzebnych rzeczy i papierów. Pamiętam słowa ks. Widery (już od listopada nie żyje), który mi radził: każdą rzecz, której nie używałeś przez ostatnie dwa lata – wyrzuć bez pardonu.

            Ale czeka mnie jeszcze druga. Problem polega na tym, że nie mam informacji o jej terminie. Niemniej trzeba się z nią liczyć. Dlatego co jakiś czas sięgam do skrzyń zdeponowanych w garażu i przeglądam moje papierzyska. Co nadaje się do zeskanowania i zapisania w notesie, to jeszcze wykorzystuję. Resztę wyrzucam.

2.

            Dwadzieścia lat temu obchodzono 500-lecie odkrycia Ameryki przez Kolumba. Wiele wówczas mówiono o uwarunkowaniach współczesnej sytuacji Kościoła w Ameryce Łacińskiej ówczesnym przebiegiem wydarzeń. Czytałem wówczas na ten temat co nieco. Chciałem sobie sprawy poukładać w głowie, dlatego zredagowałem parostronicowy szkic zatytułowany „Wyprawy Kolumba”. Bo były cztery. „Wyprawy Kolumba” wsadziłem do działu „Szkice”à „Różne szkice”. Polecam. Prawdziwy bestseller.

 

4 lutego 2012             [582]

1.

            Mrozy siarczyste. Ludzie nawet zaczęli ekscytować się tym stanem i licytują czyj termometr pokazał niższą temperaturę. Ale samo odczucie chłodu jest bardzo subiektywne. Przypomniała mi się sytuacja z Rybnika. Na drzwiach kościoła św. Antoniego wisiała swego czasu biała porcelanowa tabliczka z napisem: „Zamykaj drzwi. Kościół ogrzewany”. Rzeczywiście, gdy wchodziło się z 15-20 stopniowego mrozu, każdy odczuwał znaczne ocieplenie we wnętrzu. Jednak ogrzewania nie było. Dlatego podczas Mszy św. do kielicha podczas przygotowania darów wpadały z ampułki kawałki lodu. Ale połowa parafian była przekonana, że kościół jest ogrzewany.

2.

            Dopiero teraz dowiedziałem się, że twórczość Wisławy Szymborskiej jest do ogarnięcia. Ponoć napisała w sumie około 350 wierszy. Zmieszczą się więc bez problemu w jednym tomie. Wydawnictwo „Znak” zamieści chyba wszystkie. Także te, do których noblistka przyznawała się niechętnie. Kiedyś – jeszcze przed uruchomieniem „notesu” –  zapisałem sobie w moim kapowniku jeden z nich:

Partia. Należeć do niej,

z nią działać, z nią marzyć,

z nią w planach nieugiętych,

z nią w trosce bezsennej –

wierz mi, to najpiękniejsze,

co się może zdarzyć.

            Ogromnie cenię zapisaną w testamencie decyzję poetki o świeckim charakterze jej pogrzebu. Sytuacja jest klarowna i nie będzie przepychanek celebransów, który z nich najważniejszy.

 

5 lutego 2012             [583]

            Moim komentarzem do ACTA niech będzie Prawo Meskimena:

„Nigdy nie ma czasu, żeby coś zrobić porządnie,

ale zawsze jest czas na naprawę.”

 

6 lutego 2012             [584]

            Jestem jakiś osowiały, więc posiłkuję się gotowcem. Tym razem Prawo Meyera:

„Prostym zadaniem jest rzeczy komplikować,

skomplikowanym – upraszczać.”

 

7 lutego 2012             [585]

1.

            Czułem ostatnio pewną niechęć do stukania po klawiaturze. Dlatego zbyłem mój kajecik dwoma moralitetami. W tym czasie zatrzymałem się nad paroma wierszami Pierwszego Listu Św. Piotra. Tak, zdarza mi się zatrzymać nad tekstem biblijnym, który nieoczekiwanie zaczyna mnie frapować. Nabieram wówczas chęci utrwalenia – a raczej uporządkowania – swoich myśli, które zaczynają chodzić mi po głowie. Czuję się wówczas wręcz uskrzydlony, ponieważ owo chodzenie myśli po głowie dostrzegam coraz rzadziej. Żeby więc udowodnić samemu sobie, że ostatnie dwa dni ruszałem jednak pisakiem, wstawię owoc mojego zmagania z tekstem Apostoła. Nawiasem mówiąc stwierdziłem, że pisał bardziej mętnie niż ja sam. Dlatego mój wysiłek polegał w gruncie rzeczy na rozszyfrowywaniu tego, co zostawił.

2.

„Piotr, apostoł Jezusa Chrystusa, do wybranych, przybyszów wśród rozproszenia w Poncie, Galacji, Kapadocji, Azji i Bitynii, którzy wybrani zostali według tego, co przewidział Bóg Ojciec, aby w Duchu zostali uświęceni, skłonili się do posłuszeństwai pokropieni zostali krwią Jezusa Chrystusa. Łaska wam i pokój niech będą udzielone obficie!” (1P 1,1-2)

            Znamienne są określenia adresatów listu, którymi posługuje się Apostoł: „wybrani” oraz „przybysze”. Jakże specyficzną mentalność wyrażają! Dla wielu współczesnych religia jest rodzajem ograniczenia i obciążenia. Natomiast św. Piotr mówi o wyróżnieniu i uhonorowaniu. Chrześcijanie są ludem wybranym przez Boga. Dotąd jedynie Izraelici mieli świadomość szczególnego wybrania. Teraz Apostoł odnosi ten przymiot do uczniów Chrystusa. Nie jest to wybranie czymś przypadkowym. Zostało ono przez Boga przewidziane, niejako zaplanowane. Mają więc wyznaczone szczególne miejsce w Jego planach. Przypomnienie tej prawdy w obliczu prześladowań było bardzo na czasie.

            Chrześcijanie są przybyszami wśród rozproszenia. Dotąd zdarzało się często, że Izraelici żyli z różnych przyczyn w rozproszeniu w obcym kraju. Zawsze jednak pamiętali o świątyni w Jerozolimie. Dlatego synagogi były tak usytuowane, aby wchodzący do nich zwracali się ku Jerozolimie. Uczniowie Chrystusa, jako przybysze wśród rozproszenia, mają być ludźmi, których oczy są zwrócone ku Bogu. Znamienny jest następujący szczegół. Otóż Grecy przybysza w obcym kraju nazywali paroikos. Był to człowiek, który mieszkając wśród obcych, myślami przebywał we własnej ojczyźnie, we własnym domu. Tego rodzaju pobyt nazywano paroikia, od czego bezpośrednio pochodzi słowo parafia.

            Co jest celem owego wybrania, o którym pisze Apostoł? Jakie zamiary względem nas Bóg objawia przez jego słowa? We wstępie swojego listu wymienia on trzy elementy:

- uświęcenie w Duchu

- skłonienie do posłuszeństwa

- pokropienie krwią Jezusa Chrystusa

            Jesteśmy  uświęceni w Duchu. Duch Święty jest istotnym sprawcą całego życia chrześcijańskiego. On – jak stwierdza św. Paweł – „przychodzi z pomocą naszej słabości. Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami” (Rz 8,26).

            Posłuszeństwo jest konsekwencją wiary. Dlatego Sobór Watykański II przypomina: „Bogu objawiającemu należy okazać posłuszeństwo wiary (por. Rz 16, 26; Rz 1, 5; 2 Kor 10, 5-6), przez które człowiek z wolnej woli cały powierza się Bogu, okazując pełną uległość rozumu i woli […]”  (Dei Verbum 5).

            Jesteśmy pokropieni krwią Jezusa Chrystusa. Nieodparcie nasuwa się tu scena przedstawiona w Księdze Wyjścia: Gdy Mojżesz obwieścił treść przykazań a lud przyrzekł je wypełniać, zbudowano ołtarz i złożono na nim ofiarę. Wówczas Mojżesz „wziął krew i pokropił nią lud, mówiąc: ‘Oto krew przymierza, które Pan zawarł z wami na podstawie wszystkich tych słów’” (Wj 24,1-8). Chrześcijanie są nowym Ludem Wybranym, z którym Bóg zawarł Nowe Przymierze przez krew Jezusa Chrystusa.

 

8 lutego 2012             [586]

1.

            W mailowym liście Prałata Opus Dei znalazłem tekst artykułu, jaki ukazał się na łamach watykańskiego L’Osservatore Romano. Artykuł poświęcony jest czynnikom, które warunkują skuteczność przekazu wiary. W artykule mowa jest o zasadach, ale w moim odczuciu chodzi raczej o pewne cechy przekazu. Jak zwał tak zwał, przeczytać nie zaszkodzi.

http://www.opusdei.pl/art.php?p=47339

2.

Nad 1 Listem św. Piotra (2)

„Niech będzie błogosławiony Bóg i Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa. On w swoim wielkim miłosierdziu przez powstanie z martwych Jezusa Chrystusa na nowo zrodził nas do żywej nadziei: do dziedzictwa niezniszczalnego i niepokalanego, i niewiędnącego, które jest zachowane dla was w niebie. Wy bowiem jesteście przez wiarę strzeżeni mocą Bożą dla zbawienia, gotowego objawić się w czasie ostatecznym. (1P 1,3-5).

 

Jesteśmy ludźmi nadziei. „W powszechnym rozumieniu nadzieja jest tęsknym, zwróconym ku przyszłości oczekiwaniem jakiegoś dobra” (H. Vorgrimler). Dobro, które ma być moim udziałem, musi być przeze mnie poznane. Musi objawić mi się jako realne. Jeśli ja tę realność dobra dostrzegę i zaakceptuję, wówczas mogę odnieść je do samego siebie. Nadzieja rodzi się wówczas, gdy dostrzegę także możliwość osiągnięcia przeze mnie tego dobra. Może ono jawić mi się jako niezwykle istotne i stać się celem, który będę chciał osiągnąć. Cel ten, z kolei, może wyzwolić we mnie nową siłę, nową energię, która wręcz uskrzydli mnie w tym dążeniu.

Źródłem naszej chrześcijańskiej nadziei jest objawienie Boże, które pozwala nam poznać określone dobra. Jeśli objawienie tych dóbr uznam za prawdziwe, a więc uwierzę w jego realność i wiarygodność, wówczas może zrodzić się nadzieja, że także ja stanę się jego uczestnikiem.

Między mną a określonym dobrem zachodzi więc podwójna relacja. Pierwsza relacja skierowana jest ku mnie: Bóg, Dobro Najwyższe, objawia mi siebie, rzeczywistość, która mnie czeka. To objawienie mogę przyjąć, a więc uwierzyć w nie, lub je odrzucić. Jeśli uwierzę, wówczas możliwa jest druga relacja, skierowana ode mnie ku dobru, w które uwierzyłem i którego pragnę. Nadzieja jest więc pochodną wiary, jest swoistym zaaplikowaniem wiary do swojego życia. Nadzieja nie istnieje bez wiary. Z kolei wiara urzeczywistnia się, konkretyzuje w nadziei. Nic dziwnego, że w Piśmie Świętym znaczenia terminów „wierzyć” i „mieć nadzieję” przenikają się i wzajemnie dopełniają. Stąd w oracji brewiarzowej Wielkiego Czwartku modlimy się: „Boże […] dałeś nam nadzieję osiągnięcia tego, w co wierzymy”.

            Cóż więc jest przedmiotem naszej nadziei? Czego się spodziewamy ? „Dziedzictwa niezniszczalnego i niepokalanego i niewiędnącego, które jest zachowane dla nas w niebie.(1,4)

            Co jest źródłem naszej nadziei, jej fundamentem? Zmartwychwstanie Jezusa. „On w swoim wielkim miłosierdziu przez powstanie z martwych Jezusa Chrystusa na nowo zrodził nas do żywej nadziei.”(1,3)

           

9 lutego 2012             [587]

1.

            Ks. Adam Boniecki w dalszym ciągu zwraca na siebie uwagę niekonwencjonalnymi wypowiedziami. Ostatnio stwierdził, że Kościół nie może swojego stanu posiadania okopywać krzyżami. Nie wiem dokładnie o co mu chodziło.

            Ponieważ jest marianinem, więc od niechcenia zająłem się założycielem tego zgromadzenia bł. Stanisławem Papczyńskim, żyjącym w drugiej połowie XVII wieku. W wydawnictwie marianów Promic ukazało się parę lat temu opasłe tomisko z jego pismami, liczące ponad 1500 stron. Teraz – jak widzę – całość umieszczono w internecie, w sporym pliku pdf.

http://stanislawpapczynski.org/assets/pdfs/pisma-zebrane.pdf

2.

             Wśród bardzo nabożnych pism znajduje się także obszerny podręcznik retoryki zatytułowany „Zwiastun królowej sztuk”. Wklejam więc dwa cytaty zachwalające użyteczność kunsztownej wymowy. Pierwszy – to słowa o. Papczyńskiego; drugi – przytoczony cytat z Cycerona.

„Czy znajdzie się ktoś, kto by nie wiedział,

że wymowa jest potrzebna ludziom nie mniej niż słońce,

ogień, woda, powietrze i oczy umieszczone w głowie?

 

„Wygłaszając mowę

można zapanować nad zbiorowiskiem ludzi,

podbić serca ludzkie,

nakłonić wolę do tego, co my chcemy,

i odciągnąć od tego, czego ona chce”

                                   [De oratore I, 8,30]

 

10 lutego 2012           [588]

1.

            No to jeszcze dwa fragmenciki, jako ślad mojego grzebania w pismach bł. Stanisława Papczyńskiego. Oba z jego podręcznika retoryki. Pierwszy zawiera schemat przemówienia (kazania), drugi opisuje jakie zadania do spełnienia ma wstęp. Wstępy w słuchanych przeze mnie kazaniach są zwykle beznadziejne. Dlatego przytoczę pouczenie XVII-wiecznego autora. Można będzie zastosować je jako swoistą matrycę przy słuchaniu niedzielnego kazania.

2.

Mowa – jej części

a. wstęp

b. krótkie przedstawienie sprawy

c. obalenie tezy przeciwnika

d. opowiadanie

e. uzasadnienie lub dowodzenie

f. zakończenie

Wstęp (exordium) stanowi początek mowy i przygotowuje umysły słuchaczy do jej wysłuchania. Można to osiągnąć, jeśli dzięki jasności i zwięzłości tej części mowy pozyska się uwagę, zainteresowanie i życzliwość słuchaczy. A oto zalety dobrego wstępu:

a. wymuszanie uwagi

b. pozyskiwanie życzliwości

c. rozbudzanie zainteresowania

d. zwięzłość, ale zwięzłość przejrzysta, jasna

 

Wymuszanie uwagi (attentio), według pouczeń mistrza sztuki wymowy z Trapezuntu, odniesie skutek wtedy, kiedy udowodni się, że temat mowy porusza coś znaczącego albo coś nowego, albo dotyczy spraw religii, państwa, albo samych słuchaczy, osób im bliskich, postaci wybitnych, kiedy podkreśli się jego użyteczność i przekona się do niego słuchaczy, i wtedy dopiero można zwrócić się z prośbą do słuchaczy, aby uważnie wysłuchali mowy [przemówienia].

Pozyskanie życzliwości (benevolentia) zależy w dużej mierze od osobowości słuchaczy, mówcy albo tego, kogo mowa dotyczy, a także od samej sprawy czy zagadnienia, które się porusza, ale tak naprawdę to obie te zalety dobrego wstępu, to jest pozyskiwanie uwagi i życzliwości, zapewni autorytet mówcy, jego wiedza, rozgłos, jakim się cieszy, uczciwość i wymowa.

Rozbudzenie zainteresowania (docilitas) osiąga się poprzez przedstawienie tematu mowy, który ma poruszyć mówca, albo poprzez ukazanie celu, jaki chce osiągnąć swoją mową. Cyceron powiada: „Uda się nam rozbudzić zainteresowanie słuchaczy, jeśli zwięźle przedstawimy zasadnicze punkty (summa) sprawy”.

Zwięzłość (brevitas), zwięzłość przejrzysta (perspicua) i zrozumiała (dilucida) powinna być zauważalna już we wstępie, aby wstęp nie raził rozwlekłością i nie wywoływał zaskoczenia czy niechęci, a jednocześnie by nie był zbyt niewystarczający. Jednakże bardziej trzeba unikać rozwlekłości, która zupełnie tak samo zniekształca mowę jak nieproporcjonalnie wielka głowa wygląd człowieka. A zatem najlepszy wstęp to wstęp krótki i jasny, który będzie w stanie wywołać życzliwość słuchacza, przykuć jego uwagę i rozbudzić w nim zainteresowanie mową.

 

11 lutego 2012           [589]

            „Słyszy się dzisiaj nieraz, że zadanie wychowania polega na tym, aby młodego człowieka nauczyć bronienia własnych interesów. Istnieje jednak zadanie o wiele bardziej podstawowe, a mianowicie: nauczyć człowieka, by miał interesy, by – jak mówimy – ‘czymś się interesował’. Kto bowiem nauczył się tylko obrony własnych interesów, a nie interesuje się niczym innym poza sobą samym, ten nigdy nie będzie szczęśliwy. Dlatego też uczenie się, wyrabianie w sobie przedmiotowych zainteresowań, wartości – to istotne elementy spełnionego życia.”

            [R. Spaemann, Podstawowe pojęcia moralne. Lublin 2000 (wyd. KUL), s. 32.

 

12 lutego 2012           [590]

1.

            Okres mrozów sprawił, że praktycznie od paru tygodni nie ruszam się z domu. To zaś powoduje stan pogłębiającej się senności, ogłupienia wręcz. W rezultacie czytam coraz mniej. Ponadto wydarzenia, które mnie czekają, wywołują stan niepewności. Dlatego w najbliższym czasie muszę dokonać kolejnej selekcji moich rzeczy, zwłaszcza moich szpargałów i książek. Widzę, że w najbliższym czasie będę musiał się z tym stanem pogodzić. Nawet jeśli wrócę do względnej normalności, moja sprawność umysłowa zmniejszy się jeszcze bardziej. Chcąc nie chcąc będę musiał skoncentrować się na niewielkiej ilości tekstów, które potraktuję jako materiał ćwiczebny.

2.

            Prasa w ostatnim czasie przygląda się sytuacji w Watykanie. Z jednej strony mówi się o rozmaitych nadużyciach (np. finansowych, które ujawnił arcybiskup Carlo Maria Vigano, aktualny nuncjusz w USA), z drugiej o intrygach wśród najwyższych hierarchów. Osobą, która znalazła się w centrum uwagi mediów jest 82-letni kolumbijski kardynał Dario Castrillon Hoyos - emerytowany watykański hierarcha. Ponoć nie zaprzeczył informacji, że ostrzegał sekretariat stanu o rzekomym spisku na papieża. Ostatnie nominacje kardynalskie, głównie spośród Włochów, wywołują zdziwienie. George Weigel wskazuje z niepokojem nie tylko na zamykanie się kurii rzymskiej we własnym sosie, ale także na „częste narzekania na opieszałe tempo pracy Kurii, czy utrwalone systemowo kurialne kumoterstwo i nepotyzm.” To już poważne zarzuty.

           

13 lutego 2012           [591]

1.

            Raczej nie interesowałem się zagadnieniami, które wchodzą w zakres tzw. filozofii społecznej czy politycznej. Ale w ostatnim czasie ciągle pojawiają się najróżniejsze spory, w których szuka się idealnego modelu społeczeństwa. Ludzie nieustannie marzą o raju na ziemi i nieustannie usiłują go stworzyć.

            W całym gąszczu spraw znajduje się temat dotyczący relacji państwo – kościół. W dyskusjach i pyskówkach szuka się odpowiedzi na pytanie: jaką rolę powinna pełnić religia w życiu społeczeństwa, jakie uprawnienia mogą mieć instytucje religijne w społeczności pluralistycznej światopoglądowo?

2.

            Do niedawna wydawało mi się, że najsensowniejszy jest model amerykański. Ale ostatni konflikt między Kościołem Katolickim a prezydentem Obamą pokazuje, że tam też nie wszystko przebiega bez problemów. Niemniej jedna sprawa pozostaje frapująca. Stany Zjednoczone są dziwnym państwem, w którym nie zauważa się czegoś takiego jak dechrystianizacja  czy laicyzacja. To właśnie amerykańscy socjolodzy mogli spokojnie zakwestionować rozpowszechnioną w Europie tezę o nieuchronnym zaniku religijności. Dziś tacy ludzie jak Berger, Luckmann czy Casanova to niekwestionowane autorytety w socjologii religii. Ale też zgodnie podkreślają, że chociaż w przestrzeni publicznej jest miejsce dla religii, kościoły – dla swojego dobra – nie powinny wchodzić w alianse z władzą polityczną.

3.

            Jeszcze wczoraj z niedowierzaniem czytałem o rewelacjach prasowych, dotyczących sytuacji w Kurii Rzymskiej. Rzecznik prasowy zaprzeczał im stanowczo, nazywając je bzdurami i urojeniami. Dziś wypowiedział się kard. Walter Kasper na łamach „Corriere della Sera”: "Bardzo mi żal Ojca Świętego. Musi być bardzo zasmucony widząc, że inni starają się zburzyć to, co zbudował". […] - Nie wiem, czy to jest walka o władzę czy coś innego, nie zajmuję się tym. Nie jest jasne, do czego dążą. Może chodzi o zniszczenie sekretarza stanu, zaatakowanie innych osób […]"Na pewno ucierpi na tym wizerunek całego Kościoła"[…] "To problem braku kościelności. Temu, kto angażuje się w takie rzeczy, brakuje poczucia Kościoła, lojalności wobec niego i samego Watykanu".

- Panuje zły styl - podkreślił niemiecki hierarcha. Angażowanie się w intrygi i kłótnie kardynał Kasper nazwał "brakiem odpowiedzialności". Potępił również przekazywanie tajnych dokumentów mediom, co w ostatnim czasie kilkakrotnie miało miejsce. - W związku z tymi wydarzeniami wierni są zgorszeni i to słusznie. Ten, kto robi takie rzeczy, wywołuje zamęt wśród chrześcijan - powiedział niemiecki dostojnik.

4.

            Znany publicysta katolicki Vittorio Messori „uznał to za przejaw ‘upadku moralnego’ w Watykanie, problemów z brakiem dobrych kadr i powrotu do czasów walki o władzę w Kościele oraz karierowiczostwa. Podkreślił, że Watykan ‘pogrąża się’ z powodu nie tylko intryg, ale także ‘dyplomatycznych gaf’ i ‘błędów’. Messori skrytykował ‘biurokratyczną ekspansję, która nie ma końca’. Jego zdaniem pracujący w Watykanie duchowni mają problem z ‘chwiejącą się wiarą’, ponieważ szybko stają się urzędnikami, ulegającymi pokusom kariery.

http://wiadomosci.onet.pl/swiat/kardynal-kasper-kryzys-stylu-i-wiary-w-watykanie,1,5025142,wiadomosc.html

 

 

14 lutego 2012           [592]

            Po epoce prześladowań, trwających od 64 do 313 roku, zaczęła się epoka wolności religijnej. Ale także epoka przywilejów. Żyjący w IV wieku św. Hilary z Poitiers nie znał sytuacji sprzed edyktu tolerancyjnego. Urodził się mniej więcej w tym czasie, gdy Konstantyn z Licyniuszem podpisywali go w Mediolanie. Widział jednak co działo się w Kościele mniej więcej 40 lat po tym wydarzeniu.

            „Walczymy przeciwko podstępnemu prześladowcy, kuszącemu nas nieprzyjacielowi […] On nie rani nam pleców cięgami, ale głaszcze brzuch; nie konfiskuje dóbr w zamian za darowanie życia, ale bogaci nas i w ten sposób nas uśmierca; on nie popycha nas do prawdziwej wolności, wtrącając nas do więzi

15 lutego 2012           [593]

1.

            Zaglądam do książki: M. Potz, Granice wolności religijnej. Kwestie wolności sumienia i wyznania oraz stosunku państwa do religii w Stanach Zjednoczonych Ameryki. Wrocław 2008. Wydaje mi się, że w najbliższym czasie temat relacji państwo – Kościół nabierze aktualności za sprawą Funduszu Kościelnego. Dla PiS-u i Solidarnej Polski będzie to doskonała okazja do lansowania się na obrońców Kościoła. Zapewne także dla PJN, ale nie jestem pewien, czy ten twór jeszcze funkcjonuje.

2.

            Potz przytacza 4 modele relacji między państwem a religią, zaproponowane przez Benyamina Neubergera:

I.                 Kościół panujący – np. Wielka Brytania, Grecja, państwa skandynawskie – jeden ze związków wyznaniowych ma status oficjalnego, powiązanego w różny sposób z państwem. [Dziś w tych społeczeństwach – może poza Grecją - nastąpił największy kryzys religijny]

II.               Kościół wspierany – np. Polska, Irlandia, Włochy - wszystkie związki religijnie formalnie cieszą się równouprawnieniem, ale państwo faworyzuje jeden z nich bądź w sferze symbolicznej bądź materialnej

III.             uznawane wspólnoty religijne – np. Niemcy – państwo oficjalnie uznaje wiele związków wyznaniowych i jednakowo je wspiera (np. przez ściąganie przez państwo podatku na rzecz poszczególnych wyznań

IV.            separacja Kościoła od państwa – brak powiązań instytucji państwa z religiami i związkami wyznaniowymi. W Stanach Zjednoczonych mamy do czynienia z formą separacji.

 

16 lutego 2012           [594]

            No to mamy kolejny popis chamstwa. O ile autorzy wcześniejszych wyczynów przynajmniej udawali skruchę, Jan Tomaszewski pozostał w stanie zadowolenia. „Poseł PiS żartu nie żałuje i znów go powtarza. - Ona sama sobie to zrobiła. Ja w pewnym momencie powiedziałem, że jej działalność przypomina właśnie ten dowcip "jak zapłodnić krowę" - że wystarczy ją postawić na lód, to sama się wypieprzy - mówi nam. - Nie mam żadnej krępacji co do tego, po prostu chciałem tylko uwypuklić problem, że pani minister sama sobie strzeliła w kolano - podkreśla. Tomaszewski nie uważa też, by dowcip był niesmaczny.”

Nie będę tego komentował, ale też trudno przejść wobec takiego „wyczynu” obojętnie.

 

17 lutego 2012           [595]

1.

            Dla zrozumienia amerykańskich relacji państwo – wyznania religijne, podstawowe znaczenie mają dwa pojęcia: demokracja i wolność. W potocznym rozumieniu demokracja jest gwarancją wolności. Ale przecież w demokracji większość może zniewolić mniejsze grupy czy nawet pojedyncze osoby. Ustrój polityczny Stanów Zjednoczonych nazywa się więc często republikańskim, ze względu na zastosowane w nim „ograniczniki” dzikiej demokracji.

            Pojęcie wolności jest różnie rozumiane. W przypadku struktur ustrojowych mamy do czynienia raczej z jej negatywnym ujęciem. Znaczy to, że jednostka powinna napotykać jak najmniej ograniczeń w działaniu. A więc: jak najmniej przeszkód w realizowaniu własnej koncepcji dobrego życia. Nie powinna być uszczęśliwiana lub „cywilizowana” przez inne podmioty według jakiegoś pseudo obiektywnego wzorca. „Granicą wolności jednego człowieka powinna być w zasadzie wyłącznie wolność drugiego człowieka, a przymus ze strony państwa winien ograniczać się do niezbędnego minimum” (Potz, s.39)

2.

Przyglądając się sytuacji amerykańskiej nie można zapomnieć o specyficznym zróżnicowaniu religijnym społeczeństwa. Wyznań o charakterze chrześcijańskim jest tam kilkaset. Do tego dochodzą Żydzi, muzułmanie różnych maści, sikhowie, hinduiści, buddyści i ateiści. I wszyscy inni, jakich zdołamy sobie przypomnieć. Oczywiście są też wyznania, które wyrosły już na gruncie amerykańskim jak np. mormoni czy świadkowie Jehowy. Jednak dominującą rolę w społeczeństwie amerykańskim odgrywają wyznania protestanckie. Pozwolę sobie – na podstawie mojego opracowania - przypomnieć parę danych, które ilustrują ich stopniowy napływ z Europy.

3.

            „Teren kontynentu północnoamerykańskiego od czasu jego odkrycia w 1497r. przez G. Gaboto, stawał się stopniowo mozaiką różnorodnych wyznań chrześcijańskich. Wyznawców rozmaitych nurtów protestantyzmu europejskiego wiodła do Nowego Świata nie tylko nadzieja szybkiego wzbogacenia, ale także bardzo często konieczność schronienia się przed prześladowaniami politycznymi i religijnymi spotykającymi ich w Europie. W 1585 r. pojawili się w Ameryce Północnej anglikanie. W 1620 r. przybyli z Holandii pierwsi kongregacjoniści. W 1614r.i 1660 r osiedli tam prześladowani w Anglii, Szkocji i Irlandii prezbiterianie. W 1632 r. pojawiła się pierwsza grupa mennonitów. W 1639 dołączyli baptyści zwani powszechnymi a w pięć lat później partykularni. Swoistego kolorytu dopełnili w 1681 r. kwakrzy, chroniący się przed prześladowaniami, jakie dotknęły ich w Anglii. Oczywiście, że wśród przybyłych byli też wyznawcy luteranizmu i Kościoła reformowanego, chociaż dołączyli dopiero w I połowie XVIII wieku. Nieco później, bo w 1760 r. pierwsze gminy założyli metodyści. 

            Druga połowa XVIII w. jest okresem pojawienia się kolejnych grup wyznaniowych, zrodzonych już na terenie amerykańskim. Początek dały im środowiska murzyńskie, separujące się od białych i niezadowolone z niezdecydowanej postawy swoich Kościołów wobec instytucji niewolnictwa. Tak powstał w 1787r. African Methodists Episcopal Church oraz African Methodist Episcopal Zion Church, usamodzielniony w 1821 r. Ukształtowana na przestrzeni długiego okresu sytuacja religijna umocniła się w połowie XIX wieku. Jest to więc sytuacja dominującego, ale równocześnie ogromnie zróżnicowanego protestantyzmu.”

 

18 lutego 2012           [596]

            „Człowiek posiada wyjątkową zdolność do usprawiedliwiania się. Jednym z najczęstszych motywów jest porównanie: ‘Inni tyle nie pracują’. Warto zauważyć, że ten rodzaj porównań jest typu ‘równania w dół’: zawsze porównujemy się do tych, którzy mniej czynią. W rzeczywistości dobrze byłoby porównywać się z tym, który pracuje więcej.”

[J.L. Lorda, Być chrześcijaninem. Katowice-Ząbki 2005, s.49]

 

19 lutego 2012           [597]

„Moim zdaniem ludzie skłonni do gniewu nie zasługują na to, by ich dopuszczać do towarzystwa ludzi spokojnych i dlatego należałoby właściwie usunąć ich z najbliższego otoczenia. Nigdy bowiem nie przestaną mącić spokoju publicznego, od którego nie ma na świecie nic bardziej korzystnego, nic przyjemniejszego. Ponieważ sami sieją wokół siebie niepokój, wydaje im się, że i inni robią to samo, a to dlatego, że z jednej strony nie chcą, aby tylko im przypisywano obłędną zapalczywość, a z drugiej strony nie chcą pozbawiać się radości z cudzego nieszczęścia, które przypomina im własne wady. Podobnie jak ci, którzy bardzo rzadko wybuchają śmiechem, niechętnie patrzą na ludzi roześmianych, podobnie jak ponuracy chyba tylko pod przymusem zbliżają się do ludzi przepełnionych radością, a miłośnicy milczenia unikają natrętnej i gadatliwej ciżby ludzkiej, tak ci szaleńcy nie znoszą ludzi spokojnych i cieszą się przebywając w towarzystwie ludzi sobie podobnych.

[Bł. Stanisław Papczyński, Pisma zebrane, s. 329]

 

20 lutego 2012           [598]

            „Co jest właściwe dla chrześcijanina?

Każdego dnia i o każdej godzinie czuwać i być gotowym, aby doskonale spełniać to, co podoba się Bogu, wiedząc, że w chwili, w której się nie spodziewamy, Pan przyjdzie.”

                        [Św. Bazyli Wielki, Reguły moralne 80]

            Dowiedziałem się o śmierci mojego rocznikowego kolegi ks. Józefa Krawczyka.

 

21 lutego 2012           [599]

            Refleksję nad skłonnościami/pożądliwościami, które dziś nazywamy grzechami głównymi, zainicjował Ewagriusz z Pontu (345-399), mnich żyjący na pustyni egipskiej. Jego nauczanie rozwinął Jan Kasjan (360-435). Wskazywali oni na osiem logismoi – podszeptów demona, zniewalających mnicha: łakomstwo, rozwiązłość, chciwość, gniew, smutek, acedię, próżność i pychę. Żyjący dwa wieki później św. Grzegorz Wielki (540-604) wprowadził modyfikację w dotychczasową koncepcję. Rozróżnił i szeroko omówił siedem grzechów głównych. Jego rozwiązanie, bardziej przejrzyste, zostało upowszechnione w nauczaniu katechetycznym Kościoła. Także aktualny Katechizm Kościoła Katolickiego przyjmuje stanowisko św. Grzegorza Wielkiego. Niemniej nurt monastyczny również w dalszym ciągu jest rozwijany. W nim należy umieścić opracowanie: Enzo Bianchi, Walka o życie. Poznać i zwalczyć grzechy główne. Wydawcą jest Homo Dei.

 

22 lutego 2012           [600]

            Dziś Popielec. Równocześnie upłynęło 600 dni mojego pobytu w edenie. W brewiarzu piękny hymn. Parę lat temu napisałem do niego melodię. Nie mamy bowiem wielu pieśni, które można wykorzystać w liturii w pierwszym okresie Wielkiego Postu. Zdecydowana większość ma charakter pasyjny. Hymn, który przytaczam, nadaje liturgii (mszalnej) nostalgiczny, pokutny charakter.

Przed Tobą, Ojcze, stajemy skruszeni

I obciążeni winami,

A niosąc w sobie bezsilną samotność,

Szukamy Twojej pomocy.

Bo przecież jesteś troskliwym pasterzem

I nie chcesz śmierci grzesznika,

Lecz by się zwrócił do Ciebie w pokorze,

A przez to życie otrzymał.

W tym świętym czasie powrotu do Ciebie,

Gdy dajesz łaskę pokuty,

O miłosierdzie błagamy z nadzieją

I zło naprawić pragniemy.

Potężne światło, jaśniejsze od słońca,

Którego tarcza już wschodzi,

Wielbimy Ciebie, nasz Boże i Panie,

W Najświętszej Trójcy Jedyny. Amen

Nuty zob. dział: Obrazki à Nuty

 

23 lutego 2012           [601]

            Jutro pogrzeb mojego rocznikowego kolegi. Poproszono mnie o wygłoszenie kazania. Pogrzeb ma prowadzić bp Józef Kupny. Siedzę więc od wczoraj i powolutku spisuję luźne myśli. Do jutra powinny poskładać się w jakąś całość.

            W sytuacji, gdy masz mówić w obecności kilkudziesięciu księży, mimowolnie pojawia się pokusa wywarcia pozytywnego wrażenia. Przypominają mi się ostrzeżenia św. Alfonsa de Liguori. Wiele uwagi poświęcał on celowi przepowiadania. Cel w jego pismach posiada dwojakie znaczenie: motyw oraz konkretnie ujęty rezultat, jaki zamierzamy osiągnąć. Mówiąc o celu w pierwszym znaczeniu, przeciwstawia się rozpowszechnionemu w jego czasach traktowaniu kazania w kategoriach swoistego popisu aktorskiego, który ma wywołać podziw dla mówcy. Tymczasem przepowiadać należy „nie dla jakiejś doczesnej korzyści, ale dla chwały Boga; nie dla zyskania próżnej sławy, ale dla przybliżenia zbawienia duszom. […] „Tacy głosiciele, którzy mówią po to, aby zapewnić sobie sławę, a nie Bogu chwałę, są nie tylko bezużyteczni, ale często także szkodliwi dla słuchaczy”.

            Pięknie, ładnie. Ale nie mam zamiaru skompromitować się przed duchowieństwem całej diecezji. Czy muszą wiedzieć, że się kończę? Mój rocznikowy kolega (W.B.) mówił mi kiedyś: „Oj, Pietrzyk, Pietrzyk. Ty się już kończysz.” To było w 1985 roku.

 

24 lutego 2012           [602]

            Najpierw minister obrony narodowej a później premier zapowiedzieli redukcję etatów kapelanów wojskowych o połowę. Ponoć wówczas, gdy liczebność armii malała, wzrastała liczba kapelanów. W odpowiedzi rzecznik ordynariatu polowego popisał się kilkoma bzdurami.

Bzdura pierwsza: „Dalsze likwidowanie etatów kapelańskich w wojsku może spowodować zamknięcie niektórych kościołów garnizonowych.” Po co zamykać? Przecież do nich chodzą głównie cywile a nie wojskowi. Oddać lub wynająć je diecezjom.

Bzdura druga: „Konsekwencją takich decyzji będzie pozbawienie systematycznej opieki duszpasterskiej części kadry zawodowej, szpitali wojskowych, szkół wojskowych, rodzin wojskowych, emerytów, rencistów oraz weteranów i kombatantów" W bezpośrednim sąsiedztwie mojego kościoła znajdowała się jednostka wojskowa. Na terenie parafii mieszkało wielu oficerów z rodzinami. Całe bloki należały do wojska. Jeśli w ciągu 25 lat mojego proboszczowania tymi ludźmi zajął się chociaż jeden z kapelanów (np. z Katowic lub innego ośrodka) to ja jestem arcybiskup katowicki. Chciałbym dowiedzieć się na czym polega duszpasterska opieka kapelanów nad emerytami i rencistami wojskowymi. Na terenie mojej parafii miałem ich grubo ponad setkę, łącznie z dowódcami jednostki wojskowej.

Nie będę opisywał moich dokonań, które faktycznie należały do obowiązków kapelana wojskowego. Ale nie mogę ścierpieć bzdur wypowiadanych przez facetów, których ciepłe, wygodne posadki nagle zostały zagrożone.

 

25 lutego 2012           [603]

„Pamięć to coś naprawdę dziwnego. Szufladki ma wypchane kompletnie nieprzydatnymi, bezsensownymi rzeczami. A człowiek zapomina jedną po drugiej te ważne, naprawdę potrzebne.”

 [Haruki Murakami] 

 

26 lutego 2012           [604]

            „Jeśli czytasz to samo, co inni ludzie, potrafisz myśleć tylko tak jak oni. To prostacy i prymitywy. Normalny człowiek nie robi rzeczy, których musiałby się wstydzić.”

[Haruki Murakami, Norwegian Wood]

            Oj Haruki, Haruki. Takie rzeczy wypisujesz. A ja właśnie – ponieważ wszyscy cię czytają – także chciałem zaznajomić się z twoją pisaniną. Właśnie zamierzałem zacząć od Norwegian Wood. Na początku marca wybieram się do przytulnego „pensjonaciku”. Zalecono mi zabrać z sobą tzw. „lekturę”. Czy nie rozumiesz, że musi być lekka w trzymaniu i lekka w czytaniu, żeby w ogóle nadawała się do czegokolwiek?

27 lutego 2012           [605]

„Śmierć nie jest przeciwieństwem życia, noszę ją w sobie od urodzenia i choćbym nie wiem jak się starał, nie uda mi się o tym zapomnieć.”

[Haruki Murakami, Norwegian Wood]

28 lutego 2012           [606]

1.

            Od kazania wygłoszonego podczas ingresu aż do ostatniego listu pasterskiego na Wielki Post, w wypowiedziach abpa Skworca przewija się wątek niesienia pomocy potrzebującym. Dla przykładu wypisuję kilka luźnych fraz z ostatniego listu: „odczytujemy wielkopostne wezwanie Ojca Świętego Benedykta XVI, byśmy troszczyli się o siebie wzajemnie, byśmy się wzajemnie zachęcali do miłosiernej miłości, wyrażanej w dobrych uczynkach. […]Troska, to także splot wrażliwego spojrzenia i wyciągniętej, pomocnej dłoni. Kto się prawdziwie troszczy, ten patrzy na człowieka z miłością; ten widzi ludzką biedę i stara się jej zaradzić, zabiegając nie tylko o dobro doczesne bliźniego, ale i o jego dobro wieczne. […]W budowaniu Kościoła-domu niezmiernie ważną rolę spełniają wolontariusze, tj. osoby, które pragną pomagać innym. Są one niejako „oczyma Kościoła”, który z troską dostrzega nie tylko radości i nadzieje ludzi, ale również ich potrzeby, smutki i lęki. Jakże nie wspomnieć tutaj o działających w parafiach wolontariuszach: Caritas, Legionu Maryi, różnego rodzaju stowarzyszeń i organizacji pozarządowych. Osoby tworzące je, widzą i pomagają.”

2.

            Tak jak przypuszczałem (np. w notce z dnia ogłoszenia nominacji), sprawy Caritas uzyskują w posłudze Abpa istotną rangę. W związku z tym przypominają mi się dwie postacie sprzed lat. Pierwsza to ks. Franciszek Blachnicki. Wczoraj przypadała 25 rocznica jego śmierci. Centrala ruchu oazowego mieściła się w Krościenku – na terenie diecezji tarnowskiej, nie mówiąc już o tym, że był naszym katowickim księdzem. Stąd zapewne polecenie, by w tym dniu w każdej parafii odprawiono Mszę św. o beatyfikację Sługi Bożego.

Podczas wykładów z teologii pastoralnej ks. Blachnicki czytał nam monotonnym głosem swoją pracę doktorską o pośrednictwie zbawczym w ujęciu Franza-Ksawera Arnolda. W tym ujęciu eksponował rolę słowa i sakramentu w procesie zbawczym. Rysował trójkąty, którego elementami były słowo – sakrament – wiara. Przyjmowaliśmy to bez wahania, bo jako studenci wiedzieliśmy niewiele więcej ponad to, co słyszeliśmy na wykładach.

3.

            Gdy już byłem paroletnim księdzem, zwłaszcza w okresie stanu wojennego, organizacją pomocy zajmował się bp Czesław Domin. Był raczej praktykiem niż teoretykiem. Nawet jako biskup nie miał doktoratu. Podkreślał jednak z uporem, że działalność Kościoła nie może bazować wyłącznie na słowie i sakramencie. Kościół – mówił – podobnie jak stolik musi mieć (przynajmniej) trzy nogi: słowo – sakrament – caritas. Opracował też regulamin działania parafialnych zespołów charytatywnych, w których ta teza była jednoznacznie sformułowana. W tym czasie kanclerzem był ks. Wiktor Skworc. Czy ta idea nie utkwiła już wówczas w jego głowie? Nieistotne. Faktem jest, że w diecezji tarnowskiej powołał do istnienia wiele instytucji charytatywnych.

4.

            Skoro sobie tak dywaguję, przywołam jeszcze pierwszą encyklikę Benedykta XVI „Deus Caritas Est”. Nie będę tu wiele mędrkował, tylko przytoczę passus, o który mi chodzi:

„Wspomnienie postaci cesarza Juliana Apostaty († 363) może raz jeszcze pokazać, jak bardzo istotna dla Kościoła pierwszych wieków była zorganizowana i praktykowana caritas. Jako sześcioletnie dziecko, Julian był świadkiem zabójstwa swego ojca, brata i innych członków rodziny, dokonanego przez straże cesarskiego pałacu; odpowiedzialnością za tę brutalność – słusznie czy nie – obciążył imperatora Konstancjusza, który uważał się za wielkiego chrześcijanina. Z tego powodu wiara chrześcijańska była dla niego raz na zawsze zdyskredytowana. Gdy został imperatorem, zdecydował odnowić pogaństwo, antyczną religię rzymską, reformując ją jednocześnie w taki sposób, aby mogła stać się siłą napędową imperium. W tej perspektywie obficie czerpał inspirację z chrześcijaństwa. Ustanowił hierarchię metropolitów i kapłanów. Kapłani musieli troszczyć się o miłość bogów i bliźniego. W jednym ze swoich listów napisał, że jedyną rzeczą, która trafiała mu do przekonania w chrześcijaństwie, była działalność charytatywna Kościoła. Dla jego nowego pogaństwa było zatem sprawą decydującą przeciwstawić systemowi działalności charytatywnej Kościoła, podobną działalność w ramach jego religii. « Galilejczycy» - mówił – tak zdobyli świat. Trzeba było z nimi rywalizować, a nawet ich przewyższyć. W ten sposób imperator potwierdzał, że caritas była decydującą cechą wyróżniającą chrześcijańską wspólnotę Kościoła.” [n.24]

5.

            Następny akapit encykliki jest niczym powtórzenie tego, co napisałem o bpie Dominie:  „Dotarłszy do tego miejsca, zwróćmy w naszej refleksji uwagę na dwa istotne elementy:

a) Wewnętrzna natura Kościoła wyraża się w troistym zadaniu: głoszenie Słowa Bożego (kerygma-martyria), sprawowanie Sakramentów (leiturgia), posługa miłości (diaconia). Są to zadania ściśle ze sobą związane i nie mogą być od siebie oddzielone. Caritas nie jest dla Kościoła rodzajem opieki społecznej, którą można by powierzyć komu innemu, ale należy do jego natury, jest niezbywalnym wyrazem jego istoty.” […]

6.

            Na tym kończę recenzowanie. Na dziś. Chyba nie muszę tłumaczyć, że pisałem o nowej ewangelizacji?

 1 marca 2012  [608]

1.

            Czytanie powieści uważałem w zasadzie za stratę. Dlatego przeczytałem ich zaledwie kilka, może kilkanaście. Teraz jest mi już wszystko jedno. Dlatego – przynajmniej w najbliższym czasie – nastawiam się tylko na czytanie jako takie. Z jednej strony absorbuje ono twoje rozterki. Z drugiej usprawiedliwia milczenie. I w pewnym stopniu izoluje cię od otoczenia.

            Coraz wyraźniej widzę, że mam mniej sił i chęci na czytanie tekstów tak zwanych myślicieli. Często pod powłoką wyszukanego słownictwa kryje się w nich ubóstwo myśli. Bełkot przybiera postać głębi intelektualnej. Autor zużywa nieraz kilkaset stron na wypowiedzenie treści, które z powodzeniem można by zapisać na kilku kartkach. Przeciwieństwem jest powieść, która w bezpretensjonalny sposób daje ci okazję do czytania bez specjalnego wysiłku.

2.

            Nawet nie usiłuję odtworzyć w pamięci impulsu, który skłonił mnie do sięgnięcia po pisaninę japońskiego autora Haruki Murakami. Jakieś wrażenie zrobiła na mnie informacja, że  w samej Japonii jego powieść Norwegian Wood  kupiło 3,5 miliona osób. – Cóż w niej takiego niezwykłego? – myślę sobie.

            Dodatkowego bodźca dostarczyły mi biegające w necie cytaty. Teraz jednak – gdy już powieść trzymam w ręce – zorientowałem się, iż Murakami nie jest skarbnicą złotych myśli. Owszem, co jakiś czas wstawi jakieś układne zdanko, ale La Rochefoucalt z niego żaden.

3.

„Mam już taki charakter, że aby coś zrozumieć, muszę najpierw to zapisać”. Zwróciłem uwagę na to zdanie, ponieważ zawiera tezę, którą niedawno przepisałem z „Humanizmu” Lordy. Dotarłem też do zdania, które trzy dni temu przepisałem z netu. Przytoczę je jeszcze raz w wersji oryginalnej, to znaczy bez skrótu:

„Śmierć nie jest przeciwieństwem życia, noszę ją w sobie od urodzenia i choćbym nie wiem jak się starał, nie uda mi się o tym zapomnieć, ponieważ śmierć, która zabrała [siedemnastoletniego Kizukiego] w majową noc, w tym samym momencie zabrała i mnie.”

Kizuki był jedynym przyjacielem głównego bohatera powieści. Kilka przesłanek sugeruje, że Norwegian Wood jest – przynajmniej po części – powieścią autobiograficzną. Ale nie jest to aż tak ważne. Bo jeśli masz kogoś, kogo możesz wstawić w miejsce owego siedemnastoletniego Kizukiego, wówczas możesz powtórzyć całą maksymę. Nie może być inaczej.

 2 marca 2012             [609]

1.

            Jak już wspomniałem, firma udostępniająca szablon mojego notesu postanowiła przerobić tzw. panel administracyjny. Chociaż zapewniają, że wprowadzili wiele udogodnień, nie jestem przekonany do wprowadzonych zmian. Ale muszę się z nimi pogodzić i je opanować. Wczoraj straciłem sporo czasu, bo cała machina nie chciała ruszyć. Okazało się, że koniecznie trzeba zainstalować nową przeglądarkę. Uczę się więc obsługiwać Mozillę Firefox i wspomniany panel.

            Czemu jednak o tym piszę? Otóż notes inaczej wygląda gdy wywołuje się go z Internet Explorera a inaczej gdy z Firefoxa. A niezależnie od tego zmieniono sam szablon. Na IE czcionki uległy zmniejszeniu, nie mówiąc już o drugiej przeglądarce. Sam nie wiem co widzą moi Czytelnicy. Dobrze by było o ewentualnych problemach powiadomić mnie przez „komentarze”.

2.

Zdawało mi się, że lektura do czytania w łóżku powinna być lekka w trzymaniu i lekka w czytaniu. A tymczasem: ku mojemu zaskoczeniu Norwegian Wood wydana w wersji pocket ma bardzo małą czcionkę. W tej sytuacji sam już nie wiem co jest większym utrudnieniem: mała czcionka czy bełkot tekstu, nie wspominając o ciężarze książki. Książka Murakami ma jeszcze jeden feler: mniej więcej raz na godzinę lektury pojawia się w niej wątek erotyczny. Jeśli ktoś weźmie ją do ręki, pomyśli sobie: ten stary ksiądz to jakiś dewiant erotyczny. Trudno jednak zarzucić autorowi erotomanię, jeśli kreśli obraz japońskich studentów końcówki lat sześćdziesiątych. Czemu jednak tę książkę kupiło 3,5 miliona Japończyków?

3.

            Na dobre zaczęła się Wielka Debata o Finansach Kościoła. Wkrótce mają się rozpocząć pertraktacje episkopatu z rządem. Już teraz można odnieść wrażenie, jakby żaden inny istotny problem w Kościele polskim nie istniał. Według mojej kalkulacji szczyt „negocjacji” przypadnie na połowę marca. Postanowiłem więc zaopatrzyć się w jakąś ochronę przed kąśliwymi epitetami i przekleństwami, jakie musiałbym wysłuchiwać ze strony otoczenia: kupiłem nowe słuchawki do telefonu. Takie z gąbką, żeby dobrze tłumiły. Będę je zakładał i słuchał radia. Ja zaś nie mogę skasować z mojej pamięci zasady przypomnianej przez Jana Pawła II w encyklice o Bożym  miłosierdziu: „summum ius – summa iniuria”. Obyśmy dopominając się o sprawiedliwość dziejową, największej krzywdy nie wyrządzili sami sobie.

 3 marca 2012             [610]

            Raz w miesiącu mamy w edenie gawędy teologiczne zatytułowane „Niezbędnik teologiczny”. Prowadzi je ks. Grzegorz Strzelczyk. Przed miesiącem rozbolało go gardziołko – więc spotkanie odwołano. Teraz – w ostatnią środę miesiąca – uczestników było niewielu. Ks. Grzegorz, który ostatnio wygłaszał referat do księży podczas tzw. rejonówek, nie mógł się jakoś zdecydować na jego powtórzenie. Rozpoczęliśmy więc gawędę o tym i owym. Podczas rozmowy stwierdził, że w okresie posoborowym teologia nie zajmowała się wyłącznie Kościołem. Także rozwinęła się chrystologia.

– Ale najważniejszym problemem współczesnego człowieka jest problem Boga - wtrąciłem.

– Owszem, ale jakiego Boga? – zapytał. Teologia chrześcijańska nie głosi i nie może głosić innego Boga, jak tylko Boga Jezusa Chrystusa. I tu – ku mojemu zaskoczeniu – jako przykład zaawansowanej refleksji na ten temat wskazał na pracę Waltera Kaspera (dziś kardynała) zatytułowaną „Bóg Jezusa Chrystusa”.

            Przywołanie książki Kaspera nieco mnie przekonało. Zaskoczyło jednak równocześnie, że tak wysoko ją wycenia, bo w Polsce przeszła bez echa. Z pewną satysfakcją pochwalę się, że wytrzymała kilka selekcji i przywiozłem ją z sobą do edenu. Więcej: trzymam ją na półce przy łóżku, wśród 20 – 30 pozycji, które jawią mi się jako najbardziej przydatne. Jest dość gęsto przeze mnie „oznakowana”, co jest ubocznym skutkiem uważnego czytania. Czy jednak jest ona chociaż w pewnej mierze odpowiedzią na pytanie o Boga, jakie stawia współczesny człowiek?

            Sam Kasper zdaje się być przekonanym, że tak jest. W pierwszym zdaniu przedmowy stwierdza: „Problem Boga jest podstawowym problemem teologii.”  Kilkanaście wierszy dalej dopowiada: „Odpowiedzią na współczesny problem Boga i sytuację nowożytnego ateizmu jest tylko Bóg Jezusa Chrystusa, trynitarne wyznanie wiary; istotne jest wydobycie go na nowo z pokątnego bytu i uczynienie zasadą całej teologii.” Tak więc teza, którą wypowiedział ks. Strzelczyk jest jakby powtórzeniem słów Kaspera.

Powstaje jednak dręczące pytanie: w jaki to sposób Bóg Jezusa Chrystusa jest odpowiedzią na egzystencjalne pytania współczesnego człowieka? Chociaż dość uważnie przedzierałem się przez książkę Kaspera, nie przypominam sobie, by odbiegała od tego, co piszą inni. Owszem, jest erudycyjna. Jednak właśnie w owej erudycji autor się wręcz zagrzebał i jakby zapomniał o co mu chodzi. Kiedy czytałem jego nieco wyniosłe uwagi o „wielce opłakanym zastoju teologii” zastanawiałem się, czy nie jest zadowolony z siebie, gdyż stworzył dzieło zasługujące na podziw jego kolegów po fachu.

P.S. Książka „Bóg Jezusa Chrystusa” została napisana 30 lat temu (1982), w Polsce wydana w 1996r. Gdy/jeśli wrócę i będę w stanie czytać być może zabiorę się do niej jeszcze raz. Wóz – przewóz.

4 marca 2012             [611]

1.

            Mamy już drugą niedzielę Wielkiego Postu, ale pisać chcę o pierwszej. Wtedy zwykle biskupi ogłaszają listy pasterskie. Nie jestem z tego zachwycony przynajmniej z dwu powodów. Pierwszy z nich to spóźnienie. Skoro Wielki Post zaczyna się w Popielec, wówczas zachętę na ten okres należałoby odczytać przed jego rozpoczęciem. Drugi powód to szczególny charakter pierwszej niedzieli wielkopostnej. Czyta się wówczas opis kuszenia Pana Jezusa na pustyni. Szatańska pokusa dotyka najsłabszych sfer naszego człowieczeństwa. Św. Jan nazywa je pożądliwością ciała, pożądliwością oczu i pychą żywota. Te trzy dziedziny przybierają konkretny kształt w postaci tak zwanych grzechów głównych.

            Pierwsza niedziela Wielkiego Postu jest więc czasem rozpoznawania naszych ludzkich słabości i przezwyciężania ich. „Chodzi o niewidzialny bój, w którym człowiek stawia opór złu i walczy, aby nie zostać pokonanym przez pokusy, te popędy i podszepty, które drzemią w głębi jego serca, ale często się budzą i wyłaniają z agresywną siłą, przybierając oblicze zwodniczych skłonności.” [E. Bianchi, Walka o życie. Poznać i zwalczyć grzechy główne. s. 13-14]

2.

            Jeśli list pasterski jest o czymś – chwała Bogu. Bywa jednak, że został napisany (często przez kogoś innego), bo wypada napisać. Istotny temat niedzieli zostaje zasłonięty. I być może dlatego cytowany założyciel i przeor Wspólnoty Monastycznej w Bose żali się: „Należę do ostatniego pokolenia, które uczyło się sztuki walki z pokusami, przekazywanej nam wraz z wiarą chrześcijańską. Byłem świadkiem zanikania tej pedagogii, której doświadczałem jako łaski i wsparcia przez całą moją egzystencję” [s. 7].

3.

            W skrzyni z zabraną do edenu makulaturą dogrzebałem się notatek z trzydniowych rekolekcji zamkniętych, jakie kiedyś prowadziłem dla farmaceutów. W całości były poświęcone grzechom głównym. Konspekt nie był zbyt szczegółowy, dlatego po latach nie zdołam ich odtworzyć. Ale czyż nie warto samemu rzecz przemyśleć na własny użytek? Ze strzępów zacząłem składać całość, jednak do wtorku nie zdołam zakończyć. Przed wyjazdem wstawię więc samo wprowadzenie. Może się komuś przyda dla uporządkowania pojęć.

5 marca 2012             [612]

1.

            Dziś upływa 9 rocznica śmierci mojego poprzednika ks. Eugeniusza Marcisza. Proboszczem u św. Floriana był krótko, zaledwie 5 lat (1980-1985). Potem poprosił biskupa o przeniesienie. Ale dokonał w tym czasie sporo. Wybudował dom katechetyczny oraz system odwodnienia kościoła. Kościół został wybudowany w najbardziej niekorzystnym miejscu: w niecce, do której podczas ulewy woda ściekała z różnych stron, zalewając kryptę, kotłownię i wszystkie pomieszczenia (salki) znajdując się na poziomie krypty. Ks. Marcisz zbudował nową przepompownię z trzema dużymi górniczymi pompami, które wtłaczały wodę do Rawy płynącej pod jezdnią ulicy 75 pułku piechoty. Ponadto wokół kościoła wykopano kilka dużych zbiorników, które przechwytywały nadmiar spływającej wody. Gdy ulewa słabła, woda ze zbiorników stopniowo przepływała do pomp. Był to swoisty system samoregulujący, który jednak wymagał stałego nadzoru.

2.

            Nasz dom pachnie w ostatnim czasie „Czarodziejską górą” Tomasza Manna. W miniony czwartek odbył się pogrzeb ks. Franciszka Hornika. W ciężkim stanie jest mój rocznikowy kolega. Także jednego z naszych profesorów zabrano do szpitala. Kiedyś nawet pomyślałem sobie, żeby znowu sięgnąć do Manna, ale w końcu dałem sobie spokój. Ta powieść wywołuje u mnie ponury nastrój.

            Znamienne, że „Czarodziejska góra” została przywołana przez Murakami jako jedna z lektur głównej postaci jego powieści. Ale też problem śmierci, choroby psychicznej, pewnego bezsensu przewija się przez cały „Norwegian Wood”. Powoli kończę czytanie, dlatego do „pensjonaciku” będę musiał zabrać coś innego.

Przetestowałem pierwszych 40 stron niewielkiej  książki, wydrukowanej przyzwoitą czcionką i nie zmuszającej do nadludzkiej koncentracji. Jedynie tłumaczenie jest miejscami jakieś udziwnione. Jest to: Arthur Peacocke, Drogi od nauki do Boga. Poznań 2004. Zysk i S-ka. Autor był biochemikiem, później zajął się teologią. Podobnie jak nasz ks. Heller, otrzymał nagrodę Templetona. W latach 90-tych „Znak” wydał jego książkę, dziś już nieosiągalną, „Teologia i nauki przyrodnicze”. Mniej więcej tym samym zagadnieniem zajmuje się w książeczce, którą mam w ręce. Dostałem ją w ramach wyprzedaży za równowartość dwu tygodników.

6 marca 2012             [613]

1.

            To była oczywista oczywistość – jakby powiedział nasz Noblista – że abp Skworc będzie kopiował udane inicjatywy diecezji tarnowskiej. Jedną z nich, bardzo oryginalną, było Radiowo-Internetowe Studium Biblijne. Nie tylko pisałem o nim jakiś czas temu, ale zachęcałem do korzystania z niego, umieszczając link w zakładce „Polecamy strony”.  RISB ma kilka poważnych mankamentów natury dydaktycznej, ale w Polsce było to i jest nadal rozwiązanie najbardziej nowoczesne.

            Kilkakrotnie uświadamiałem różnym ludziom, że podobne rozwiązanie Abp będzie chciał uruchomić u nas, ale nikt nie kwapił się, żeby wyjść z inicjatywą. Ostatnio jednak rzecz została podjęta. Nazywać się będzie „Biblicum Śląskie”. „Biblicum” rzymskie to szacowna papieska uczelnia biblijna. Nazwa jest więc arcyambitna. Wszystko zaś ma ruszyć na Wielkanoc. Nie będę więc uprzedzał faktów, ponieważ projekt będzie jeszcze zapewne ulegał pewnym modyfikacjom. Jeśli uda się go wdrożyć – zmusi do elastyczności kilka instytucji medialnych naszej archidiecezji.

2.

            „Norwegian Wood” – którą kończę –  jest powieścią nostalgiczną, smutną wręcz, żeby nie powiedzieć pesymistyczną. Ludzkie losy ocierają się w niej o absurd istnienia. Haruki Murakami jest ponoć wnukiem buddyjskiego mnicha. Ale w obliczu śmierci bohaterowie nawet wspominają o modlitwie, o życiu wiecznym. Biorąc pod uwagę fakt, że w buddyzmie Bóg nie jest potrzebny, modlitwa bohaterów jawi się jako ich oddolna „inicjatywa”. Skoro trzy dni temu przywoływałem pracę Waltera Kaspera, który teoretyzował o Jezusie Chrystusie jako odpowiedzi na egzystencjalne pytania człowieka, byłbym ciekaw w jaki sposób gawędziłby z młodymi buddystami o ich ludzkich dramatach.

7 marca 2012             [614]

            Wspomniałem niedawno, że odnalazłem prowizoryczne notatki z rekolekcji poświęconych tzw. grzechom głównym, które kiedyś głosiłem do farmaceutów. Niestety, nie zdążyłem im nadać „czytelnej” postaci. Zredagowałem jedynie wprowadzenie. I tu – wbrew upodobaniom mojego przyjaciela – zastosuję „sub conditione Jacobi”: jeśli Bóg pozwoli, resztę będę sklejał po powrocie.

 Tak więc zapraszam do działu: Szkice à Różne szkice

8 marca 2012             [615]

9 marca 2012             [616]

10 marca 2012           [617]

1.

            Dzień Kobiet przeżyłem w tym roku dość egzotycznie. Chirurdzy na onkologii wycięli mi całą tarczycę i w tym samym czasie złodziej ukradł komórkę. Tak więc wiele kontaktów, których nie zapisałem na papierze, zostało utraconych. Pomyślałem sobie, że skoro nie mam ani tarczycy ani komórki, to mogę jechać do domu. Lekarz zaakceptował wymyślone przeze mnie racje i puścił wolno. „Pensjonacik” natomiast uhonorował mnie kartą stałego klienta. Powiedzieli mi, że tak przemiłego dżentelmena będą gościć aż do śmierci. Wczoraj więc znowu osiadłem w mojej dziupli, ze znawstwem instruując siostry elżbietanki jak mają obsługiwać założone dreny. Uśmiechają się dyskretnie słuchając moich wywodów.

            Chociaż moja komórka milczy – ja rozkwitam jak kurpiowska leluja.

2.

            W całym rozgardiaszu nie miałem okazji poczytać. Moi towarzysze niedoli bez przerwy roztrząsali wielkie problemy społeczne, polityczne, ekonomiczne i gospodarcze naszego kraju, wypowiadając opinie niepodważalne i nie znoszące jakiegokolwiek sprzeciwu. W tej sytuacji o czytaniu czegokolwiek nie było mowy. Dopiero dziś wracam do niewielkiej książki Artura Peacocke „Drogi od nauki do Boga”.

            Autor zwraca uwagę na fatalną opinię, jaką teologia ma u ludzi nauki. Jeśli więc ich drogi mają się spotkać, teolodzy muszą spełniać podstawowe kryteria racjonalności. Autor z jednej strony rozróżnia procedury racjonalnego podejmowania decyzji na co dzień i procedury naukowe. Stwierdza jednak: „Analizując dwa sposoby posługiwania się racjonalnością, mamy poważne powody, aby przyjąć, że nie są to rozważania czysto dedukcyjne, ani też czysto indukcyjne, lecz stanowią połączenie szczególnego rodzaju, mianowicie wnioskowanie zmierzające do najlepszego wyjaśnienia (inference to the Best explanation, IBE, zwane niekiedy abdukcją). Takie wnioskowanie może czasami polegać na domyślaniu się odpowiedzi na pytanie: ‘Jeśli X byłoby prawdą, to czy nie pokrywałoby się z zasięgiem mojego doświadczenia lub eksperymentem, który próbuję wyjaśnić?’, następnie na decyzji: ‘Załóżmy X, zobaczymy czy się sprawdzi, a potem zastanówmy się, jak wiele jeszcze można dzięki temu wyjaśnić.” [s.50-51]

3.

            Trzeba wyjaśnić, iż zacytowane wyżej twierdzenie można sformułować prościej. Wikipedia tłumaczy, że abdukcja „jest procesem rozumowania, który dla pewnego zbioru faktów tworzy ich najbardziej prawdopodobne wyjaśnienia.” Nie jestem przekonany czy akurat pierwszy wymyślił ją Charles Peirce. Często stosował ją już św. Tomasz z Akwinu. Pamiętam jak ks. prof. Kłósak wskazywał na redukcyjny charakter jego dowodów istnienia Boga. Właśnie, używał terminu redukcja, ale w gruncie rzeczy chodziło o to samo. Skoro jednak Peacocke posługuje się nazwą abdukcja czy IBE, przystanę na to nazewnictwo, żeby nie wprowadzać zamętu.

            Peacocke pyta: „Czy teologia […] ośmieli się zastosować kryteria racjonalności charakteryzujące inne formy działalności poznawczej człowieka, zwłaszcza nauki?” Trzeba bowiem pamiętać, że „nauki przyrodnicze i humanistyczne dzięki IBE osiągają swoje cele ukazywania rzeczywistości świata przyrody i człowieka w sposób podlegający rewizji i metaforyczny.” Czy więc także teologia stanie się „otwartym poszukiwaniem, w którym nie ma nic, co nie podlegałoby dyskusji”?

 

11 marca 2012           [618]

            Bardzo jestem ciekaw, ilu ludzi zatrzymało się nad słowami z czytania I nieszporów dzisiejszej niedzieli: „Nie dając nikomu sposobności do zgorszenia, aby nie wyszydzono naszej posługi, przez wszystko okazujemy się sługami Boga.” [zob. 2Kor 6,3nn]

            Może trzeba przyznać się do swoich błędów niż wszędzie szukać wrogów Kościoła. W rezultacie polska masoneria otrzymała wspaniałą reklamę jako skuteczna organizacja antykościelna. Nie zdziwiłbym się, gdyby część ludzi Palikota przeszło do masonerii.

 12 marca 2012           [619]

            Przywołany wczoraj 2 List do Koryntian daje nam wspaniałą lekcję jak św. Paweł reagował na rozmaite utrapienia pracy apostolskiej. Może więc jeszcze raz zacytuję sobie Apostoła:

„Nie dając nikomu sposobności do zgorszenia, aby nie wyszydzono posługi, okazujemy się sługami Boga przez wszystko: przez wielką cierpliwość, wśród utrapień, przeciwności i ucisków, w chłostach , więzieniach, podczas rozruchów, w trudach, nocnych czuwaniach i w postach, przez czystość i umiejętność, przez wielkoduszność i łagodność, przez [objawy] Ducha Świętego i miłość nieobłudną, przez głoszenie prawdy i moc Bożą, przez oręż sprawiedliwości zaczepny i obronny, wśród czci i pohańbienia, przez dobrą sławę i zniesławienie. Uchodzący za oszustów, a przecież prawdomówni, niby nieznani, a przecież dobrze znani, niby umierający, a oto żyjemy, jakby karceni, lecz nie uśmiercani, jakby smutni, lecz zawsze radośni, jakby ubodzy, a jednak wzbogacający wielu, jako ci, którzy nic nie mają, a posiadają wszystko” (2Kor 6,3-10).

 13 marca 2012           [620]

„Czasem jednak poczucie osamotnienia – jak kwas wylewający się z butelki – może mimowolnie wyżreć ludzkie serce i w końcu je rozpuścić.” Jakiś czas temu znalazłem to zdanie wśród  cytatów Haruki Murakami’ego. Nie wklejałem go jednak, żeby nie sugerowało, iż oto jestem osamotniony i boleję nad swoim losem. Owszem, jestem świadom, że starość niesie z sobą osamotnienie. Dla wielu ludzi poczucie osamotnienia jest bolesne. Ileż to razy słyszałem od nich, że samotność jest okrutna. Jednak z natury jestem samotnikiem, dlatego w jakiejś mierze jestem na nią – przynajmniej częściowo – uodporniony.

            Są jednak sytuacje, w których doświadcza się bezsilności. Wówczas pomoc drugiego człowieka, jego zainteresowanie twoją sprawą, jego życzliwość, są zaporą chroniącą przed zwątpieniem. Kiedy doświadczasz pomocy, o której nie zdecydowały twoje walory – takie czy owakie – wówczas ogarnia cię wzruszenie. Wiesz, że nie potrafisz w żaden sposób zrewanżować się. Nie potrafisz za nią „zapłacić”. Wdzięczność jest doświadczeniem, które rodzi się w sytuacji zagubienia, bezradności. Być może, gdybyśmy mogli za każdą pomoc, usługę zrewanżować się, nie doświadczylibyśmy poczucia wdzięczności.

 14 marca 2012           [621]

1.

„Arcybiskup Głódź żyje w świecie, w którym szacunek państwa do Kościoła jest mierzalny w gotówce i wprost proporcjonalny do wykładanych milionów. Kto miliony Kościołowi ucina, jest antyklerykałem.” [Katarzyna Wiśniewska, GW 13.03.2012]

2.

            W drodze na kolejną wizytę w pensjonaciku zaczęliśmy z ks. Adamem dywagować nad wzajemnym stosunkiem onkologii i ontologii. Różnią się tylko jedną literką. Nic więc dziwnego, że pierwsza wypiera ze świadomości drugą. Nawet tzw. ból istnienia, o którym kiedyś pisywał prof. Kazimierz Dąbrowski, jest ci obojętny.

 15 marca 2012           [622]

 1.

             Wprawdzie otrzymałem w ostatnim czasie kilka bezpłatnych lekcji pokory, ale nie zaszkodzi przypomnieć mojej rogatej duszy czym jest pycha. Zapisałem parę uwag w ramach kontynuowania szkicu nt. grzechów głównych. Sądzę, że jest to tekst, który nadaje się na czas Wielkiego Postu. Jest kontynuacją tego, co znajduje się w „Różnych szkicach”. Gdy nazbiera się więcej materiału, dołączę go do całości.

 2.

             Pychą nazywa się „nieuporządkowaną żądzę wywyższania siebie, podkreślania swojej domniemanej wyższości za wszelką cenę. Wiążą się z nią wygórowane ambicje, zarozumiałość, pożądanie honorów, namiętne szukanie uznania i poklasku, stawiania na pierwszym miejscu własnego ‘ja’.

             Człowiek pyszny, który chełpi się swoimi złudnymi czy nawet rzeczywistymi wartościami, niekiedy wręcz uniemożliwia budowanie więzi międzyludzkich, dezorganizuje życie społeczne. Wszystko bowiem, co przedsiębierze, czyni przede wszystkim ze względu na siebie, dla własnej chwały i dlatego do innych odnosi się zawsze z lekceważeniem i pogardą, zwłaszcza gdy ich racje przeważają nad jego osobistymi racjami”.

             Klasyczny obraz człowieka pysznego zawiera przypowieść Jezusa o modlącym się w świątyni faryzeuszu:

 „Powiedział też do niektórych, co ufali sobie, że są sprawiedliwi, a innymi gardzili, tę przypowieść:Dwóch ludzi przyszło do świątyni, żeby się modlić, jeden faryzeusz a drugi celnik.  Faryzeusz stanął i tak w duszy się modlił: ‘Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie, zdziercy, oszuści, cudzołożnicy, albo jak i ten celnik.Zachowuję post dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co nabywam’. Natomiast celnik stał z daleka i nie śmiał nawet oczu wznieść ku niebu, lecz bił się w piersi i mówił: ‘Boże, miej litość dla mnie, grzesznika!’Powiadam wam: Ten odszedł do domu usprawiedliwiony, nie tamten. Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony” (Łk 18,9-14).

 Bardzo trafnie człowieka pysznego scharakteryzował w „Moraliach” św. Grzegorz Wielki: „Wszystko, co czynią inni, choć jest zrobione dobrze, nie podoba się pyszałkowi; jemu podoba się tylko to, co robi on sam, nawet jeśli jest to zro­bione źle. Gardzi zawsze dziełami innych, a stale podziwia własne, ponieważ jeśli cokolwiek zrobi, myśli, że zrobił coś szczególnego, zaś w tym, co robi, myśli o swoim zysku ze względu na pragnie­nie chwały; myśli, że we wszystkim jest lepszy od innych, i podczas gdy rozpamiętuje swoje myśli o sobie samym, po cichu głosi pochwały pod swo­im adresem. Czasami zaś jest tak oczarowany sobą. że kiedy się nadyma, pozwala sobie nawet na popi­sywanie się.”

 Bliska pysze jest niezdrowa ambicja, która się ujawnia w ubieganiu się o zaszczyty, poklask społeczny i odznaczenia bez względu na środki, jakie do tego wiodą. Częstokroć łatwo przeradza się w żądzę imponowania czymkolwiek, zwrócenia na siebie uwagi nawet przez dziwactwa. Zadowala się najtańszym pochlebstwem, stając się zwykłą próżnością.

 Pycha paraliżuje duchowo człowieka. Rodząc fałszywe poczucie wielkości, doskonałości, mądrości, zasłania nam nasze słabe strony. Utrudnia a często wręcz uniemożliwia nam rozwój, uczenie się, podejmowanie nowych wyzwań. Wówczas Zamiast inwestować czas i energię we własny rozwój, zaprzęgamy je do gorączkowej obrony iluzji naszej wszechwiedzy i doskonałości. Kategorycznie osądzając innych a nawet otaczając ich pogardą, umacniamy się w iluzji naszych jedynych racji i niedościgłej doskonałości. Tymczasem, aby podjąć trud rozwoju, zmagania się z własnymi wadami, niezbędna jest pokora.

             Pokora chroni „przed bezpodstawnym wywyższaniem się, przecenianiem swoich uzdolnień i obnoszeniem się z nimi, przed wyczekiwaniem na nienależne w istocie honory i ubieganiem się o pierwsze miejsca. W języku potocznym częstokroć niesłusznie bywa utożsamiana z postawą bierną wobec przeciwieństw, z łatwym uleganiem i potulnością. Tymczasem człowiek prawdziwie pokorny ma nie tylko dobre rozeznanie w celach, jakie powinien osiągać, ale i faktycznie dąży do nich, wyrzekając się fałszywie pojmowanych kompromisów, małoduszności, tchórzostwa, taniej ustępliwości. Dba przy tym o należny poziom swych kwalifikacji zawodowych, rozwija właściwą sobie aktywność, przezwycięża przeszkody. Nie czyni jednak niczego dla pustego rozgłosu, dla rozsławienia swego nazwiska, dla dostąpienia zaszczytów. Miłuje prawdę i w świetle prawdy ocenia siebie. Jest surowym krytykiem własnych możliwości i poczynań. Wiedząc, jakie na nim ciążą zadania, ostro widzi niedostatki ich realizacji.”

 Dwie rady św. Ludwika z Granady, by nie ulegać złudnym pochlebstwom otoczenia:

  „Zachowaj czujność przeciw próżnej chwale, która jest córką pychy. Gdy usłyszysz, że ludzie cię chwalą, zapytaj zaraz samego siebie, czy naprawdę masz te zalety, które zyskują ci takie pochwały? [...] A jeśli je masz, to czy nie powinieneś mówić z Apostołem: Tylko z łaski Bożej jestem tym, czym jestem? Zamiast więc się wywyższać, upokórz się i oddaj chwałę Bogu, od którego otrzymałeś wszystko, co jest w tobie.”

 „Cóż to za brak rozsądku sądzić o swojej wartości według zdania ludzi, tej niepewnej wagi, która waha się zależnie od ich upodobania? Zmienni i nieroztropni to sędziowie: dzisiaj cię wynoszą, a jutro zmieszają cię z błotem! Jeżeli to według ich ocen będziesz się mierzył, to raz będziesz się widział wielkim, raz malutkim, a czasem w ogóle niczym – stosownie do zmian ich niestałych języków. Swoją opinię o sobie samym opieraj na świadectwie własnego sumienia.”

 16 marca 2012           [623]

 „Wieczną tajemnicą   świata jest jego zrozumiałość”

 [Albert Einstein]

 17 marca 2012           [624]

 Gdy Pan Bóg karze – odbiera rozum. PO wymyśliła Trybunał Stanu dla Ziobry i Kaczyńskiego. Kaczyński odwzajemnił się i zorganizował protest uliczny. Przyglądałem się relacjom różnych stacji TV z tego wydarzenia. Rzeczywiście. Większość protestujących to ludzie, których ustawa o podwyższeniu wieku emerytalnego nie obejmie. Czemu w takim razie nie przyszli młodzi? Z sondaży wynika ponoć taka sama prawidłowość: protestują ci, których to nie dotyczy. Tak więc absurd goni absurd.

  18 marca 2012           [625]

             Biskupi pierwsi – jeszcze przed wyborami – zgłosili projekt likwidacji Funduszu Kościelnego i zastąpienia go odpisem podatkowym. Ale PiS i SP zastosowały po raz kolejny swoją strategię sprzeciwu dla zasady. Krzyczeli przeciw likwidacji funduszu tak długo, dopóki nie ogłoszono sondażu z którego wynika, iż 2/3 badanych w ogóle nie popiera jakiegokolwiek finansowania. Zamilkli natychmiast.

             Tylko abp Kowalczyk sprawia wrażenie jakby do tej pory nie zorientował się, iż rząd zaproponował akurat to, czego chcieli biskupi. I protestuje nadal. Bo nie przewidział, że w rządzie potrafią liczyć i za 100 mln zaproponują 100 mln a nie trzy razy więcej.

             Myślę jednak, że zgoda będzie. Nawet na obiecane 0,3 proc, bo na całej operacji stracą księża parafialni. Będą płacić 5 razy wyższe niż dotychczas składki do ZUS, a pieniążki z odpisów dostaną kurie. Lepszy rydz niż nic. 100 baniek piechotą nie chodzi.

 19 marca 2012           [626]

             Biblia określa chciwość słowem pleoneksia. Jest ono złożeniem dwu członów: pleon echein – mieć więcej. Chciwość jest bowiem niepohamowanym pragnieniem posiadania zawsze więcej, bez przejmowania się innymi, nawet ich kosztem. Objawia się ona jako paląca, nienasycona potrzeba, obsesja wręcz, gromadzenia i posiadania dóbr, głównie pieniędzy. Chciwym jest więc nie tylko ten, kto gromadzi ale także ten, kto nadmiernie zabiega o zachowanie swojego bogactwa. Wchodzi bowiem w szalone koło zależności: zwiększa, by zachować – zachowuje, by zwiększać.

             Celnie tę postawę scharakteryzował Ewagriusz z Pontu, mnich z IV wieku, żyjący na pustynni egipskiej: „Morze nie przepełni się, choćby wchłonęło mnóstwo strumieni, a żądza chciwego pieniędzy nie nasyci się posiadaniem rzeczy. On podwoił swoje mienie i pragnie je jeszcze raz podwoić, i nigdy nie przestanie tak czynić, aż śmierć przerwie to bezowocne staranie.”

             Ewagriusz dostrzegał, że chciwość wyrasta często z troski o swoją przyszłość: „Chciwość zwraca uwagę na długą starość, niezdolność do ręcznej pracy, przyszły głód będący jej następstwem i spowodowane nim choroby, i gorycz ubóstwa, i to, z jak wielkim wstydem będzie się przyjmować od innych środki konieczne do życia.” Równocześnie jednak jest ona skutkiem braku ufności w opatrzność Bożą. Znamienna pod tym względem jest obszerna wypowiedź Pana Jezusa:

           „Powiedział też do nich: «Uważajcie i strzeżcie się wszelkiej chciwości, bo nawet gdy ktoś opływa [we wszystko], życie jego nie jest zależne od jego mienia». I opowiedział im przypowieść: «Pewnemu zamożnemu człowiekowi dobrze obrodziło pole. I rozważał sam w sobie: Co tu począć? Nie mam gdzie pomieścić moich zbiorów. I rzekł: Tak zrobię: zburzę moje spichlerze, a pobuduję większe i tam zgromadzę całe zboże i moje dobra.I powiem sobie: Masz wielkie zasoby dóbr, na długie lata złożone; odpoczywaj, jedz, pij i używaj! Lecz Bóg rzekł do niego: "Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie; komu więc przypadnie to, coś przygotował?"Tak dzieje się z każdym, kto skarby gromadzi dla siebie, a nie jest bogaty przed Bogiem».

Potem rzekł do swoich uczniów: «Dlatego powiadam wam: Nie troszczcie się zbytnio o życie, co macie jeść, ani o ciało, czym macie się przyodziać.Życie bowiem więcej znaczy niż pokarm, a ciało więcej niż odzienie. Przypatrzcie się krukom: nie sieją ani żną; nie mają piwnic ani spichlerzy, a Bóg je żywi. O ileż ważniejsi jesteście wy niż ptaki! Któż z was przy całej swej trosce może choćby chwilę dołożyć do wieku swego życia? Jeśli więc nawet drobnej rzeczy [uczynić] nie możecie, to czemu zbytnio troszczycie się o inne? Przypatrzcie się liliom, jak rosną: nie pracują i nie przędą. A powiadam wam: Nawet Salomon w całym swym przepychu nie był tak ubrany jak jedna z nich. Jeśli więc ziele na polu, które dziś jest, a jutro do pieca będzie wrzucone, Bóg tak przyodziewa, o ileż bardziej was, małej wiary! I wy zatem nie pytajcie, co będziecie jedli i co będziecie pili, i nie bądźcie o to niespokojni! O to wszystko bowiem zabiegają narody świata, lecz Ojciec wasz wie, że tego potrzebujecie. Starajcie się raczej o Jego królestwo, a te rzeczy będą wam dodane”(Łk 12, 15-31).

 Niepohamowana żądza pieniądza prowadzi do eskalacji zła. Przykładem jest postawa apostoła Judasza. Św. Jan Ewangelista relacjonując scenę namaszczenia stóp Jezusowi drogocennym olejkiem nardowym przez Marię, siostrę Łazarza, przedstawił reakcję Judasza: „Czemu to nie sprzedano tego olejku za trzysta denarów i nie rozdano ich ubogim?» Powiedział zaś to nie dlatego, jakoby dbał o biednych, ale ponieważ był złodziejem, i mając trzos wykradał to, co składano”(J 12,5-6). Później, owładnięty niepohamowaną chciwością „udał się do arcykapłanówi rzekł: «Co chcecie mi dać, a ja wam Go wydam». A oni wyznaczyli mu trzydzieści srebrników. Odtąd szukał sposobności, żeby Go wydać” (Mt 26, 14-16). Panowanie nad pożądliwością oczu jest więc stałym zadaniem ucznia Chrystusa. Dlatego św. Paweł Apostoł w liście do św. Tymoteusza, swojego ucznia i współpracownika a później biskupa Efezu pisze:

 „Wielkim [zaś] zyskiem jest pobożność wraz z poprzestawaniem na tym, co wystarczy.Nic bowiem nie przynieśliśmy na ten świat; nic też nie możemy [z niego] wynieść.Mając natomiast żywność i odzienie, i dach nad głową, bądźmy z tego zadowoleni!A ci, którzy chcą się bogacić, wpadają w pokusę i w zasadzkę oraz w liczne nierozumne i szkodliwe pożądania. One to pogrążają ludzi w zgubę i zatracenie.Albowiem korzeniem wszelkiego zła jest chciwość pieniędzy. Za nimi to uganiając się, niektórzy zabłąkali się z dala od wiary i siebie samych przeszyli wielu boleściami. Ty natomiast, o człowiecze Boży, uciekaj od tego rodzaju rzeczy, a podążaj za sprawiedliwością, pobożnością, wiarą, miłością, wytrwałością, łagodnością!Walcz w dobrych zawodach o wiarę, zdobądź życie wieczne: do niego zostałeś powołany i [o nim] złożyłeś dobre wyznanie wobec wielu świadków” (1Tm 6,6-12).

 W wielu środowiskach współczesnego świata, chciwość nie jest traktowana jako wada. Przeciwnie, pogoń za coraz większym zyskiem uważa się za zjawisko nie tylko zrozumiałe, ale wręcz pożądane. Okazuje się jednak, że fale obsesji pogoni za zyskiem prowadzi do kataklizmów gospodarczych w skali światowej, których ofiarami padają miliony bezbronnych osób. Kryzys ekonomiczny początku XXI wieku jest tego najświeższym i najlepszym przykładem.

 On też ujawnia, że niepohamowana pogoń za pieniądzem doprowadza człowieka do stanu permanentnego lęku i poczucia zagrożenia. Św. Ludwik z Granady, XVI-wieczny mistrz duchowości, zauważa: „Miłość niedostatków o wiele więcej sprawia męki przez pożądanie, jakie budzi, niż daje pociechy z przyjemności, jakie wywołuje.[...] Ile trzeba trudu, żeby zdobyć majątek; ile zabiegów, żeby go zachować! Ile żalu, kiedy przyjdzie go utracić![...] Im więcej masz, tym więcej mieć chcesz i zawsze gonisz za tym, czego ci brakuje. Biada więc temu, kto pędzi sercem za rzeczami tego świata! Męczy się, a nie zaspokaja, pije, a nie gasi pragnienia. Obojętny na to, co już otrzymał. Dba tylko o to, co mu jeszcze do otrzymania zostaje, bardziej jest czuły na brak tego, czego dostać nie może, niż na radość z tego co posiada.” Jako przeciwwagę chciwości Kościół wzywa do praktykowania jałmużny oraz rady ubóstwa, które w życiu zakonnym uzyskuje rangę zobowiązania wynikającego ze złożonego Bogu ślubowania.

20 marca 2012           [627]

       Co jakiś czas spada na mnie jakieś nieprzewidywalne zainteresowanie konkretnym zagadnieniem. No, może nie zagadnieniem, gdyż brzmi to dość abstrakcyjne. Raczej chodzi o konkretną osobę, postać. Niesie ona z sobą wydarzenia i problemy swojej epoki, prądy myślowe a przede wszystkim swój dorobek.

Przyjrzenie się jej pozwala mi lepiej rozumieć sprawy Kościoła i cywilizacji europejskiej. Taką postacią, której przyglądałem się już podczas mojego pobytu w edenie był np. św. Grzegorz Wielki. Jest to postać tak niezwykła, że na ogarnięcie jej dorobku zabrakłoby mi życia. Wrodzona niestałość okazuje się wówczas bardzo cenną właściwością, która zabezpiecza mnie przed brnięciem w szczegóły.

       Teraz, gdy o swojej najbliższej przyszłości mogę – jak mi się wydaje – pomyśleć nieco spokojniej, naszła mnie na nowo chęć przyjrzenia się wybranemu człowiekowi. Jest nim żyjący na przełomie V i VI wieku Boecjusz. Mniej więcej sto lat po św. Augustynie oraz mniej więcej sto lat przed św. Grzegorzem Wielkim. Jest to postać w zasadzie nieznana, chociaż w moich czasach każdy szanujący się wykładowca dogmatyki wymagał od swych studentów definicji osoby sformułowanej przez Boecjusza.

21 marca 2012           [628]

            Skąd moje zainteresowanie Boecjuszem? Chyba jednak za sprawą Agnieszki Kijewskiej, najlepszej znawczyni Boecjusza w Polsce. Jej nazwisko przewinęło się już kilkakrotnie w moim notesie. Pisałem o jej książce poświęconej św. Augustynowi. Później miałem epokę „eriugenowską”. Gdy podczas wczasów leżałem nad basenem z książką o Eriugenie, moi znajomi zarykiwali się i wymyślali dowcipy na mój temat. Później jednak, gdy „Periphyseon” zwalił mnie z nóg, dałem sobie spokój.  

Teraz spadła na mnie epidemia boecjuszowska. Przyczyniły się do niej otrzymane w prezencie egzemplarze autorskie kilku pozycji poświęconych Boecjuszowi. Nie znaczy to jednak, że uległem wyłącznie kobiecemu zniewoleniu. Bardzo ważnym wątkiem, który śledziłem od dłuższego czasu, były dysputy chrystologiczne pierwszych wieków. Wśród nich zaś sprawą bardzo ciekawą jest schizma Akacjusza. W jej zakończeniu pewną rolę odegrał nie kto inny tylko Boecjusz. Chcę więc sobie spokojnie poczytać o tamtych czasach. Niespokojnych czasach, gdy w bólach rodziła się Europa.

22 marca 2012           [629]

      W Internetowym Dzienniku Katolickim z dnia 20 marca br. znalazłem bardzo pokrętną notatkę, która stawia rzetelność strony kościelnej w niekorzystnym świetle. Sugeruje, że likwidacja Funduszu Kościelnego wyrządzi niepowetowaną wręcz krzywdę wielu misjonarzom i zakonnikom: „Szczególnie trudna byłaby sytuacja misjonarzy i sióstr klauzurowych, za których składki na ubezpieczenia emerytalne, rentowe i wypadkowe odprowadzane są do ZUS w 100 proc. z Funduszu Kościelnego. Kościół katolicki w Polsce posłał na misje 2170 misjonarzy, którzy pracują w 94 krajach świata. Na ich ubezpieczenia społeczne z Funduszu Kościelnego przekazywane jest do ZUS rocznie ponad 11,4 mln zł. W Polsce jest ponadto 1412 sióstr w klasztorach klauzurowych. Nie mają one dochodów, z których te składki mogłyby opłacać. Z Funduszu Kościelnego rocznie przekazywanych jest na ich ubezpieczenia emerytalne, rentowe i wypadkowe – ok. 7,4 mln zł.”

            Jest także passus poświęcony nowej składce, płaconej przez księży. Sam pisałem parę dni temu, że będzie 5-krotnie wyższa niż dotychczas. Wyliczenie IDK potwierdza mój szacunek: „Osoby duchowne (w świetle prawa państwowego) - to nie tylko księża, ale też siostry i bracia zakonni - płacą z własnej kieszeni na ubezpieczenia społeczne rocznie 1050,84 zł od osoby. Gdyby zlikwidowano Fundusz Kościelny musieliby płacić o 4203,36 zł więcej niż obecnie czyli 5254,2 zł rocznie.”

          Z tak zredagowanej notatki wynika, że rząd likwidując Fundusz Kościelny, stawia w sytuacji bez wyjścia siostry klauzurowe i misjonarzy rozsianych po całym świecie. Ewidentne kłamstwo polega na tym, że:

1. nie rząd, tylko biskupi (mniej więcej dwa miesiące przed expose Tuska) wyszli z pomysłem likwidacji Funduszu Kościelnego, nazywając go ”absolutnym przeżytkiem”;

2. rząd nie pozbawia Kościoła dopływu odpowiednich sum. Będzie można z owych 0,3 proc.  (lub innej wynegocjowanej sumy) pokrywać składki ZUS zakonnic i misjonarzy. Jednak taka sytuacja domaga się transparentności przepływu pieniądza w instytucjach kościelnych.

23 marca 2012           [630]

            Boecjusz jest postacią wybitną i zarazem tragiczną. U nas, niestety, całkowicie nieznaną. Okazuje się, że nawet sformułowana przez niego definicja osoby nie tylko jest już dziś nieznana, ale w ogóle nie wywołuje żadnych skojarzeń. A rozmawiam przecież z niemłodymi księżmi. Dobrze więc, że pojawiają się publikacje na jego temat. Pisze o nim u nas dwu autorów: Agnieszka Kijewska z KUL-u oraz Tomasz Tiuryn. Pojawiają się również tłumaczenia pism Boecjusza.

            Żył w niewiarygodnie ciekawych czasach. Chodzi mi z jednej strony o sytuację polityczną w Italii, z drugiej o sytuację Kościoła. Okazuje się jednak, że czasy upadku zachodniego cesarstwa są w podręcznikach historii, zwłaszcza historii Kościoła, omawiane dość mgliście. Natomiast o problemach doktrynalnych tamtego czasu w ogóle brak informacji. Zainteresowania sporami dogmatycznymi koncentrują się na okresie między Soborem w Nicei (325) a Soborem w Chalcedonie (451). To, co działo się później – a myślę tu o schizmie Akacjusza – jest w zasadzie przemilczane. Tymczasem była ona groźnym zwiastunem tego,  co miało nastąpić później.

            Boecjusz żyje w tym burzliwym czasie. Śledzi spory i w nich uczestniczy. Zauważa, że czynnikiem wywołującym nieporozumienia jest odmienne rozumienie tych samych terminów na Wschodzie i Zachodzie. Italia ani nie rozumie greki ani mentalności teologów Wschodu. Zdarza się, że wysłannicy papieża do Konstantynopola, by prowadzić dysputę dogmatyczną, w ogóle nie znają języka swoich rozmówców. Traktat teologiczny Boecjusza „Przeciw Eutychesowi i Nestoriuszowi” jest próbą przełamania impasu i pokazania co myślą obie strony dysputy, używając tych samych słów.

       I wreszcie bardzo znamienny jest jego zamysł przetłumaczenia na łacinę dzieł Platona i Arystotelesa, do których zamierza napisać komentarze. Tak powstaje m.in. „Komentarz do ‘Hermeneutyki’ Arystotelesa”, który niedawno ukazał się po polsku w tłumaczeniu Tomasza Tiuryna. Niestety, zamysł pozostał w dużej mierze zamysłem. Na przeszkodzie stanęło zaangażowanie w sprawy polityczne a później skazanie go na karę śmierci przez Teodoryka.

24 marca 2012           [631]

            Wspomniałem, że Boecjusz uczestniczył w rozmowach zmierzających do zażegnania schizmy Akacjusza. Trwała już ponad 30 lat i dopiero cesarz Justyn podjął starania, by sprawy uporządkowano. Patriarcha wysyła do papieża delegację. Boecjusz bierze udział w rozmowach i z przerażeniem stwierdza, że nikt nie jest do nich przygotowany. Znów nie rozumieją o czym dyskutują. Pisze więc traktat, dedykowany diakonowi Janowi, późniejszemu papieżowi, w którym stara się wyjaśnić pojęcia. Sama zaś relacja z tych jakże ważnych rozmów wygląda następująco:

„Pamiętasz, gdy podczas narady był czytany list ogłaszający, że eutychianie wyznają, iż Chrystus składa się z dwóch natur, ale nie istnieje w dwóch naturach. Kato­licy natomiast dają wiarę obu tym twierdzeniom, albowiem ci, którzy idą za prawdziwą wiarą, w równym stopniu wierzą w to, że Chrystus składa się z dwóch natur, jak i w to, że jest w dwóch na­turach. Uderzony nowością tego stwierdzenia dociekałem, na czym polegałaby różnica pomiędzy połączeniem z dwóch natur a połączeniem w dwóch naturach. Sądziłem, że z powodu gnuśnej niedbałości nie należy pomijać zagadnienia, którego biskup, autor listu, nie chciał pominąć jako pozostającego w związku ze sprawą, ale dokładnie je omówił.

Tu wszyscy podnieśli wrzawę, że ta różnica jest oczywista i nie ma w niej nic niejasnego, niezgodnego z regułami czy nieuporząd­kowanego, ale nie znalazł się w tym tłumie nikt, kto z lekka cho­ciażby musnąłby to zagadnienie, a tym bardziej nikt, kto by je roz­wikłał.

[…] Ja sam jednak wniosłem do sprawy nie więcej niż inni, a nawet znacznie mniej. Albowiem o sprawie, którą poruszano, nie miałem — na równi z innymi — wyrobionego zdania, sam zaś przyczyniłem się do niej mniej niż inni z tej racji, że towarzyszyła mi fałszywa opinia rozległej wiedzy. Byłem, wyznaję, niezadowo­lony i pod presją zgrai ignorantów zamilkłem, obawiając się, bym słusznie nie został uznany za chorego, jeślibym wśród szaleńców usiłował uchodzić za zdrowego. Odtąd rozważałem w umyśle wszystkie te zagadnienia: nie pożerałem tego, co przyjąłem, ale przeżuwałem w wielokrotnie powtarzającej się medytacji. I w końcu otwarły się wrota przed moim kołaczącym umysłem, a odnaleziona prawda odsłoniła szukającemu wszystkie cienie Eutychesowego błędu. Stąd też wzięło się moje wielkie zdumienie, co za zuchwal­stwo panuje u ludzi nieuczonych, którzy grzech niewiedzy usiłują przykryć zasłoną pewności siebie i bezczelności. Niejednokrotnie bowiem nie chwytają tego, o czym mowa, a w podobnych debatach nie pojmują tego, o czym sami mówią, jako że przyczyna niewiedzy jest tym gorsza, im bardziej się ją ukrywa” (tłum. A. Kijewska).

 25 marca 2012           [632]

„W nieszczęściu największym nieszczęściem jest to,

że kiedyś było się szczęśliwym”

                                                                                  [Boecjusz]

26 marca 2012           [633]

            Pisałem parę razy o nadzwyczajnych szafarzach Komunii św. Najpierw dotyczyło to diecezji tarnowskiej. W biogramie bpa Skworca podano, że jednym z jego inicjatyw i zarazem osiągnięć było „promowanie posługi nadzwyczajnych szafarzy Komunii św., którzy w liczbie ok. 700 mężczyzn, w niedzielę i święta zanoszą Komunię św. do domów chorych i cierpiącym.” Później wspominałem o jego rozporządzeniu, by powoływać ich także w naszej archidiecezji.

            Wczoraj, po kilkumiesięcznym przygotowaniu, powołano ich 240. Ale też okazało się, że w sumie mamy ich teraz ponad 900. Znaczy to, że diecezja katowicka wcale nie była Pustynią Błędowską. Tylko nie zawsze – a może: bardzo często – nie rozgłaszamy po całym świecie naszych sukcesów. Tym razem jednak odtrąbiono efekt gdzie tylko się dało. Niech będzie.

            Myślę sobie, że dla Abpa jest to ważny sygnał. Z jednej strony ukazuje stan rzeczy, z drugiej dość sprawne – takie w Śląskim stylu – działanie bez gadania, skoordynowane. Dzięki temu dość szybko przypomni sobie, gdzie się z powrotem znalazł.

 27 marca 2012           [634]

            Losy rodziny Boecjusza mocno były splecione z losami całego imperium. Jego dziadek, pełniący urząd prefekta Rzymu w latach zmagań z Attylą, został zamordowany – razem z Aecjuszem – przez Walentyniana III. Skoro Boecjusz nosił jego imię, rodzice zapewne opowiadali mu o tragicznych wydarzeniach sprzed trzydziestu paru lat. Ale obumarli go bardzo wcześnie. Dlatego więcej mógł dowiedzieć się od Symmacha, który spisywał dzieje Rzymu.

            W jaki sposób i dlaczego dziadek Boecjusza wplątał się w konflikt między cesarzem i wodzem? Czym się naraził? Nie znajdę w dostępnej mi literaturze odpowiedzi na to pytanie. Ale samo wydarzenie musiało wnukowi uświadomić, że służba cesarzowi nie jest bynajmniej bezpieczniejsza  niż służba królowi Gotów. W każdym razie los obu okazał się podobny.      

28 marca 2012           [635]

            Ojojoj! Politycy znów rzucają fekaliami. Palikot nazwał abpa Michalika i o. Rydzyka chamami. Brudziński Palikota – błaznem a rząd Tuska popaprańcami. Wałęsa na swoim blogu protestował przeciw wypowiedziom, które określił jako zniesławiające i poniżające: „Głoszą to - jak ja sądzę - cynicznie, pracownicy i poplecznicy imperium medialnego ojca dyrektora Tadeusza Rydzyka. (...) To tej propagandzie zawdzięczam nie tylko obrzydliwe, słowne obelgi, ale ostatnio też demonstracje nienawiści.”

29 marca 2012           [636]

            Brak jednoznaczności w określaniu daty urodzenia Boecjusza. Najczęściej mówi się o roku 480, ale padają również inne daty. Np. 475 czy 477. Mnie osobiście bardzo podoba się rok 476, ponieważ w tym właśnie roku marionetkowy cesarz Romulus Augustulus został przez Odoakra pozbawiony władzy i odesłany na przedwczesną emeryturę wynoszącą rocznie 6 tys. solidów, czyli mniej więcej tyle, ile otrzymywał senator. Odoaker był dowódcą wojsk rzymskich, dokładniej barbarzyńskich oddziałów walczących w Italii na usługach cesarstwa.

Jeśli natomiast przyjąć, iż Boecjusz urodził się w 480 roku, wówczas także mamy do czynienia z bardzo wymownym, symbolicznym wręcz wydarzeniem. Otóż wspomniany Odoaker odsyła do Konstantynopola insygnia cesarskie. Znaczyło to, iż sam nie zamierza ich sobie przywłaszczyć i że uznaje władzę zwierzchnią rządzącego wówczas Zenona. Oczekuje jednak od niego nadania mu tytułu patrycjusza.

Odoaker zachowuje dotychczasową strukturę polityczną i administracyjną zachodniego cesarstwa. Dlatego nie należy się dziwić, że ojciec Boecjusza – również, podobnie jak dziadek, pełniący urząd prefekta Rzymu – pracuje dla nowego władcy. Zresztą, władcy zmieniali się niemal co sezon. W ostatnim dziesięcioleciu (467-476) było ich pięciu.

Wymądrzam się, żeby samemu sobie uświadomić w jakim środowisku obracał się małolat Boecjusz.

30 marca 2012           [637]

1.

Dziś przypada 40-ta rocznica moich święceń kapłańskich. Równocześnie minęły trzy tygodnie od operacji. Powiadają: operacja się udała – pacjent zmarł. W moim wypadku rzecz nie jest tak dramatyczna, niemniej przez trzy tygodnie nie odzyskałem głosu na tyle, by przewodniczyć Mszy św. Wsparło mnie więc trzech moich rocznikowych kolegów z Wydziału Teologicznego. Dyrektor edenu odczytał listy z życzeniami, jakie skierował do nas Abp Wiktor oraz Abp Senior i Bp Józef a po śniadaniu postawił wszystkim kiepską kawę. No to tyle w kwestiach jubileuszowych. Wracajmy do Boecjusza, nie zapominając co było jego pociechą w sytuacji znacznie trudniejszej niż moja.

2.

            Wczoraj pisałem o Odoakrze – samozwańczym władcy Italii, który rezydował w Rawennie.  Dziś nie zaszkodziłoby zająć się Rzymem, żeby chociaż trochę uświadomić sobie w jakim świecie żył nasz Filozof. Skoro dziadek Boecjusza był prefektem Miasta (Urbs!) i ojciec był prefektem Miasta, to ocierali się – chcąc nie chcąc – o papieża. W 484 roku – po śmierci rodziców – Boecjuszem zaopiekował się Symmach, też prefekt Miasta. Kto wówczas był Biskupem Rzymu?

            Gdy Odoaker odsyłał na emeryturę 13-letniego Romulusa, papieżem był Symplicjusz, który Kościołem kierował w latach 468-483. Nasz Boecjusz – niezależnie od przyjętej daty urodzenia – miał zaledwie parę lat. Natomiast Symplicjusz utracił w zasadzie wszystko, co wcześniej uzyskał Leon Wielki. Chodzi o wydarzenia w Konstantynopolu. I wymaga krótkiego opisania sytuacji politycznej i religijnej za wspomnianego już wczoraj cesarza Zenona

31 marca 2012           [638]

            Obiecałem wczoraj, że zajmę się ukazaniem sytuacji w cesarstwie wschodnim w okresie rządów Zenona. Były to lata, w których papież Symplicjusz tracił to, co uzyskał Leon Wielki. Należałoby więc w miarę wyczerpująco pokazać o co chodziło. Niestety, taka notatka wymaga nieco pracy.

            Jest jeszcze drugi wątek, o którym chciałem wspomnieć. Otóż pod koniec pontyfikatu Symplicjusza (482) wybuchła groźna schizma Akacjusza. Sprawa ciągnęła się przez pontyfikat następnych papieży. Wśród nich było dwu bliskich Boecjuszowi: Feliks III (483-492) i Jan I (523-526). Jan I to przyjaciel Boecjusza. Jemu dedykował traktat „Przeciw Nestoriuszowi i Eutychesowi”. A Feliks III ? Moim zdaniem Boecjusz był krewnym papieża. Przecież i jeden i drugi pochodził z rodu Anicjuszów. Gdy w 484 roku zmarł Mariusz Manliusz - ojciec Boecjusza, czyż obrzędom pogrzebowym prefekta Rzymu nie przewodniczył papież? Niestety, dostępna mi literatura nie wyjaśnia stopnia pokrewieństwa między nimi.

Dzisiaj jest

czwartek,
17 kwietnia 2014

(107. dzień roku)

Zegar

Wyszukiwanie

Wczytywanie...